Nadszedł czerwiec, wielkimi krokami idzie lato. Na świecie też jakby goręcej. Cieśniny, wizyty, drony, prowokacje, kredyty, świństwa małe i wielkie. Nihil novi sub sole. A skoro nic nowego, to i nie ma co na darmo strzępić języka. Pierwszy czerwca to też Międzynarodowy Dzień Dziecka. Może raczej coś o tym. Z tą międzynarodowością byłbym zresztą ostrożny, bo poza Europą Centralną i Wschodnią i pewnymi krajami Azji mało kto ten dzień obchodzi (ONZ oficjalnie ustala tę datę na 20 listopada, wyraźnie odcinając byłe kraje socjalistyczne od reszty świata). Anglosasów w ogóle to nie obchodzi. W ich kulturze dzieci nie są chyba aż tak ważne; widzimy, co im szykują. U nas też się już tego w zasadzie nie obchodzi. Moja mama do mnie esemesa wysyła z życzeniami, ja swoim małym też życzenia składam, dam po czekoladzie, bo starej daty jestem. A dzieci? Jak to dzieci – mało ich w młodym wieku obchodzi, swoje problemy mają i te problemy są dla nich najważniejsze. Dzieci, jakie są, każdy widzi. Jakie b...
Absurd to rzeczywistość. Absurd to codzienność. Absurd to życie. Nasze życie jest absurdalne. Nie dlatego, że nie ma sensu. Dlatego, że nie potrafimy tego sensu dostrzec. Gramy w gry wymyślone przez innych. Śnimy czyjeś sny, bo nie chcemy śnić własnego. Nie lubimy absurdu, ale nie walczymy z nim. Próbujemy go obłaskawić. A potem budzimy się, zdziwieni, że każdy dzień wygląda tak samo.