Przejdź do głównej zawartości

O ciszy

Środek czerwca. Dzieci praktycznie skończyły szkołę. To znaczy, mają jeszcze tydzień, ale zwyczajowo jest to wycieczka, kończąca rok. Wycieczka nie jest obowiązkowa. Kto jedzie, jedzie. Kto nie chce, zostaje w domu. Dosłownie, bo szkoły wtedy nie ma. Dzieci wracają do szkoły w ostatni dzień. Właściwie nawet nie jest to dzień – dostają świadectwa i o dwunastej już wychodzą na wolność. W tym samym momencie wolność rodziców obumiera.

Moje nie jeżdżą na czerwcowe wycieczki. Próbowały, nie podobało się. Z różnych powodów. Dla mnie jest to zysk, bo te wycieczki są ogromnie przepłacone, ale też i strata, bo mam dziatwę w domu.

Nie będę narzekał, bo nie ma na co. Kocham moje dzieci. Dlatego właśnie nie usłyszycie ode mnie słowa skargi. Usłyszycie tylko ciszę. Bo tego będzie mi najbardziej brakowało przez ponad dwa miesiące.

Cisza.
Jedna z najpiękniejszych rzeczy na świecie. 
W ciszy można sobie spokojnie posiedzieć, patrząc przed siebie i ruszając swobodnie palcami u stóp. Można usłyszeć wiatr. Szept liści na drzewach. W ciszy słychać jak płynie rzeka. Jak szumią morskie fale. Słychać śpiewające ptaki. Słychać nawet małego żuka, który przewrócił się na grzbiet i niezdarnie się gramoli, próbując wstać. Wreszcie w ciszy można usłyszeć, jak mówi twój własny mózg. Może dlatego niektórzy tak bardzo się jej boją.

Kocham ciszę.
Nie znaczy to, że boję się ludzkiej gęstwy. Nie boję się, bo się do tego przyzwyczaiłem. W szkole, w akademiku, w pracy, na ulicach. Otaczające nas gromady to coś normalnego i trzeba nauczyć się z tym żyć. Tak samo, jak z wszędobylskim hałasem. Ja też w nim żyję. Funkcjonuję pomimo hałasu. Robię to, co muszę i to, co chcę. Przywykłem i umiem sobie radzić. Ale wolę ciszę.

Cisza mówi. Śpiewa.
I szumi w uszach. Szumi tak głośno, że czasami wręcz ogłusza. Ciszę słychać w parku. W lesie. Nad morzem i nad jeziorem. Słychać ją w górach. Bardzo dobre ją słychać, gdy gaśnie prąd. Przynajmniej ja to słyszę.

Wszystkie urządzenia wysiadają. Gasną. Przestają żyć. I wtedy wchodzi cisza. Startuje delikatnie, z poziomu podłogi, potem uderza mocniej i błyskawicznie wznosi się do sufitu, okrąża pokój i już jest wszędzie. Jest coraz głośniejsza, aż w końcu w uszach słychać tylko jeden głośny pisk. Wreszcie opada. Łagodnie. Powoli. I już jej tak bardzo nie słychać. Bo nie trzeba. Bo już jest.

Zawsze słyszę, gdy prąd wraca.
To takie dziwne uczucie. Coś się zmienia. Coś w powietrzu. Zaczyna brzmieć inaczej. Pyk! I ja to słyszę, a sekundę później włącza się telewizor, pika kuchenka i powietrze wypełnia ten dobrze znany, normalnie niesłyszalny szum, który żyje z nami od tak dawna, że nie zwracamy na niego uwagi, że, paradoksalnie, to właśnie bez niego czujemy się dziwnie.

Pamiętam, jak byłem mały, jeździłem na wakacje do dziadków. Dawno, w innym wszechświecie. Spałem w tak zwanym zimnym pokoju, z babcią. Dziadek spał w pokoju obok. Pokój był duży, miał wielkie okna. Nad wielkim, podwójnym łóżkiem wisiał ciemny, mroczny obraz, na którym Jezus na wzgórzu klęczy i modli się, patrząc na leżącą w dole ciemną wioskę. W tym pokoju nie było telewizora. Była lampa na środku sufitu i mała lampka na nakastliku obok łóżka, ale nie była nawet wpięta do gniazdka. Mniej wtedy było na świecie elektryki i różnych dziwnych fal. W pokoju, w nocy, było ciemno. Absolutnie ciemno. I absolutnie cicho. To właśnie tam nauczyłem się tego, jak głośna jest cisza. I jak jest niejednolita, bo szumi w uszach, choć jednocześnie słychać szum wiatru, szczekające na wsi psy i żaby kumkające głośno w pobliskim stawie, zwanym sadzawką. Bo żaby naprawdę się darły i słyszałem je, choć staw był dobre trzysta metrów od domu.

Teraz mam mniej ciszy. Rzadko jej doświadczam. Jest też inna, mniej intensywna, mniej hałaśliwa, ale nic w tym dziwnego, bo teraz wszystko jest inne, choć wydaje nam się, że takie samo, bo nikt już nie pamięta, jak dawniej wyglądała tabliczka czekolady, kostka masła i że ptasie mleczko było większe. Downsizing objął wszystko, nawet ciszę, która nie jest już taka sama, podobnie jak szynka, która nie smakuje tak samo, powietrze, które inaczej pachnie i wróble, które kiedyś były, a teraz już ich prawie nie ma.

Jedyne ciche momenty, to wtedy gdy dzieci są w szkole. Mam wtedy czas dla siebie. Robię swoje. Robię też zakupy. Podszykuję obiad. Nikt do mnie nie mówi, tylko ja mówię do kota. On chodzi za mną i patrzy. Puszczam cicho muzykę, Absolute 80’s. Mam co robić, ale mimo to odpoczywam.

Teraz dzieci będą ze mną na okrągło. I to też jest dobre, normalne. Nie marudzę, choć będzie sporo zamieszania i wrzasku. Będę jednak tęsknił do mojej ciszy. I wiem, że ona wróci. Przyjdzie taki dzień, gdy zaprowadzę dzieci znowu do szkoły, a potem przyjdę, otworzę okna, dam jeść kotu, usmażę sobie pyszną jajecznicę i usiądę z książką, żeby ją zjeść. Później usiądę w fotelu, wyciągnę nogi i przez chwilę nie będę robił nic innego, tylko słuchał.



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Podróż w czasoprzestrzeni

Kilkakrotnie już, pisząc o Serbii, wspominałem, że jest to kraj pełen swoistych dziwactw. Niby nic, bo każdy kraj i każdy naród ma swoją specyfikę, która często jest mniej lub bardziej dziwaczna dla innych. Jest rzeczą całkowicie naturalną, że patrzymy na innych przez pryzmat stereotypów, uprzedzeń i własnego, lepszego od innych (bo podszytego narodowym poczuciem wyższości) światopoglądu. Te rzeczy z czasem tonują się i pozwalają spojrzeć na świat bardziej obiektywnie, na co wpływ ma wiele czynników, między innymi podróże, które podobno kształcą, choć przecież wiadomo, że kształcą tylko inteligentnych, bo głupim i tak nic i nigdy nie pomoże. Serbia ma swoje dziwactwa Niektóre mniej, niektóre bardziej odjechane. Serbowie, co ciekawe, patrzą na swój kraj dość bezkrytycznie. Oczywiście widzą biedę, korupcję, sprzedajnych polityków, są świadomi wszędobylskiego nepotyzmu i pewnej kastowości. Jednocześnie są dumni ze swojego kraju i z tego, kim są. Tam, gdzie inni widzą szarą biedę, śmieci i...

Radość nieszczególna

Mamy oto środek czerwca. Piękny to czas, pod wieloma względami, choć pod innymi jest to czas typu „na dwoje babka wróżyła”. Jedni się szczerze cieszą, inni cieszą się nieszczególnie. Gdy byłem młody, uwielbiałem środek czerwca. Ten powiew radości, gdy nie jest ważne, jakie będą oceny na świadectwie, nie jest ważne, ile starzy będą o nie sapać, bo wakacje za pasem. A wakacje, wiadomo, szał i luzik. Teraz, gdy jestem dużo starszy, wiem, że moje dzieci tak samo do tego podchodzą, bo cały czas pytają, ile jeszcze do końca szkoły. Ja, jako rodzic, truchleję. Dla mnie wakacje to taki mały, osobisty koszmar, gdy mam całą trójkę na łbie od rana do wieczora, bo przecież wiadomo, że jedyną radością z posiadania dzieci są te krótkie momenty, kiedy są w szkole. Gdy są w domu, wszystko idzie inaczej. Kiesyś to się działo! Gdy wybrzmi ostatni dzwonek, człowiek był wolny. Wszyscy stawaliśmy się wtedy wolnymi ludźmi, teoretycznie uwolnionymi od okowów, choć w praktyce wielu z nas musiało wtedy jeździć...

Odzależnienie

Pamiętam, te czasy, gdy zakładałem sobie pierwsze konto mailowe. Dawno temu to było, gdy internet był już poniekąd powszechny, ale ludzie jeszcze nie do końca wiedzieli, jak i po co z niego korzystać. Tak samo było z pocztą elektroniczną. Wszyscy zakładali konta, ale nikt do nikogo maili nie pisał. Świat dopiero zaczynał się zmieniać. Ludzie mieli telefony Nokia, cierpliwie stukali do siebie esemesy i grali w węża. Od samego początku byłem „człowiekiem Interii”. Oprócz tego były jeszcze dwa główne portale: WP i Onet. Teraz jest ich cała masa, wszystko i wszyscy mają swoje strony, ale jeśli chodzi o internetowe miejsca typu „1001 drobiazgów”, ciągle, już od tylu lat, najbardziej liczą się te same trzy. Lubiłem Interię. Tam miałem konto, tam czytałem wiadomości „z kraju i ze świata”. Zawsze wydawała mi się lepsza od innych, choć to kwestia gustu, sensowniej ułożona i bardziej przejrzysta, z lepszą, czytelniejszą strukturą. Nawet teraz tak jest. Wszystko ma tam swoje miejsce, podczas gdy ...

Kołem się toczyć

Minuta po północy, 1 czerwca 2025. Dziś druga tura wyborów prezydenckich. Oczywiście jeszcze nie znam jej wyników. Wy, którzy czytacie ten tekst później, wszystko już wiecie. Ja, w tym momencie, wiem tylko jedno: zaskoczenia żadnego nie było, nie ma i nie będzie. Udowodniły to wyniki pierwszej tury. Mówiąc krótko: Polacy sami wybrali i sami za to zapłacą. Historia kołem się toczy i to koło bezlitośnie miażdży. Szkoda, że za głupotę rodziców zapłacą nie tylko ich dzieci, ale jeszcze prawnuki owych dzieci. Potencjalnych, bo demografia kuleje i może być, że niedługo nie będzie komu płacić. Tak czy inaczej, panuje tak zwana cisza wyborcza i z tej okazji warto porozmawiać o czymś zupełnie innym. Jako że jest pierwszy czerwca, czyli Międzynarodowy Dzień Dziecka, proponuję porozmawiać o dzieciach. Historia się zaczyna Zaczyna się tak: kupiłem synkowi kosz (taki do koszykówki) na urodziny. Co prawda syn urodził się w sierpniu, ale wyraził chęć otrzymania wcześniejszego prezentu („bo inaczej st...

Piętnasty maja: trzy dni przed Godziną W

Dziś 15 Maja. Dzień, jak każdy inny, bo w gruncie rzeczy wszystkie dni są podobne. Kto, poza tymi, którzy mają dziś urodziny, wie, co zdarzyło się piętnastego maja? Bo przecież coś musiało, prawda? Wynika to z czystej i logicznej matematyki: ludzkość istnieje już długo, a dni w roku jest tylko 365. Siłą rzeczy coś ważnego musiało się wtedy wydarzyć. Chcecie wiedzieć, co? Anne Boleyn Dnia 15 maja Anno Domini 1536 Anne Boleyn, druga żona Henryka VIII została skazana w procesie, w którym zarzucano jej między innymi cudzołóstwo, kazirodztwo z jej bratem Jerzym i zdradę stanu (spisek mający na celu zabicie króla). Matka Elżbiety I i królowa Anglii cztery dni później zostanie ścięta. Jakie to ma dla nas znaczenie? W sumie niewielkie. Jest to jeden z tych licznych przypadków, gdy psychopatyczny kretyn robił to, co mu się podobało w imię swoich własnych, dziwacznych i niezrozumiałych celów. Robił to tylko dlatego, że mógł. A mógł, bo miał władzę, z której korzystał w nie mniejszym stopniu, niż...

Pyłek pszczeli

Jakiś czas temu, w sumie całkiem niedawno, żyłem inne życie. Pędziłem na oślep. Byłem zestresowany i zmęczony. Nie mogłem spać. Zagryzałem zęby, aż pękało szkliwo. Dentystka dała mi taką specjalną szynę relaksacyjną, ale ona mnie wcale nie zrelaksowała, ta szyna. Nie miałem energii. I nie wiedziałem, co z tym wszystkim zrobić. Szukałem złotego środka. Czegoś, co mogło mi pomóc. Jak wyglądał mój dzień Mój dzień wyglądał fantastycznie. Wstawałem rano z dziećmi, prawie mertwy po nieprzespanej nocy. Ogarniałem zgraję i odprowadzałem do szkoły. Małżonka w tym czasie już była w pracy. A ja marzyłem tylko o jednym: żeby jak najszybciej bachnąć się z powrotem do wyra. To była moja rutyna. Szybkie śniadanie, do którego coś poczytałem i spać. Odespać. Wypocząć. Spałem kilka godzin i szedłem po dzieci. Przyprowadzałem je, karmiłem i jechałem do pracy. Wracałem około północy i szedłem do łóżka. Leżałem w nim bezrdnie, wierciłem się, a sen nie przychodził. I tak w kółko. Moje małe, prywatne piekieł...

Stado szaleńców

Napiszę dziś coś o wariatach. O niebezpieczeństwach. O głupcach. Napiszę też o zwierzętach, bo to wszystko się jakoś dziwnie łączy. Czemu niby nie porozmawiać o szaleństwie? Czemu nie zastanowić się, jak go wyeliminować? Wiecie, jak obecnie wygląda Polska? Mamy 460 posłów i 100 senatorów. To władza tak zwana ustawodawcza. Do tego dochodzi rząd i prezydent, czyli władza wykonawcza. W obecnym rządzie mamy ponad 100 ministrów i wiceministrów, do tego dochodzą jacyś dyrektorzy. Celowo nie wspominam reszty partyjniaków i administracji niższego szczebla, bo ci akurat niewiele mogą; są tylko po to, żeby wykonywać i wdrażać. Dlaczego o tym mówię? Bo to wszystko mniej niż tysiąc ludzi. W kraju, który liczy ponad trzydzieści siedem milionów. Załóżmy, że to mniej więcej trzy tysięczne procenta, mniej więcej. Niewiele, prawda? Mówi się też, że w Polsce jest około 200 tys. członków różnych partii politycznych. To mniej więcej pół procenta całości. Też jakoś tak mało. Dlaczego o tym mówię? Dlatego, ...

Majowe święto

1 Maja. Święto Pracy. Dodajmy dla jasności: międzynarodowe. Święto ludu pracującego miast i wsi. Niegdyś hucznie obchodzone, dziś wyśmiewane. Gdy tak zwana komuna poszła w las, wszystko, co z nią związane wsadzono do jednego worka, zawiązano i zaczęto obchodzić szerokim łukiem. PRL w Nowej Polsce śmierdzi zresztą do dziś. Częściowo słusznie, choć twierdzenie, że wszystko wtedy było złe, jest zwykłym kretynizmem. A 1 Maja? Jak to z nim właściwie jest? „ Siewodnia prazdnik maja w kraju radnom. Pust muzyka igrajet, a my spajom. My s krasnymi fłażkami idiom guliać. A pticy wmiestie s nami spajut apiać ”. Tak kiedyś śpiewał zespół Dezerter. Dziś, jeśli zapytać przeciętnego Polaka o 1 Maja pewnie odpowie, że jest to początek długiego weekendu. Prawdopodobnie najczęstszym skojarzeniem będzie grillowanie. Ja jestem z innej epoki. My w ogóle nie grillowaliśmy. Piekliśmy raczej kiełbasę na patyku albo ziemniaki w popiele. I może przez to 1 Maja kojarzy mi się inaczej. Prawdę powiedziawszy, całki...

Wypoczyn

Wróciliśmy z wakacji. Jak wspominałem wcześniej, w tym roku gościł nas Sopot, czyli niekwestionowana perła Bałtyku. Fajne były wakacje. Trzy tygodnie zleciały bardzo szybko. Nawet nie trzy, bo przecież droga sporo zajmuje. Obliczyłem, że w obie strony siedziałem za kółkiem w sumie 48 godzin. Dużo, ale mimo wszystko było warto. Podróż samochodem z Belgradu do Sopotu, nawet z jednym noclegiem po drodze, to wyczyn. W dodatku z jakichś dziwnych powodów zajmuje o wiele dłużej, niż pokazuje Google Maps. W ogóle, według mnie, wakacje, jeśli jedzie się na nie z małymi dziećmi, to dla rodziców trochę koszmar. Zorganizuj wszystko, spakuj, upchaj w samochodzie, a potem jedź dwanaście godzin, gdy z tylnego siedzenia słyszysz tylko wrzaski, kłótnie i narzekanie, że tyle to trwa, bo małe nie patrzą na to, że jadą jako pasażerowie i tylko czekają, aż zatrzymasz się po drodze w McDonaldzie. Dalej jest tak samo. Wypakuj, ułóż w szafach i biegaj, dbaj, organizuj i płać za każdą fanaberię, zmieniaj im ga...

Korona stworzenia

Rok minął odkąd kota mam. Nadszedł czas na małe podsumowanie, na zestawienie korzyści z tak zwanymi upierdliwościami. Spróbuję też odpowiedzieć na pytanie: ile kotom do ludzi i gdzie człowiekowi do kota. Korzyścią z posiadania kota jest samo jego obserwowanie. Jest to fascynujące zwierzę. Wprowadza do domu zamieszanie i pozytywną energię. Samo patrzenie na kota poprawia wszystkim domownikom humor. Miło jest widzieć, jak doskonale wpasował się w rodzinę i znalazł w niej swoje miejsce. Jest absolutnie niezależny; robi to, co chce i nie można go do niczego przymusić. Sam decyduje, gdzie śpi i do kogo się przytula i wyczuwa, gdy ktoś jest chory – zostawia wtedy wszystko i potrafi przeleżeć obok chorego cały dzień. Kot doskonale wie, jak bardzo go wszyscy lubią i potrafi to wykorzystać. To niezły cwaniak i taka już jego uroda. A jakie są negatywy? Sporo żre, więc trochę kosztuje, poza tym nasz akurat okazał się dość wybredny. Znaczenie terenu, czyli podsikiwanie początkowo nie było problem...