Przejdź do głównej zawartości

Pokroić arbuza

Wieczór. Fajny wieczór, spokojny. Żona przychodzi i mówi, że coś tam ma do oglądania. I że winka by się napiła kieliszek, białego, ale nie ma. No nie ma, tak się składa, że nie ma. To może bym poszedł, to bym sobie przy okazji jakieś piwko mógł nabyć. Nie trzeba było namawiać. Poszedłem.

Piękny wieczór, cieplutki, lipcowy. Krótkie spodenki, kroksy, ręce w kieszeni. Wyszedłem za bramę. Cykady wrzeszczą, wiatr szumi, do sklepu mam jakieś dwieście metrów, czego tu nie lubić? Godzina dziesiąta, dzieci śpią, żyć można, czyż nie? Poszedłem, kupiłem. Sklep u nas czynny do północy. Pod sklepem pełno ludzi. Siedzą na ławkach, palą papierosy, niektórzy popijają napoje z puszek, czy butelek, które zaraz odnoszą do sklepu i wymieniają na pełne. Przekrój wiekowy i społeczny pełny. Przeszedłem ulicę. Na przystanku też sporo ludzi, zresztą wszędzie się tutaj ktoś o tej godzinie szwenda.

Wracając, pomyślałem, że w Anglii bym o takiej godzinie po wino nie poszedł. Choćby nie wiem co. Prawdopodobnie nie poszedłbym już w okolicach dziewiętnastej, a na pewno nie sam. Zresztą, po co obrażać starą, dobrą Anglię? Nie poszedłbym też w Paryżu, Berlinie, Amsterdamie czy Oslo. Tu mogę, więc się cieszę z tego. Takie małe radości, których już coraz mniej.

Gdy wracałem, minęła mnie dziewczyna. Wysoka i zgrabna. Długie, ciemne włosy, śliczna buzia. Ciągnęła się za nią smuga perfum. Ubrana bojowo: białe spodnie, biały, obcisły top. Obfita pierś do przodu. Brzuch mocno odsłonięty. Spokojnie, poproszę. Miała nie więcej niż piętnaście lat. Widząc taką dziewczynę, zazdroszczę wszystkim piętnastolatkom. Za moich czasów piętnastoletnie dziewczyny wyglądały jednak inaczej. Do rzeczy.

Prawą rękę miała wygiętą w łuk i zawiesiła na niej torebkę. W lewej trzymała sporych rozmiarów telefon. Miała tipsy kilkucentymetrowej długości, znacie ten typ, więc pewnie wiecie, jak trzymała swój telefon. To jest taki charakterystyczny chwyt, bo dłoń się nie domyka, więc trzymasz aparat zaklinowany między nasadą kciuka i lekko zgiętymi paluchami, podczas gdy pazury groźnie sterczą na boki. Całości dopełniały drobiazgi: na jednym przegubie zegarek Apple, na drugim plątanina kolorowych wisiorów. Fascynujące stworzenie u progu pięknego, długiego życia. Za to w domu, tuż po tym, jak wróciłem, przyszedł do mnie synek, też piętnastoletni i poprosił, żebym mu pokroił arbuza.

Moja żona często do mnie mówi, że powinniśmy naszego syna angażować do różnych rzeczy. Dawać mu zajęcia, zlecać roboty. Żeby było tak samo, jak my mieliśmy, gdzie każdy w domu coś robił, a nie tylko leżał i czekał, aż mu rodzice służą, jak to teraz często się zdarza. Trudno się nie zgodzić, bo bezczynnością łatwo wychować niemotę. Podobnie jak tym nieszczęsnym wychowaniem bezstresowym, które skutkuje potężnymi problemami w przyszłości. To, że dzieci sobie nie radzą, jest niestety winą ich rodziców. Marnego wychowania. Szkoły. Całego systemu. Ideologii, którą lansują media i która krochmali mózgi na sztywno.

Dajmy mu coś, mówiła żona, więc daliśmy. Niech odkurza cały dom dwa razy w tygodniu. Jak odkurzy, to odkurzy, trudno, ale niech coś robi. Niech wyniesie śmieci. Pomoże w ogródku, idzie coś kupić, przecież to nie takie trudne, trzeba tylko pokazać i już, nie musi być tak, że rodzice wszystko robią. Niech zrobi herbatę sam, niech zrobi sobie kanapkę, niech się przy tym nawet utnie i tak dalej.

– Ukrój sobie arbuza, synku – mówię. – Ja ci pokażę jak. Się nauczysz, sobie już zawsze odtąd będziesz umiał pokroić. Oto ja, twój ojciec, nie daję ci ryby. Daję ci wędkę. Kiedyś to docenisz.

Krojąc, pomyślałem o tej dziewczynie, którą mijałem. Piękna dziewczyna, naprawdę, rodzice mogą być dumni. Bo to przecież czyjaś córka. Gdyby była moją córką, byłbym pewnie dumny, ale nigdy bym jej nie zachęcał do pokrojenia arbuza. Autentycznie, nie miałbym serca, żeby jej zlecić jakąkolwiek robotę. Nie dałaby rady. Patrząc na te pazurki, widząc, jak musi wyginać do góry palce, żeby trafić opuszkiem w ekran, byłoby mi jej po prostu żal. Nie chciałbym jej męczyć. Bo jak takie dziecko umyje po sobie talerz? Jak chwyci szczotkę i umyje kibel? Jak pokroi cebulę? Przydźwiga dwie siaty zakupów? Jak można by wziąć ją do dziadków na wieś, żeby tam przerzucała siano? Wyrywała chwasty? Albo, nie daj Boże, zbierała ziemniaki? Na dobrą sprawę, to ja nawet nie wiem, jak ona daje radę się z tymi pazurami umalować. Ba, jak radzi sobie z podcieraniem, czy pucowaniem miejsc intymnych. To straszne, ale ta piękna dziewczyna już teraz, u progu swojego życia nadaje się tylko do tego, żeby leżeć i ładnie pachnieć. I bardzo dobrze, pod warunkiem, że znajdzie sobie chłopaka, który na to leżenie zarobi. I będzie umiał pokroić arbuza.

Jest się czego bać.

Jeśli takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie, to biada nam wszystkim.



Komentarze