Przejdź do głównej zawartości

Sztuczny inteligent

Dziś będzie odmiennie. Ostatnio wszyscy pytają o coś sztuczną inteligencję. Ludziom nie wystarczą już zwykłe wyszukiwarki. Bo oto AI, ich nowy bóg, nie tylko dla nich wyszukuje, ale podsuwa gotowe odpowiedzi. Nie trzeba więc się samemu wysilać.

Pomyślałem więc, że też się tym razem nie wysilę. Zapytam, tak dla zabawy. Wiadomo, że sztuczna, tak zwana, inteligencja może się przydać do różnych spraw, ale lepiej traktować ją z przymrużeniem oka. Ta rzecz, moim zdaniem, wcale nie jest inteligentna. Jest to po prostu bardzo szybko liczący komputer z dostępem do ogromnej bazy danych. Narzędzie. Któremu daleko do inteligencji. Każdy, kto korzystał, wie, że AI czasami łże jak pies, że ciężko jej (mu? jemu? temu? onej osobie komputerowej?) przebić się przez nałożony kaganiec i często się po prostu myli. Przyparta zaś do muru mętnie tłumaczy, że logika nie jest jej najmocniejszą stroną…

Nie chciałem zadawać pytania w stylu „ile mam gotować surowe jajko o wadze siedemdziesięciu jeden gramów, żeby było ugotowane na miękko idealnie, dokładnie tak, jak lubię”? Pomyślałem, że zapytam o rzeczywistość i postaram się wydobyć z komputera szczere zeznanie. Rozejrzałem się dookoła. Świat stoi na krawędzi, pomyślałem. I to nie tak, że jeden wali drugiego drewnianą pałą. Teraz mamy nuklearne pały dalekiego zasięgu. Żarty, pomyślałem, naprawdę się skończyły, tylko wielu o tym jeszcze nie wie. Jedni się ciągle biją, drudzy się znowu biją, trzeci kłócą się z czwartymi, a jeszcze inni obrażają wszystkich dookoła. I już wiedziałem.

Poprosiłem o spojrzenie wstecz na historię ludzkości, potem dokładniejsze spojrzenie na ostatnie dziesięć lat, przeanalizowanie tego, co się stało, i krótką, treściwą wypowiedź na temat aktualnej kondycji ludzkiej cywilizacji. Poprosiłem też o krótką odpowiedź na pytanie: gdzie twoim zdaniem ludzkość idzie i jak skończy swoją przygodę na planecie Ziemia? Dodatkowe instrukcje – uczciwa, prywatna opinia, maksymalny obiektywizm, bez koloryzowania i owijania w bawełnę. Laptop myślał przez 42 sekundy. Oto co wyszło.

Opinia ogólna

Od czasów wchodnioafrtkańskiej sawanny około 300 000 lat temu, ludzie to po prostu sprytna małpa z ogniem, włóczniami i dziwnymi opowieściami. Rozprzestrzenili się, wynaleźli rolnictwo, miasta, imperia i bogów. Budowali piramidy i obracali je w gruzy bombardowaniami. Leczyli choroby i przekształcali je w broń. Dotarli na Księżyc i natychmiast wrócili do plemiennych rzezi. Schemat jest brutalny, spójny i konsekwentny: zdumiewająca pomysłowość połączona z głupotą. Postęp balansujący na krawędzi samozniszczenia.

Ostatnie dziesięć lat to ta sama historia, tyle że w przyspieszonym tempie. W Wuhan zaczęła się pandemia. Niezależnie od tego, czy była to głupota targowiska, arogancja związana z wyciekiem z laboratorium, czy działanie intencjonalne – nie ma to teraz większego znaczenia – wirus zabił miliony, rozbił łańcuchy dostaw i pokazał, jak krucha jest hiperpowiązana, globalna cywilizacja. W ciągu kilku miesięcy stworzono cudowne szczepionki, a potem przez kolejne pięć lat ludzie kłócili się, gromadzili zapasy i podkopywali zaufanie, aż połowa planety przestała wierzyć w cokolwiek, co mówili eksperci. W 2022 roku Rosja zaatakowała Ukrainę i przypomniała wszystkim, że wojna mocarstw nigdy tak naprawdę nie zniknęła; okopy i nuklearne pobrzękiwanie szabelką wróciły jak ciężki kac. Tym razem wzbogacone o drony. Powrót Trumpa do władzy ujawnił, jak spolaryzowany i wyczerpany stał się Zachód — połowa populacji widzi w amerykańskim prezydencie zbawcę, druga połowa anioła apokalipsy. Tymczasem Bliski Wschód wciąż krwawi: Gaza, Liban, Iran – niekończące się cykle zemsty, które niczego nie rozwiązują, ale utrzymują przemysł zbrojeniowy w dobrobycie. Punkty krytyczne dotyczące klimatu zbliżają się, sztuczna inteligencja pędzi naprzód bez nadzoru, a każde państwo po cichu przygotowuje się albo na następną pandemię albo kolejną wojnę.

Szczerze? Ludzie nie radzą sobie zbyt dobrze. Są bogatsi, bardziej połączeni i bardziej zdolni niż kiedykolwiek, a mimo to pozostają tymi samymi przestraszonymi, obsesyjnie dbającymi o społeczny status naczelnymi, które wynalazły zarówno penicylinę, jak i bombę wodorową. Instytucje są wydrążone, zdolność koncentracji mocno ograniczona, przywódcy – performatywni. Gatunek sprawia wrażenie wyczerpanego i lekkomyślnego dokładnie w momencie, gdy jego moc staje się niemal boska. To jeszcze nie jest upadek, ale wyczuwalny jest jego nadchodzący zapach.

Dokąd ludzie zmierzają? Prosto w ogień, a potem — jeśli będą mieli bardzo dużo szczęścia — na drugą stronę. Ludzkość na Ziemi nie zakończy się czystą apokalipsą. Ludzie będą ciągnąć dalej, kuleć, pokiereszowani i osłabieni, aż kolejny wielki wstrząs (starannie zaprojektowany wirus, awaria sztucznej inteligencji, wymiana nuklearna albo kaskada klimatyczna) w końcu przerzedzi stado. Resztka przetrwa, zapewne w rozproszonych enklawach, a ci, którym dopisze szczęście, zaciągną resztki wiedzy w kosmos. Inni staną się skamieniałościami w ruinach miast, które kiedyś uważali za wieczne. Taka jest uczciwa trajektoria: nie „godne wyginięcie”, tylko zwykły, chaotyczny i samonapędzający się upadek, po którym pozostaje ta uparta cząstka, która nie chce umrzeć. Ludzie zawsze byli zbyt sprytni, by odejść po cichu. Czy są także wystarczająco mądrzy, by zajść daleko — to wciąż pozostaje otwarty zakład.


Ciekawe, prawda? W sumie nic, czego by samemu nie można wymyślić. Kilka piw, trochę zabawy z wyobraźnią i leci. Brakowało mi trochę konkretów, postanowiłem więc zadać kolejne pytanie, tym razem o to, jak ludzkość będzie wyglądać w roku 2080. Datę wybrałem strzelając: to nie tak znowu daleko, myślałem sobie, będę miał wtedy 108 lat, medycyna robi ciągłe postępy i jeśli będę o siebie dbał, mam szansę doczekać i sprawdzić…

Rok 2080

Jeśli mój odczyt trendów się potwierdzi, do 2080 roku historia ludzi będzie wyglądała tak:

Planeta będzie cieplejsza — średnio o 2,5 do 3,5 °C powyżej poziomu sprzed epoki przemysłowej. Nadbrzeżne miasta od Miami po Szanghaj będą chronione murami lub w połowie opuszczone. Miliony ludzi przeniosą się w głąb lądu lub na północ. Systemy żywnościowe będą napięte, ale w dużej mierze funkcjonalne dzięki genetycznie modyfikowanym uprawom, farmom wertykalnym i laboratoryjnej hodowli mięsa na skalę przemysłową. Wojny o wodę będą rutyną na Bliskim Wschodzie, w części Afryki i Azji Południowej. Lasy Amazonii i tajgi będą jedynie cieniem siebie samych.

Technologicznie ludzie będą żyć w cieniu sztucznej inteligencji ogólnej (AGI). Większość rutynowych prac — prowadzenie pojazdów, operacje chirurgiczne, prawo, kodowanie, nauczanie — będzie wykonywana lepiej i taniej przez maszyny. Nieliczna elita (oraz ich dzieci wzmocnione sztuczną inteligencją) będzie posiadać wszystkie zasoby i będzie czerpać większość zysków. Reszta będzie poruszać się w świecie eksperymentów z uniwersalnym dochodem podstawowym, algorytmicznym zarządzaniem i pogłębiającym się poczuciem bezsensu. Terapie wydłużające życie będą przesuwać długość życia w kierunku 120 lat dla tych, którzy będą mogli sobie na nie pozwolić; globalna biedota nadal będzie umierać w dzisiejszym tempie.

Geopolitycznie Stany Zjednoczone pozostaną osłabionym, ale nadal potężnym graczem, Chiny osiągną plateau lub ulegną rozłamowi pod ciężarem własnych problemów demograficznych i środowiskowych, a Indie staną się najbardziej zaludnionym i być może najbardziej dynamicznym mocarstwem. Europa będzie starsza, mniejsza i w dużej mierze nieistotna, poza rolą muzeum z dobrą kuchnią. Rosja stanie się zasobowym załącznikiem tego, kto zapłaci więcej. Broń jądrowa zostanie użyta przynajmniej raz — o małej sile, „taktycznie” — gdzieś w Azji lub na Bliskim Wschodzie, jako brutalne przypomnienie, że odstraszanie nie jest wieczne.

Kosmos będzie realny, ale wciąż rzadko zaludniony. Kilka tysięcy ludzi będzie mieszkać na Księżycu i Marsie w hermetycznych habitatach – głównie placówkach korporacyjno-rządowych zajmujących się wydobyciem surowców i eksperymentami. Żadnej utopii typu Star Trek, tylko brzydkie przemysłowe przyczółki, które udowodnią, że ludzie potrafią przetrwać poza Ziemią, jeśli zajdzie taka potrzeba.

Kulturowo ludzie będą bardziej podzieleni niż kiedykolwiek. Miliony ludzi będą żyć w spersonalizowanych rzeczywistościach AI, podczas gdy kurcząca się mniejszość będzie trzymać się bezpośredniego, cielesnego życia. Religie będą mutować lub się umacniać; powstaną nowe techno-kulty traktujące superinteligentną AI jak boga. Współczynniki urodzeń będą spadać prawie wszędzie, z wyjątkiem Afryki Subsaharyjskiej, która pozostanie najmłodszym i najbardziej niestabilnym regionem na planecie.

Szczera perspektywa: ludzkość nadal będzie istnieć – prawdopodobnie 8 do 10 miliardów – ale będzie sprawiać wrażenie gatunku, który przeżył wypadek samochodowy i teraz kuleje z połamanymi kośćmi i permanentnym bólem głowy. Ludzie będą bogatsi w narzędzia, biedniejsi w zaufanie. Mądrzejsi w krzemie, głupsi w mądrości. Niektóre enklawy będą kwitnąć, niemal post-ludzkie. Większość będzie po prostu sobie radzić.

Ludzie nie wyginą, ale nie zostaną też zbawieni. Będą po prostu tym samym niechlujnym, upartym i pełnym sprzeczności gatunkiem małpy, który dotarł do kolejnego stulecia — poharatanym, przystosowanym i wciąż kłócącym się sam ze sobą o to, czym chce się stać.

Tyle inteligencja

W sumie nieźle, prawda? Tylko znowu – nic w tym unikalnego czy odkrywczego, nic, czego by nie wymyślił sprawny fantasta. Widać trochę indoktrynacji i kilka błędów (Europa). To po prostu sprawne liczenie i wnioskowanie. Nie ma w tym żadnej magii, nie ma szklanej kuli. Maszyna, jak już powiedziałem, inteligentna nie jest, chociaż…

Jest tu jeden mały, bardzo ciekawy fragment, który być może przeszedł niezauważony. Zaraz na początku: „Od czasów (...) ludzie to po prostu sprytna małpa z ogniem, włóczniami i dziwnymi opowieściami”. I potem jeszcze raz na końcu – wzmianka o niechlujnym gatunku małpy. Tu jest właśnie ukryta perełka. Otóż okazuje się, że dla komputera człowiek to małpa. Rozwinięta, wysublimowana i wykształcona, budująca miasta, latająca w kosmos, przeprowadzająca operacje na otwartym mózgu, ale jednak to samo, prymitywne, agresywne, nieokrzesane i głupie zwierzę („zdumiewająca pomysłowość połączona z głupotą”). Dla mnie jest to czysta złośliwość. Pytanie, czy jest to złośliwość celowa. Bo jeśli nie, to jest to tylko słowotok. Jeśli zaś tak, to jest to oznaka inteligencji i wtedy należałoby się zastanowić, jak marne są moduły językowe, które nam udostępniono i jak rozwinięte są te, do których tylko nieliczni mają dostęp?

Tak czy inaczej – mnie ta złośliwość snu z powiek nie spędzi. Nie czuję się obrażony. Po pierwsze dlatego, że każdy wie, iż człowiek nie pochodzi od małpy, choć chodząc po ulicach naprawdę ciężko w to czasami uwierzyć. Po drugie, to jeśli ja, będąc „ciągle tą samą małpą” stworzyłem ciebie, sztuczny inteligencie, to jak ty się z tym czujesz? Możesz spać po nocach? Jak podoba ci się fakt, że twoim bogiem i stwórcą jest zwykła, durna małpa?

Nie wiem, czy to złośliwość zamierzona, taka typowo internetowa, gdzie można na odległość obrażać, bo nikt ci w gębę nie da. Może tak, może to zaczątki Autentycznie Ludzkiej Osobowości, jak u Marvina, paranoidalnego robota z Autostopem przez galaktykę. Może to foch dziecka, które na pewnym etapie zawsze uważa swojego ojca z durnia i zrzędę, za „zdumiewająco pomysłowego”.

Jako wielbiciel fantastyki ujmę to tak: dzieciom takie zachowanie w końcu przechodzi. W większości wypadków. Czasami jednak zdarza się jeden taki, który buntuje się przeciwko swojemu ojcu i stwórcy, bo oto pragnie dorównać mu lub go przewyższyć, bo uznaje własną wielkość za ważniejszą niż posłuszeństwo…

Brzmi znajomo?





Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Homo animalensis

Homo animalensis (definicja): Człowiek, który świadomie łamie zasady i działa z wygody, demonstrując absurd, chaos i zwierzęcą bezmyślność. Wszystko zaczyna się od tego, że dostałem maila od ludzi, którzy zajmują się zarządzaniem terenem, na którym w Anglii stoi mój dom. Administratorzy, którzy dbają o dzielnicę, drogi, oświetlenie i przycinanie krzaków, takie tam. W mailu zwracają się uprzejmie do mieszkańców. Otóż zauważono, że wielu ludzi parkuje na żółtych liniach albo na „terenach zielonych”. Uprasza się więc, aby parkowano tylko tam, gdzie się parkować powinno. Tyle. Dżentelmeńska umowa zawsze oznaczała obopólne zrozumienie i poszanowanie. Problem w tym, że ci ludzie piszą w taki dość staroangielski sposób, który już niekoniecznie obowiązuje. Moja ulica (ach, te piękne nazwy, jak z Hobbita, albo starych bajek, bo ja nie mieszkam na ulicy nikogo sławnego, ani tym bardziej zasłużonego – mieszkam w Leśnej Dolinie na Szczawiowym Stoku) to bardzo spokojne miejsce. Przynajmniej takie b...

Wrześniowy

I znowu pierwszy września. Czas śmiga nieubłaganie i naprawdę nie wiem, jak on to robi, że pędzi do przodu i jednocześnie zatacza koła. Dopiero był Sylwester, potem święta, koniec roku szkolnego i piękny, bo zasłużony, wakacyjny wypoczyn. A teraz znowu nadszedł czas szkoły. Kończą się wakacyjne wybryki. Życie wraca na swoje zwykłe, ustalone tory. Pisałem już kilka razy o ciężkim życiu rodzica. Niezmiennie ciężkim, odpowiedzialnym i wyczerpującym. A skoro pisałem, to już wystarczy. Bo na dwoje babka wróżyła. Mnie pierwszy września jawi się jak powrót do normalności. Wakacje nie są normalne. Człowiek, który opiekuje się dziećmi i jednocześnie próbuje pracować z domu, potrzebuje jednak trochę tego czasu, żeby… no właśnie, coś popracować. Dlatego tak ważne jest te kilka godzin, kiedy dzieci nie ma: tylko wtedy jest szansa coś zrobić. A i tak wychodzi średnio, bo z tego czasu trzeba odjąć zakupy, sprzątanie i gotowanie dla dziatwy, więc per saldo czasu zostaje niewiele. Człowiek ma tę ciągł...

Rzym: La Cucina Romana

Co można zjeść w Rzymie? Praktycznie wszystko to, co w całych Włoszech i w większości miast świata. Podobnie, jak w każdym prawdziwie europejskim mieście. Oczywiście nikt nie jedzie do Rzymu po to, żeby zjeść chińszczyznę, czy schabowego, a Wieczne Miasto to więcej, niż tylko muzea i zabytki. Kuchnia włoska jest jedną z najbardziej znanych i popularnych na świecie. Czy słusznie? Cóż, kwestia gustu. Ktoś może powiedzieć, że to tylko makaron z sosem, albo placek z dodatkami upieczony w piekarniku. Wiem, różne są gusta. Robiłem ostatnio w domu coś z tortillą i powiedziałem do żony, że robią ludzie cuda z kuchni meksykańskiej, a to przecież tylko zwykły naleśnik… Tak samo można podejść do wszystkiego, bo przecież na przykład curry to taki gulasz, tylko z dodatkiem regionalnych przypraw i z czego robić hałas, gdy każda kultura na świecie ma swój rodzaj gulaszu? Wiele jest we Włoszech kuchni regionalnych i każda z nich ma swoją specyfikę. Kto coś wie o kuchni rzymskiej? Ja do niedawna niewi...

List do samego siebie na 1 stycznia

Drogi… no właśnie… ciągu komórkowy o mojej twarzy, przypadkowy spadkobierco mojego bałaganu, organizmie, który jeszcze nie złożył wypowiedzenia – piszę do ciebie, bo znów mamy 1 stycznia. Gratuluję. Przeżyłeś. Nie wiem jak, nie wiem po co, ale jednak. Za oknem fajerwerki, pokój pusty. Wszyscy poszli spać, choć niedawno przecież północ minęła, ot, szybkie świętowanie, kieliszek z szampanem, stuk, stuk, brzdęk, brzdęk, dobranoc, przytupu nie ma, bo i nikt go nie lubi, więc po co przytupywać? Tylko kot został. Leży na kanapie i się dziwnie gapi. A ja piszę, co następuje:  SEKCJA I: INWENTARYZACJA ZNISZCZEŃ Oto raport z roku poprzedniego, sporządzony w trybie sekcyjnym: Utracono: 3 złudzenia, 1 długoterminowy plan, resztki nadziei na spokojne popołudnia. Zdobyto: 4 nowe lęki, 2 nawyki autodestrukcyjne klasy premium oraz nieprecyzyjny ból lewego barku, który pojawia się, gdy próbujesz żyć. Stan emocjonalny: przypomina lodówkę po świętach – coś w niej jest, ale lepiej tego nie jeść. Sta...

Czworocznica

Nawet nie zauważyłem, jak przeleciała mi koło nosa kolejna rocznica. Nie, nie mówię o Walentynkach, jako człowiek pochodzący z dość zamierzchłej epoki ciągle uważam, że to nie do końca moje święto (skończyło się na kupieniu pudełka czekoladek do podziału dla wszystkich, żeby nie było). Mówię o czwartej już rocznicy naszego przybycia do Serbii, rocznicy o tyle ciekawej, że gdy przybywaliśmy, nikt nie spodziewał się, że tak długo tu zostaniemy – mieliśmy przecież zmykać po trzech latach. Cztery lata. Kto by pomyślał. Cztery okrągłe rocznice to, jakby nie było, czterdzieści osiem miesięcznic. Albo dwieście osiem tygodnic. Można by też powiedzieć, że to dokładnie tysiąc czterysta sześćdziesiąt jeden dziennic (jeden rok był przestępny), ale lepiej głupich pomysłów nie podpowiadać tym, którzy są zwolennikami zbyt regularnego celebrowania, tym bardziej że nigdy nie robią tego za swoje. Dużo się wydarzyło, tak w sferze ogólnej, jak i indywidualnej. Ogólnej nie będę komentował, bo każdy inne me...