Przejdź do głównej zawartości

Kup pan gadżet

Coraz bardziej pogrążamy się w cywilizacji gadżetów. Reklamy, apki i szum informacyjny stały się naszą codziennością. Wszyscy nam mówią, co musimy mieć, bo bez tego ani rusz. Coraz mniej rzeczy robimy samodzielnie. Człowiek, ale tak sam z siebie, już prawie nic nie wie. Nawet pamięć okazuje się zbędna, bo zawsze można wszystko sprawdzić.

Szedłem ostatnio przez park i zobaczyłem tam kobietę. Biegaczkę (nie mylić z biegunką), czyli kobietę biegnącą. A raczej biegającą, bo ona nie biegła gdzieś, tylko biegła tak sobie.

Kobieta była ubrana w mocno obcisłe, dwuczęściowe wdzianko koloru czarnego: legginsy i koszulkę bez rękawów. Całe szczęście, że trafiła ze strojem, bo była dość szczupła. Obecnie sporo ludzi, osobliwie kobiet, ma zwyczaj ubierania się niestosownie do okoliczności i do własnych predyspozycji fizycznych, jakby koniecznie trzeba było innych przekonywać, że oto „akceptuję siebie taką, jaką jestem i jestem z tego dumna”.

Zawsze zastanawia mnie obcisły strój biegających. Po co im to, poza ewentualnym podkreślaniem kształtów? Ubierają się jak wyścigowy bolid, żeby pędzić i stawiać jak najmniejszy opór? Bez sensu. W dodatku odpowiednie tkaniny, bo skóra musi przecież oddychać, bo z biologii każdy wie, że człowiek oddycha przez skórę… Poza obcisłym wdziankiem kobieta miała na sobie pełny rynsztunek biegacza, którym wyraźnie podkreślała swoje zaangażowanie.

Miała wypasione i drogie buty do biegania. Markowe, nie jakieś pepegi. Włosy podtrzymywała kolorowa opaska. Na ramieniu specjalny trzymak na komórkę, na ręku zegarek, na którym co chwila coś sprawdzała, nie wiem, czas czy prędkość, na uszach wielkie słuchawki. Talię przepasała schludnym niezbędnikiem (popularnie zwanym nerką), w którym pewnie miała wszystko, co bierze ze sobą człowiek idący pobiegać rekreacyjnie w pobliskim parku. Słowem – wypasiona biegaczka (nie mylić z biegunką). No i jeszcze jedna rzecz – miała wielką, pewnie litrową butlę wody. Widząc tę butelkę, rozczuliłem się i pobiegłem myślami w przeszłość, w te jakże odległe, szczęśliwe i proste czasy.

Kiedyś nikt nie myślał o tym, że trzeba się regularnie nawadniać. Chciało ci się pić, to piłeś, nie, to nie. Tyle na ten temat. Nikt nie nosił ze sobą tych wszystkich termosów i flaszek, obojętnie czy szedł do parku, czy na siłownię. Dzieci nie brały ze sobą do szkoły picia. Rano piłeś herbatę do śniadania, a jak w szkole chciało ci się pić, to szedłeś do kibla i tam piłeś z kranu, pod warunkiem, że akurat nie było tam starszych chłopaków, bo ci tylko czekali, żeby skopać młodszym dupę. Mojej mamy nie interesowało, ile dziennie wypijam wody. W dzień wolny wychodziło się rano przed blok i tyle. W domu też mi nikt nigdy picia nie szykował. W kuchni stał taki czerwony dzbanek z dzióbkiem, w którym zawsze była przegotowana woda i każdy z niego pił, kiedy chciał, wszyscy domownicy z jednego dzióbka. U babci w kuchni stał kufel z przegotowaną wodą. Babcia robiła mi do śniadania i kolacji szklankę herbaty, do obiadu kompot. Poza tym też się nie przejmowała. Chciałem pić, to piłem z kufla. Ewentualnie można było się napić wody z wiadra przy studni. Jedynie, gdy jechało się bardzo daleko, niektórzy brali ze sobą flaszkę z herbatą, ale poza tym nikt wody ze sobą nie nosił. Wszyscy tak robili i nikt się nigdy nie odwodnił.

Dziś jest inaczej. Wszyscy i wszędzie taszczą te wielkie butelki. Mało tego, są aplikacje, które mówią ci, kiedy masz pić i wyliczają, czy wypiłeś już odpowiednią ilość płynów. I wszystkie inne aplikacje, które mówią ci, ile dziś przebiegłeś, wszystko w krokach i kilometrach, ile spaliłeś kalorii, jakie masz ciśnienie i tętno, bo przecież właśnie to ta kobieta z parku sprawdzała na zegarku: ile i czego już ma, tak jakby wiedza o tym, jaki ma aktualnie puls była jej do czegokolwiek potrzebna.

Ze wszystkim tak jest. Tacy na przykład rowerzyści wcale nie mają lepiej. Kiedyś wsiadałeś na swoje Wigry i jeździłeś cały dzień po wertepach, spocony, zmachany, a nogawki teksasów co chwila wkręcały ci się w łańcuch. Dziś są rowery do jeżdżenia specjalnie po górach, a te szosowe do jeżdżenia po szosach… No tak. Są rowery miejskie, górskie, trekkingowe, szosowe, crossowe, przełajowe, są też specjalne opony do gravela (cokolwiek by to nie było, ja nawet nie chcę tego wiedzieć) i do lasu, jest nawet coś, co nazywa się cyclocross, co kojarzy mi się wyłącznie z cyckami. A dawniej po prostu był rower. Miał pedały (nie wiem, czy jeszcze wolno tak mówić), łańcuch, dętkę, oponę, dynamo i uchwyt na bidon, choć nikt nigdy nie miał bidonu. No, rower, tak po prostu. Ubierało się buty, wsiadało i jechało. Teraz trzeba mieć te wszystkie dodatki, mierniki, przerzutki i światełka, bo bez nich jeździć chyba się nie da. Widziałem na ulicy faceta, który jechał w takim podłużnym kasku, w jakim jeżdżą po torze pod dachem i od razu się zastanawiałem, jakie on prędkości rozwija i ile tysięcznych sekundy chce gdzieś urwać.

Przecież dziś nawet buty ubrać ciężko, bo tak zmieniły się nasze potrzeby. Inne są do chodzenia, inne do biegania, są buty górskie i do trekkingu, do wspinaczki i do pływania. Mój syn zapisał się na trening sztuk walki. Na wejściu od razu potrzebował rękawice do boksu, rękawice do MMA, ochraniacze na piszczele do kickboksingu i ochraniacz na zęby. Ja zapisałem się kiedyś na karate i nie miałem takiego ochraniacza. Szybko dostałem kopa w zęby i nauczyłem się trzymać wysoko ręce.

W tym świecie ciężko przetrwać, a będzie jeszcze gorzej. Wszędzie mówią ci, co musisz mieć. Wciskają ci rzeczy, których wcale nie potrzebujesz. Mówią ci, że bez nich jesteś gorszy, wolniejszy, słabszy czy brzydszy. I ludzie w to wierzą, a potem kupują te wszystkie zbędne gadżety, jakby nie mieli co z pieniędzmi zrobić. Podobnie wierzą w te wszystkie durnowate aplikacje. Kiedy pić, kiedy nie pić. Teraz misisz zjeść. Posiłek węglowodanowy. Weź pigułkę. Pobaw się z dzieckiem przez trzynaście i pół minuty i po następnych siedemnastu minutach nakarm go papką z marchewki i brokuła, ale tą ze słoika, bo zawiera ona dodatkowe witaminy, których przecież kupione w warzywniaku brokuł i marchewka nie zawierają. I połóż dziecko spać, bo właśnie teraz spać powinno. A teraz je obudź, bo śpi za długo. Są zresztą aplikacje do mierzenia snu. Ja kładę się spać około jedenastej i wstaję o siódmej punkt. Czyli śpię osiem godzin, mniej więcej. Tak przynajmniej wychodzi z obliczeń i wiedzy ogólnej. Mogę oczywiście ściągnąć sobie aplikację. Która rano powie mi, że spałem mniej więcej osiem godzin. Taka różnica.

Co jeszcze nam sprzedadzą? Bo przecież można wcisnąć wszystko, począwszy od przepłaconych szampanów, torebek i zegarków, a skończywszy na przyklejonym do płótna bananie, czy zapuszkowanej kupie. Wystarczy przecież tylko zainwestować w wywołanie odpowiedniego popytu (tu patrz szczególnie na żywność i leki).

Ciekawe, że nikt jeszcze nie wprowadził aplikacji do mierzenia ludzkiej głupoty. Pika ci zegarek, patrzysz co chwilę i sprawdzasz, o ile jesteś głupszy. Choć to by pewnie nie weszło, bo ludzie nie lubią słuchać prawdy. Wolą bajki. Więc może reaktywować najstarszą aplikację świata, czyli „lustereczko, powiedz przecie…”? Kto by tego nie kupił, opłacając tłustą, miesięczną licencję?

Pik! Drogi Grzegorzu, świetnie dziś wyglądasz. Pik! Twoje łydki wyglądają niezwykle czarująco w świetle gwiazd. Ich kształt mocno komplementuje krzywiznę wschodzącego księżyca. Pik! Nie musisz podciągać opadających spodni, bo każdy ma prawo być szczęśliwy; w końcu to nie tylko brzuch piwny, ale i dowód na to, że dobrze ci się powodzi. Pik! Nie rozumiem, dlaczego uważasz, że masz platfusa. Twoje podeszwy są po prostu łagodnie wyskepione.

W końcu wszyscy zasługujemy na odrobinę szczęścia. I zawsze są tacy, którzy troszczą się o nasze zdrowie, spokój i dobrobyt, prawda?

Pik! Przewiń ten nudny film, bo stracisz reklamę, a dowiesz się, jak sprawić, żeby twoje piękne włosy były jeszcze piękniejsze. Pik! Masz naprawdę przystojną, dostojnie wyprofilowaną twarz, a worki pod oczami są skutkiem dawnych konfliktów, których odpowiednio nie przepracowałeś. Mogę polecić ci doskonałą aplikację, która pomoże ci stawić czoła demonom przeszłości. Pik! Grzegorzu, widzę, że zbyt mało czasu spędziłeś dziś przed ekranem. Jak zapewne wiesz, światło emitowane z ekranów czwartej generacji nie tylko doskonale wpływa na twoje oczy, ale też odpręża cię wewnętrznie, redukuje stres i ułatwia wypróżnienia. Pamiętaj, że zgodnie z nowymi normami, chcesz osiągnąć czterdzieści siedem procent minimum. Jeśli chcesz, mogę przeanalizować twój dzienny plan zajęć i dostosować go…

Kiedyś „kup pan cegłę” było proste. Nie potrzebujesz cegły, ale kupujesz, albo wybiją ci nią zęby. Teraz naszym zębom nic nie grozi. „Kup pan gadżet” jest miłe i przyjemne. Kup albo zainstaluj, bo to w gruncie rzeczy to samo. Tylko…

Pik! Gdzie to wszystko prowadzi?



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Homo animalensis

Homo animalensis (definicja): Człowiek, który świadomie łamie zasady i działa z wygody, demonstrując absurd, chaos i zwierzęcą bezmyślność. Wszystko zaczyna się od tego, że dostałem maila od ludzi, którzy zajmują się zarządzaniem terenem, na którym w Anglii stoi mój dom. Administratorzy, którzy dbają o dzielnicę, drogi, oświetlenie i przycinanie krzaków, takie tam. W mailu zwracają się uprzejmie do mieszkańców. Otóż zauważono, że wielu ludzi parkuje na żółtych liniach albo na „terenach zielonych”. Uprasza się więc, aby parkowano tylko tam, gdzie się parkować powinno. Tyle. Dżentelmeńska umowa zawsze oznaczała obopólne zrozumienie i poszanowanie. Problem w tym, że ci ludzie piszą w taki dość staroangielski sposób, który już niekoniecznie obowiązuje. Moja ulica (ach, te piękne nazwy, jak z Hobbita, albo starych bajek, bo ja nie mieszkam na ulicy nikogo sławnego, ani tym bardziej zasłużonego – mieszkam w Leśnej Dolinie na Szczawiowym Stoku) to bardzo spokojne miejsce. Przynajmniej takie b...

W dniu urodzin życzę sobie

D zisiaj moje urodziny. Tak sobie siedzę i myślę. Nie martwi mnie spadająca z kalendarza kartka. Już nie. Zawsze warto jednak poświęcić moment na refleksję. Spojrzeć na rok za plecami i uśmiechnąć się to tego, który właśnie puka do drzwi. Niebo wolno dokądś płynie Stoisz w oknie z oczu płyną łzy Dziś są Twoje urodziny Tak czekałeś lecz nie przyszedł nikt Tak śpiewała kiedyś Edyta Bartosiewicz w piosence “Urodziny”. Bardzo fajna piosenka swoją drogą. Jak wyszła, byłem wtedy na drugim roku studiów. Pamiętam ją z różnych imprez. Stare, dobre czasy. Można sobie tutaj przeczytać tekst, jeśli ktoś chce, a tutaj posłuchać. Teraz są czasy nowe. Inne. Też dobre. Niebo dokądś tam sobie płynie. Ja w oknie nie stoję. Jakbym stanął, na pewno popłynęłyby mi łzy, bo mam teraz widok na niedokończony blok, który budują pewnie już od kilku lat, a końca ciągle nie widać. Nikt do mnie nie przyszedł, ale tu nie mogę mieć do nikogo pretensji, bo i nie spraszałem. Ja w ogóle rzadko spraszam. Z wiekiem male...

Wrześniowy

I znowu pierwszy września. Czas śmiga nieubłaganie i naprawdę nie wiem, jak on to robi, że pędzi do przodu i jednocześnie zatacza koła. Dopiero był Sylwester, potem święta, koniec roku szkolnego i piękny, bo zasłużony, wakacyjny wypoczyn. A teraz znowu nadszedł czas szkoły. Kończą się wakacyjne wybryki. Życie wraca na swoje zwykłe, ustalone tory. Pisałem już kilka razy o ciężkim życiu rodzica. Niezmiennie ciężkim, odpowiedzialnym i wyczerpującym. A skoro pisałem, to już wystarczy. Bo na dwoje babka wróżyła. Mnie pierwszy września jawi się jak powrót do normalności. Wakacje nie są normalne. Człowiek, który opiekuje się dziećmi i jednocześnie próbuje pracować z domu, potrzebuje jednak trochę tego czasu, żeby… no właśnie, coś popracować. Dlatego tak ważne jest te kilka godzin, kiedy dzieci nie ma: tylko wtedy jest szansa coś zrobić. A i tak wychodzi średnio, bo z tego czasu trzeba odjąć zakupy, sprzątanie i gotowanie dla dziatwy, więc per saldo czasu zostaje niewiele. Człowiek ma tę ciągł...

Rzym: La Cucina Romana

Co można zjeść w Rzymie? Praktycznie wszystko to, co w całych Włoszech i w większości miast świata. Podobnie, jak w każdym prawdziwie europejskim mieście. Oczywiście nikt nie jedzie do Rzymu po to, żeby zjeść chińszczyznę, czy schabowego, a Wieczne Miasto to więcej, niż tylko muzea i zabytki. Kuchnia włoska jest jedną z najbardziej znanych i popularnych na świecie. Czy słusznie? Cóż, kwestia gustu. Ktoś może powiedzieć, że to tylko makaron z sosem, albo placek z dodatkami upieczony w piekarniku. Wiem, różne są gusta. Robiłem ostatnio w domu coś z tortillą i powiedziałem do żony, że robią ludzie cuda z kuchni meksykańskiej, a to przecież tylko zwykły naleśnik… Tak samo można podejść do wszystkiego, bo przecież na przykład curry to taki gulasz, tylko z dodatkiem regionalnych przypraw i z czego robić hałas, gdy każda kultura na świecie ma swój rodzaj gulaszu? Wiele jest we Włoszech kuchni regionalnych i każda z nich ma swoją specyfikę. Kto coś wie o kuchni rzymskiej? Ja do niedawna niewi...

List do samego siebie na 1 stycznia

Drogi… no właśnie… ciągu komórkowy o mojej twarzy, przypadkowy spadkobierco mojego bałaganu, organizmie, który jeszcze nie złożył wypowiedzenia – piszę do ciebie, bo znów mamy 1 stycznia. Gratuluję. Przeżyłeś. Nie wiem jak, nie wiem po co, ale jednak. Za oknem fajerwerki, pokój pusty. Wszyscy poszli spać, choć niedawno przecież północ minęła, ot, szybkie świętowanie, kieliszek z szampanem, stuk, stuk, brzdęk, brzdęk, dobranoc, przytupu nie ma, bo i nikt go nie lubi, więc po co przytupywać? Tylko kot został. Leży na kanapie i się dziwnie gapi. A ja piszę, co następuje:  SEKCJA I: INWENTARYZACJA ZNISZCZEŃ Oto raport z roku poprzedniego, sporządzony w trybie sekcyjnym: Utracono: 3 złudzenia, 1 długoterminowy plan, resztki nadziei na spokojne popołudnia. Zdobyto: 4 nowe lęki, 2 nawyki autodestrukcyjne klasy premium oraz nieprecyzyjny ból lewego barku, który pojawia się, gdy próbujesz żyć. Stan emocjonalny: przypomina lodówkę po świętach – coś w niej jest, ale lepiej tego nie jeść. Sta...