Początek lipca to już otwarta brama do wakacji. Dzieci w domu, upał za oknem, nowe-stare obowiązki i różne ciśnienia. Słowo „wakacje” wywołuje uśmiech tylko u małych ludzi, ci duzi mniej się tym ekscytują, choć czasami też bywa ciekawie.
Lipiec to także różne rocznice. Trzeciego jest moja rocznica ślubu, całkiem fajna i przyjemna, bo moja żona wcale o niej nie pamięta i w zasadzie tylko ja przypominam, co redukuje zwyczajowy stres typu „znowu nie pamiętałeś”. Czwartego weselą się Amerykańce, jedenastego smętnieją Polacy. O tej, oficjalnej przecież rocznicy jakoś niewiele się ostatnio mówi, jak ktoś nie wie, co to jest, niech sobie wygugluje, bo warto. Dla mnie początek lipca to także czas przejścia, gdy kończą się nasze domowe walki z mrówkami.
Otóż mamy takie małe konserwatorium, jako przedłużenie salonu, taką szklaną przybudówkę ze szklanym dachem i jedną ścianą całkowicie otwieraną na ogródek, której to ściany i tak nie możemy otworzyć, bo kot… I pod podłogą tego pomieszczenia zalęgły się mrówki. Pewnie zalęgły się tam już jakiś czas temu, ale odkryliśmy je dość szybko, bo już naszego pierwszego czerwca w tym mieszkaniu. Zaczęły wyłazić stadami z dwóch, trzech kątów i tyle. Zaczęliśmy je psikać różnymi roztworami i oczywiście zawiadomiliśmy właścicieli mieszkania. Dostaliśmy odpowiedź typową dla Serbów, coś w stylu „gdzie są ludzie, tam są i mrówki, poza tym, ja mieszkam na piątym piętrze i też mam mrówki”. Nie przejęli się, więc my też nie i zaczęliśmy z nimi walczyć po swojemu. I tak walczymy, co roku, mniej więcej od połowy czerwca do początku lipca.
Z roku na rok mrówek przybywa. Jest to w sumie zrozumiałe, bo tak działa życie. Wychodzą te tłuste, otoczone rojem mikroskopijnych sługusów królowe. My je bijemy, ale przecież nigdy nie uda nam się dopaść wszystkich i one potem zakładają nowe gniazda, pod tą samą podłogą. I tak wkoło. Każdego więc roku ofensywa przypada na ten sam czas, tylko jej intensywność się zwiększa. W tym roku już naprawdę było ostro. Na szczęście nie musimy rozwijać metod walki, bo przeciwnik jest tradycjonalistą, więc w naszym przypadku wyszydzane określenie przygotowywania się do poprzedniej wojny traci swój pogardliwy wydźwięk. Walczymy zresztą dość konwencjonalnie.
Nie używamy chemii. Powód jest prosty: dzieci i zwierzaki w domu, zresztą nikt rozsądny nie dopuszcza skażenia na własnym terytorium. Mimo to walczymy dość nowocześnie, odkurzaczem Bosch z długą nasadką. Mrówki przypuszczają kilka szturmów dziennie, zwykle pod wieczór. Atakują grupowo, stosując dość prymitywną taktykę. Zdaje się, że debile z popularnych mediów nazywają to „mięsnymi atakami”. Mięsne, czy nie, my je wsysamy. Wszystkie, co do jednej. Potem wywalamy zbiorniczek do kibla, ale że żywotne są bestie i potrafią wyjść, odkryłem, że dobrze działa kilka psiknięć Cif-em do czyszczenia łazienek, czyli w sumie rozcieńczonym chlorem. Nóżki do góry i po sprawie. Cisza. Wystarczy spłuknąć i czarna, skłębiona masa płynie do rur, stamtąd do Sawy, potem do Dunaju, do Morza Czarnego, Śródziemnego i wreszcie łączy się z Wszechoceanem.
Już czwarty rok tak spłukuję. I tak sobie myślę, że dużo już tych zbiorniczków poszło w rury. Dużo mrówek. Tak sobie myślę, że używam nowoczesnej techniki i wyrafinowanej chemii do eksterminacji podrzędnego gatunku, który mnie wkurwia.
Czy to już holokaust?
Czy najpierw musiałbym ustalić, ile z tych mrówek było wyznania mojżeszowego?

Komentarze
Prześlij komentarz