Pisałem ostatnio o tym, że sztuczna inteligencja uważa ludzi za małpy. A przynajmniej za twór, który niedaleko się od małpy oddalił, przynajmniej mentalnie. Fakt, AI uważa też ludzi za pomysłowych, czy raczej jak to złośliwie ujmuje – zdumiewająco pomysłowych. No to błyśnijmy pomysłem.
W sercu mojego pomysłu będzie to, co być powinno, czyli chęć przysłużenia się innym, ułatwienia im (i sobie) życia oraz cel najwyższy – pchnięcie skostniałej cywilizacji na nowe tory poprzez zapewnienie jej dobrobytu, stabilizacji i pokoju. Brzmi fajnie, prawda? Założenie całkowicie odmienne od założeń oficjalnych innowatorów, którzy w pocie i znoju pracują, aby innym żyło się… inaczej.
Mówię o tych, którzy co chwilę wdrażają jakieś polskie łady, europejskie łady, globalne łady, czy zielone, niebieskie i tęczowe łady. W dodatku wdrażają ich tyle, że ciężko się połapać co i jak, zresztą często są one wdrażane na tajnych, zamkniętych albo nocnych posiedzeniach, więc i tak nie wiadomo ani kiedy wchodzą w życie, ani jak dzięki nim oberwiemy. Mówię o głupich ludziach, którzy robią krzywdę innym, ale też sobie samym. Mój ład będzie oto zaproponowany oficjalnie, w środku dnia i w dodatku z góry wiadomo, kto się pod nim podpisuje, więc w odróżnieniu od tamtych będzie kogo obwinić.
Pomysł jest bardzo prosty. Opiera się na intensywniejszym wdrażaniu, we wszystkich dziedzinach życia dobrze znanego wszystkim hasła, czyli:
Czyj pomysł, tego wykonanie.
Jest to idea rewolucyjna i wspaniała. Wprowadzi ona porządek i przyniesie wszystkim wymierne korzyści. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie można czegoś takiego wprowadzić całkowicie. Muszą istnieć zależności typu szef – podwładny, nauczyciel musi uczyć, trener trenować, a rodzic wymagać, bo bezhołowie prowadzi do chaosu. Można jednak znacznie rozszerzyć stosowanie zasady „Czyj pomysł, tego wykonanie” na wiele dziedzin życia. Podchodząc do tego sensownie, wszyscy na tym zyskamy. Spowoduje to drastyczne ograniczenie głupich pomysłów i zetnie w bokach tych, którzy lubią pokazywać innym palcami. Czasami chodzi tylko o to, żeby trawnik był strzyżony raz na dwa tygodnie, zamiast dwa razy w tygodniu. Czasami o to, żeby zastopować groźnych przygłupów. Podam przykłady.
Przykład 1
Podejrzewam, że każdy to zna z domowego stadła. Przynajmniej każda tak zwana męska osoba małżeńska. Bo oto nadchodzi piątek i żeńska osoba małżeńska mówi, że trzeba w domu posprzątać. Oczywiście osoby żeńskie przekazują to (ja przecież nic ci nie każę, jak tylko mówię!) w bardzo specyficzny sposób. Możliwości:
- Kobieta nie mówi nic. Chodzi dookoła, manifestuje swoją obecność i znaczy teren: fuka, tupie i sapie, czekając, aż durnowaty samiec sam się domyśli.
- Wypowiedź bezpośrednia. Kobieta zarzuca osobnikowi męskiemu nieróbstwo, wzbudzając poczucie winy – tylko tak leżysz i leżysz, każdy potrafi tak leżeć, normalni ludzie coś robią, pomagają w domowych obowiązkach, ale nie, u ciebie wszystko jest zawsze dobrze, zawsze nie trzeba, zawsze jutro…
- Wypowiedź niebezpośrednia. Jest to wariant dominujący. Rozwińmy go.
Wariant dominujący polega na tym, że kobieta rzuca tak zwane rybki, zaczynając od drobnicy. I nigdy nie mówi bezpośrednio do faceta – zamiast tego używa wytrychów. Rozgląda się dookoła, niby przypadkiem i mówi: niedawno sprzątane i już tak brudno, ale się tutaj nosi! Albo: kurcze, jak tu brudno.
Niedoświadczony małżonek reaguje i po tym właśnie poznać, że jest, jak to teraz młodzi mówią, noob. Doświadczony małżonek wie, że w obliczu drapieżnika należy zachować ciszę, bezruch i przede wszystkim unikać kontaktu wzrokowego. Niedoświadczony da się wciągnąć, dostaje szmatę i obowiązki. Weteran siedzi cicho. Czeka. A sytuacja eskaluje. Kobieta faluje chrapami, niezadowolona, że przynęta nie chwyciła, ale ciągle gra, używając wypowiedzi niebezpośredniej. I tu pojawiają się trzy słowa-klucze: trzeba, powinniśmy i musimy.
Powinniśmy się jakoś ogarnąć, bo dzieci nabrudziły. Nie ma odpowiedzi.
Musimy posprzątać, bo weekend idzie. Nic. On siedzi i nie reaguje.
Trzeba coś tu wreszcie zrobić, bo brudno tak, że zrzygać się można. I ciągle nic.
I dlatego, że ciągle nic, sytuacja dalej eskaluje. Niedoświadczony mąż jest już dawno złamany, jedzie na szmacie i przeprasza. Doświadczony ciągle czeka. Bo to jeszcze nie jest ten moment. Pojawia się agresja. Tupanie, przerzucanie rzeczy, sapanie. Pojawia się kurwowanie pod nosem. W końcu jest demonstracja i próba zawstydzenia. Kobieta sama sprząta. Potem jest przez jakiś czas obrażona.
Żeby było jasne – ja nie namawiam do żadnych domowych wojen czy prób pokazywania jeden drugiemu. Pokazuję, że bardzo łatwo jest mieć pomysły i pokazywać paluchem, każdy to potrafi. Pokazuję, że wbrew pozorom bardzo łatwo się dogadać – trzeba tylko chcieć. Bo oto mija tydzień i sytuacja się powtarza. Potem mija następny. Aż w końcu narracja powoli zaczyna się zmieniać.
Pojawia się chęć negocjacji – trochę tu brudno, fajnie byłoby posprzątać na weekend, może się podzielimy i ja zrobię łazienki, a ty odkurzysz? I o to właśnie od początku tutaj chodziło. Żeby ten, kto lubi rządzić i delegować zrozumiał, że robota nie zrobi się ani sama, ani przez innych. Że aby było zrobione, trzeba to po prostu zrobić. Doświadczony żonkoś podnosi się wtedy i… robią razem. Szczęście do gniazdka wraca. A po następnych dwóch tygodniach żona prawdopodobnie rozejrzy się i powie coś w stylu: kurcze, w sumie nie jest tak brudno, zróbmy na szybko podłogi, łazienki przelecimy po łebkach i będzie…
Przykład 2
Mamy firmę. Sklep. Wielki sklep. Wielką sklepową korporację. I wszystko działa. Ale pojawia się ktoś, ktoś na wysokim szczeblu drabiny, kto nigdy w sklepie nie pracował. Jest wielkim bossem, bo go zrobili. I ten ktoś koniecznie chce się wykazać, chce popisać się pomysłem, właśnie dlatego, że nigdy zwyczajnie nie pracował, bo ci, co pracują (taka ludzka natura), nigdy się wykazywać nie chcą i nigdy się pomysłami nie popisują. Ten ktoś mówi – to nie działa, trzeba to zmienić, przebudować, przestawić i będzie lepiej. Ludzie ze sklepu mówią mu, że to nie zadziała, że nie będzie lepiej, że oni wiedza, bo pracują tu codziennie, poza tym już tego próbowali… Ten ktoś nie słucha, bo ma pomysł i lubi rządzić innymi. Ludzie mają sporo stresu, masę dodatkowej roboty, a potem… zazwyczaj jest gorzej, niż było. A przecież można zastosować zasadę „Czyj pomysł, tego wykonanie”. Bo taki gościu nie powinien puszyć się przed innymi. Nie powinien dostawać gratyfikacji, jak tamten dyrektor w filmie Poszukiwany, poszukiwana. Bo każdy umie pokazywać palcem. Niech ten ktoś zejdzie na ziemię. Niech zrobią go Project Managerem. Odpowiedzialnym za wszystko. Niech planuje, projektuje. Niech koordynuje podwykonawców. Pilnuje pracowników. Niech patrzy, jak przenoszą półki i malują ściany. Niech ustawia towar na półkach. A potem, po tym wszystkim niech napisze analizę i sam przedstawi ją swoim szefom, nie wysługując się innymi. Gwarantuję wam, że gdy takie coś wdrożymy, życie zwykłego człowieka znacznie się polepszy. Oczywiście życie bossów się nie pogorszy, ale zachowamy bezpieczne status quo.
Przykład 3
Wyobraźmy sobie, że wpisujemy w naszą konstytucję jedną prostą rzecz: w wypadku wojny (zgodnie z zasadą „Czyj pomysł, tego wykonanie”) wszyscy posłowie, senatorowie i członkowie rządu (ministrowie i wiceministrowie) natychmiast idą na pierwszą linię. Na pierwszą. Nie na tyły, mieszać grochówkę w kotle. Nie gdzieś tam w sztabie ołówki ostrzyć. A już na pewno nie pakować się w samoloty i wylatywać za granicę, bo granica będzie przecież zamknięta. Kamasze i do okopów. Wszyscy. Natychmiast. Oczywiście krajem musi ktoś zarządzać, ale przecież jest prezydent, a do Sejmu i Senatu wskoczą ludzie z listy rezerwowych. A teraz wyobraźmy sobie, że taki zapis robi każdy kraj na świecie (w przypadku ustrojów prezydenckich idzie prezydent i cała jego rodzina, w przypadku ustrojów podejrzanych idzie cały aparat partyjny). Co się dzieje?
Oto kończą się wojny. Po prostu ich nie ma. Nawet wielki kapitał nie da rady nikogo opłacić, bo nie będzie frajerów, którzy będą chcieli ginąć. I dalej – gdy nie ma wojen, przestaje być potrzebny przemysł zbrojeniowy. Upada. Nie musimy wydawać kasy na rakiety, mundury, szkolenia, paliwo i tak dalej. Mamy do rozwalenia miliardy. Mamy pieniądze na opiekę zdrowotną, dziury w drogach, naukę i edukację. Uczymy nasze małe, że w życiu ważne są pokój i dobrobyt. Bo pokój tworzy dobrobyt, a dzięki dobrobytowi mamy pokój. Wychowujemy przyszłe pokolenia w wierze, że nie liczą się wydumane przynależności i puste ideały, ale prosty fakt, że bez kłótni i wojen ludzie żyją dłużej, zdrowiej, jeżdżą po drogach bez dziur i nie produkują debili, dzięki którym mamy strach, stres, dziury w drogach, kiepskie jedzenie i ciągłe zbrojenia, przez które nie ma pieniędzy na leczenie, łatanie dziur w drogach, naukę i edukację… i tak w koło Macieju.

Komentarze
Prześlij komentarz