Początek lipca to już otwarta brama do wakacji. Dzieci w domu, upał za oknem, nowe-stare obowiązki i różne ciśnienia. Słowo „wakacje” wywołuje uśmiech tylko u małych ludzi, ci duzi mniej się tym ekscytują, choć czasami też bywa ciekawie. Lipiec to także różne rocznice. Trzeciego jest moja rocznica ślubu, całkiem fajna i przyjemna, bo moja żona wcale o niej nie pamięta i w zasadzie tylko ja przypominam, co redukuje zwyczajowy stres typu „znowu nie pamiętałeś”. Czwartego weselą się Amerykańce, jedenastego smętnieją Polacy. O tej, oficjalnej przecież rocznicy jakoś niewiele się ostatnio mówi, jak ktoś nie wie, co to jest, niech sobie wygugluje, bo warto. Dla mnie początek lipca to także czas przejścia, gdy kończą się nasze domowe walki z mrówkami. Otóż mamy takie małe konserwatorium, jako przedłużenie salonu, taką szklaną przybudówkę ze szklanym dachem i jedną ścianą całkowicie otwieraną na ogródek, której to ściany i tak nie możemy otworzyć, bo kot… I pod podłogą tego pomieszczenia zalęg...
Absurd to rzeczywistość. Absurd to codzienność. Absurd to życie. Nasze życie jest absurdalne. Nie dlatego, że nie ma sensu. Dlatego, że nie potrafimy tego sensu dostrzec. Gramy w gry wymyślone przez innych. Śnimy czyjeś sny, bo nie chcemy śnić własnego. Nie lubimy absurdu, ale nie walczymy z nim. Próbujemy go obłaskawić. A potem budzimy się, zdziwieni, że każdy dzień wygląda tak samo.