Przejdź do głównej zawartości

Nie lubię przeprowadzek

I wreszcie będzie o przeprowadzce. Przeprowadziłem się. Nienawidzę przeprowadzek. Robiłem to w życiu wielokrotnie i nigdy tego nie polubię. Moja mama zawsze mówiła, że remont jest gorszy niż wojna. Cóż, wiele osób na świecie mogłoby się z tym twierdzeniem nie zgodzić. Uważam zresztą, że przeprowadzka jest znacznie gorsza niż remont.

Przeprowadzka to koszmar. Wiem, co mówię.
Każdy kto doświadczył wie, co mam na myśli. Obłęd w oczach. Selekcjonowanie, pakowanie, wybieranie co ma pojechać, a co do kosza. Sprzątanie. I wreszcie całe to noszenie pudeł, paczek i worów, przewożenie. I tak dalej. Koszmar.
Najlepsza część przeprowadzki to rozpakowywanie i ustawianie. Wtedy już wiadomo, że jest po wszystkim. Można się cieszyć, otworzyć wino, usiąść i spokojnie pomyśleć.

Moje dwie najlepsze przeprowadzki 

Ta pierwsza duża, pod koniec września 1992, to kiedy pojechałem z dworca Katowice Główne do stacji Warszawa Centralna, z jednym plecakiem i głową nabitą myślami o studiach w wielkim mieście. Mówię wam, to było piękne. Jeden plecak ze stelażem, całe dotychczasowe życie i cała przyszłość, gęste i maksymalnie skondensowane. Tańcz i wino pij. Niech cały wiruje świat.

Druga super przeprowadzka to wtedy, gdy w 2006 kupiłem bilet lotniczy Warszawa - Shannon. W jedną stronę. Odjechałem wtedy ze stacji Trzebinia, machałem moim rodzicom z pociągu i przez Warszawę dostałem się do Irlandii. Z jedną walizką i głową nabitą myślami o życiu na “Zachodzie”, w świecie, o którym wielu marzy. Wylądowałem około północy i czekałem na lotnisku do rana, prawie sam, siedząc na bagażu i trzęsąc się z zima. Do dziś pamiętam, że był to wyjątkowo zimny maj. To było piękne. Gdy pół roku później zamieniałem domy, miałem już dwie walizki, komputer i masę innego szajsu. Przeprowadzka już nie była taka fajna. A potem znowu zmieniłem dom. I znowu.

Praca "przy przeprowadzkach" 

Teraz tak sobie myśle, że miałem też kilka innych, fajnych przeprowadzek w międzyczasie, ale to było wtedy, gdy będąc studentem pracowałem przy “przeprowadzkach”. To jest tak. Ktoś wpada wieczorem do twojego pokoju w akademiku i mówi, że potrzebuje kilku ludzi do przeprowadzki. Płaci tyle i tyle. Zgadzasz się, idziesz. Nosisz, dźwigasz, pakujesz, robisz co ci każą. A potem ci płacą i wszystko jest tak, jak ma być. Student jak wiadomo szybko przepija wszystko co ma, potem przez resztę miesiąca je chleb skromnie posmarowany pasztetową i okazyjnymi pracami łata swoje konto. Po to, żeby znów móc się napić i kupić więcej pasztetowej.

Akademiki na Kickiego 

Moja najbardziej spektakularna przeprowadzka miała miejsce, no właśnie, nie bardzo wiem w którym dokładnie roku. Było to w akademiku na Kickiego. Zainteresowani wiedzą o czym mówię. Grochów, ulica Kickiego, tak zwany Trójkąt Śmierci. Z Grochowskiej przechodziło się pod bramą, i człowiek nigdy nie wiedział, co go spotka po drugiej stronie. Do tego jeszcze dochodziła okryta niewesołą sławą Kobielska i Uniwersam Grochów, z jedynym nocnym w okolicy (początkowo monopolowy na Kobielskiej był otwarty tylko do dziesiątej).
Kickiego to dwa akademiki. Kickiego 9 i Kickiego 12. Dziewiątka była kiedyś zwana “Dom Chłopa”, bo w odległych czasach chłopcy zamieszkiwali jeden budynek, podczas gdy dziewczynki zamieszkiwały budynek naprzeciwko, zwany… “Ubab”. Dlaczego? Bo była rozdzielność płci. Życie toczyło się u chłopów, albo u bab. Gdzie nie było można zachodzić po zmroku. Tak było sporo przede moimi czasami. Dowiedziałem się tego od starszych kolegów. Gdy zaczynałem, niektórzy z nich akurat świętowali dziesięciolecie kariery studenckiej.
Za moich czasów akademiki były koedukacyjne, co znaczy, że wszystko działo się oficjalnie, bez sztucznego podziału. “Dziewiątka” była sobie po prostu “Starym Kicem”, a “Dwunastkę” nazywano Mariott, bo była po remoncie, podzielona na czteroosobowe segmenty, czyli dwa dwuosobowe pokoje z własną łazienką i wnęką kuchenną. “Pod dziewiątką” na piętro (ze czterdzieści pokoi) przypadało ogólnie sześć kabin z kiblami, sześć kabin prysznicowych, dwie zbiorcze kuchnie i dwie łazienki. Wszystko to zgrabnie rozmieszczone (po równo) na dwóch przeciwległych końcach korytarza. Pokoje były trzyosobowe, czyli wszystkie te luksusy zaspokajały potrzeby około 120 ludzi. Głównie dlatego “ten drugi” nazywano Mariott.

Przeprowadzka spektakularna

Preludium 

Rok prawdopodobnie 1998, możliwe że 1999. Nie pamiętam.

Musicie wiedzieć, że akademik rządzi się swoimi prawami. Człowiek mieszka w nim od października do czerwca, potem jedzie na wakacje. Niektórzy zostają w mieście. Z różnych powodów. Ponieważ niewielu zostaje, trzeba migrować. Akademik to duże ciało. Żyje swoim własnym życiem. Jeśli zostajesz na lato, musisz się przeprowadzić, bo albo remontują piętro, albo przepychają kible, albo ogólnie upychają ludzi, żeby mieć mniej sprzątania. Wynosisz się gdzie indziej, a po wakacjach rozdzielają pokoje na nowo. I trzeba wracać.
Miało być o przeprowadzce.
Mieszkałem wtedy na piętrze “żółtym”. Na Kickiego piętra miały, nie wiem jak jest teraz, kolory. W “Dziewiątce” od dołu było piętro czarne, zielone, żółte i czerwone. W “Dwunastce” kolorów nie było, były za to dwie sale bankietowe, które trzeba było wcześniej rezerwować. Były one utrapieniem okolicznych lokatorów, poza tym jedyna ogólnodostępna toaleta znajdowała się wtedy na samym dole, więc trzeba się było nalatać.

Trasa 

W pokoju byłem sam, bo inni już się wynieśli.
To był piękny, czerwcowy poranek. Ptaszki słodko ćwierkały, słońce prześwitywało przez pożółkłe firanki. Od razu wiedziałem, że to będzie dobry dzień. Wyskoczyłem z łóżka i pobiegłem pod prysznic. Studentów nie ma, tyle kabin do wyboru, po prostu raj na ziemi. Tak samo z kiblami. Wszystko dla mnie oraz, rzadkość w akademiku, wszystko czyste.
Uwierzcie mi, miałem dobry humor. Wiedziałem, co mnie czeka. Wiedziałem, że nie będzie łatwo, ale i tak byłem z tym OK. Byłem przygotowany. W pokoju piętrzył się stos pudełek i toreb, wszystko zapakowane, do tego osobny stos rzeczy luźnych, wystarczyło to tylko przenieść. Cóż może być w tym trudnego? Trasa.
Mieszkałem na końcu “żółtego”. Miałem do przejścia cały korytarz, długości około 70 metrów, potem trzy piętra w dół i przez ulicę na drugą stronę. Tak, letnia kwatera była w “Dwunastce”. W dodatku na czwartym piętrze. Na samym końcu. Czyli, cztery piętra w górę i dodatkowo cała długość korytarza. Zacząłem dziarsko. Luźne rzeczy do plecaka, w ręce pudełko i hajda. A potem powrót, oczywiście z pustym plecakiem. I dalej. Plecak do pełna, w rękę pudełko i w drogę. I powrót. Po pięciu obrotach już miałem dość. Po szóstym obrocie przysiadłem na parapecie, żeby odpocząć i puścić dymka. I wtedy to zobaczyłem. Za jednym z łóżek stała flaszka. Stara, zapomniana i pokryta kurzem. Napoczęta.

Butelka rakiji 

Dziś pamiętam, że przywiózł ją z jakiejś zagranicznej wycieczki na południe mój ówczesny współlokator Piotr, zwany powszechnie Szeryfem (pozdrawiam!). Pamiętam, że Piotr przywiózł tę flaszę i skosztowaliśmy specyfiku. Niespecjalnie nam smakowało, takie bardzo bimbrowe było i odstawiliśmy to, jak się okazuje, za łóżko. I zapomnieliśmy o tym, co wydaje się zdumiewające, bo przecież miało w sobie alkohol, a rzecz działa się w akademiku.
Wypiłem łyk. Siły wróciły. Spakowałem plecak i chwyciłem kolejne pudełko. Idąc postanowiłem sobie, że ten ohydny napitek będzie moją nagrodą i że za każdy obrót golnę sobie łyczek. Po dwóch obrotach przy każdym łyczku zapalałem papierosa. Tempo spadło. Po następnej godzinie spadło wyraźnie. Pakunki zaczęły mi ciążyć. Docierałem do punktu B, zrzucałem wszystko na powiększającą się stertę i pędziłem, bo tam gdzieś, daleko, czekała na mnie nagroda, w postaci kolejnej słodkiej lufki i aromatycznego papieroska.

Przebudzenie 

Obudziłem się w nocy. Było mi zimno i nie miałem pojęcia, gdzie jestem. Leżałem na czymś twardym i ktoś siedział mi na placach. Nie miałem siły wstać. Musiałem jeszcze poleżeć.

Nad ranem byłem już całkiem skostniały z zimna. Ten ktoś, kto na mnie siedział okazał się być plecakiem. Zsunął mi się w międzyczasie na głowę, przygniatając twarz do pudła z książkami. Leżałem na stercie rzeczy w nowym pokoju.
Długo dochodziłem do siebie po tej przeprowadzce.
Ja się okazało, wysączyłem tę flaszkę rakiji do ostatniej kropli. Przeniosłem wszystkie rzeczy. Zamknąłem stary pokój i oddałem klucz na recepcji. Recepcjonistki były zafascynowane. Powiedziały mi, że nigdy nie widziały, jak ktoś tak nieprzytomnie pijany, tak dzielnie nosi pakunki, a potem jeszcze przychodzi zdać pokój. Nie miałem pojęcia o czym mówią.

Nie cierpię przeprowadzek 

Nigdy ich nie polubię, choć pewnie kilka mnie jeszcze w życiu czeka. Tym razem było łatwiej. Miałem firmę, która zawodowo przeprowadza. Przychodzą i pakują cały twój dom. Nic nie wolno ci nic dotykać, bo inaczej stracą ubezpieczenie. Wchodzą do pokoju i zawijają wszystko w papier, zdejmują obrazki, pakują ubrania z szaf. Rozmontowują meble, po to, by je w miejscu docelowym zmontować. Wszystko tak bezboleśnie, jak tylko się da. I co? Dalej nie lubię przeprowadzek.

Żyjąc na materacach 

Zabrali mi rzeczy i pojechali. Zostałem z kilkoma niezbędnikami do przeżycia, do tego dwa materace dmuchane i trzy śpiwory. Z trójką dzieci. Nie było łatwo. Dwa tygodnie tak żyłem. A potem pojechałem do nowego kraju, mając pięć walizek pełnych rzeczy mi niezbędnych. Kilka ubrań, szczotki do zębów, plastikowe talerze, jeden mały garnek i mała patelnia. Nasze rzeczy trzymali na cle przez ponad dwa tygodnie. Dzieci musiały iść do szkoły, więc poszły, tak jak stały. Wszyscy spaliśmy w salonie, na tych dwóch dmuchanych materacach, przykryci trzema śpiworami w piątkę. Wodę na herbatę gotowaliśmy w małym garnku i piliśmy na zmianę, bo mieliśmy tylko dwa kubki. A potem nasze rzeczy przyszły. Dostaliśmy nasze meble, garnki, patelnie, ubrania, telewizor, sztućce i inne duperele.

Nowy dom 

Ciągle jesteśmy daleko od ideału. Siedzę sobie przy stole w jadalni i patrzę na nasz nowy dom. Za moimi plecami kartony z książkami. Fotele byle jak. Wszędzie ubrania. Wszędzie zabawki. Bałagan. Chaos.

Dzieci śpią na górze, w swoich pokojach, w swoich łóżkach. Ja siedzę na dole i piszę, popijając piwo. Jest cicho i spokojnie, dokładnie za 3 minuty północ.
Przeprowadziłem się. Lubię mój nowy dom.


Pomyślałem, że na Ukrainie ciągle trwa wojna. Tam nie jest ani cicho, ani spokojnie. Tam ludzie nie mają domów. Ja się przeprowadziłem, a oni uciekają. Narzekam, że nie lubię przeprowadzek, a czy tak naprawdę mam prawo narzekać?


Ciekawe, dlaczego ktoś kiedyś powiedział, że remont jest gorszy niż wojna?
Jak cokolwiek może być gorsze niż wojna?




Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Układ Warszawski: Reaktywacja

Piętnastego maja 2024 miał miejsce zamach na premiera Słowacji, Roberta Fico. Premier na szczęście przeżył i został już nawet wypisany ze szpitala. Brawo, panie Fico! Szybkiego powrotu do całkowitego zdrowia i uważaj pan na siebie! Bo ciągle może być różnie!  Do zamachu doszło tuż po zakończeniu wyjazdowego posiedzenia słowackiego rządu w miejscowości Handlová. Premier podszedł do zgromadzonych tam ludzi, aby się z nimi przywitać i wtedy padły strzały. Poważnie ranny w brzuch i klatkę piersiową Fico został przewieziony do szpitala w Bańskiej Bystrzycy, gdzie przeszedł dwie operacje. Jego stan jest stabilny. Zamachowiec Zamachowcem okazał się jakiś dziwny dziadek, ni to poeta, ni to ochroniarz, a w gruncie rzeczy oszołom i bezrobotny. Momentalnie zaczęły się mnożyć różne teorie. Słowackie służby nie wykluczają wpływów zewnętrznych. Polskie media nie wykluczają wpływów rosyjskich. Dowodem na to mają być kontakty zamachowca z organizacją „Słowaccy poborowi”, „która na swoich profilach w s

Mam kota

Fajny tytuł, prawda? Niby konkretny, a przecież to proste wyrażenie można zrozumieć na kilka sposobów. Podobno jego znaczenie zależy też od regionu Polski, choć u mnie, gdy powiesz, że ktoś ma kota, albo dostał kota, wszyscy odbiorą to jednoznacznie. Zawsze śmieszyło mnie, że w Elementarzu Ala ma kota. Że uczyli nas czytać, opisując przygody młodej wariatki. Oczywiście nie kwestionowałem tego, bo w tamtych czasach uczono nas też o Murzynku Bambo i nikomu to w niczym nie przeszkadzało. Nie, nie zwariowałem. Mam kota, naprawdę. Malutkiego, czarnego dachowca. Na ratunek Robiłem coś w kuchni przy zlewie i wyjrzałem przez okno. Za oknem mam bramkę i taki mały, wewnętrzny dziedziniec, z którego można iść do głównej bramy albo w dół, schodami do garażu. Przy tych schodach do garażu jest też kawałek trawnika. Taki z ławką i małą latarnią, wielkości dużego pokoju, gdyby ktoś z mieszkańców chciał tam posiedzieć, że niby na powietrzu, choć nikt tam nigdy nie siedzi, bo i nie ma po co. Zobaczyłem

Iż Polacy nie gęsi

W dzisiejszym odcinku porozmawiamy o portalach internetowych. Czyli o miejscach, z których znakomita większość Polaków czerpie wiadomości o świecie. Skupię się na jednym z nich, takim, który wszyscy znają i który cieszy się sporym zaufaniem społecznym, Interii. Czy słusznie? Zobaczmy. W Polsce są trzy główne portale. Każdy ma swój ulubiony i rzadko zagląda na inne. Pewnie dlatego, że na wszystkich jest z grubsza to samo. Są to wielkie multimedialne platformy, na których można znaleźć wszystko w jednym miejscu, więc nie trzeba samemu robić uciążliwej prasówki skakając po różnych kanałach informacyjnych. Z racji swojego zasięgu portale te biorą niestety czynny udział w kształtowaniu opinii publicznej i przez to z pewnością bardzo poważnie traktują swoją dziejową misję. Tym bardziej dziwi fakt, że po prostu roją się od błędów. Zostawmy na boku treść, choć wartość merytoryczna przeważnie pozostawia wiele do życzenia. Jestem świadom istnienia sztywnych redakcyjnych wytycznych i tego, że trz

Ponure perspektywy

Dawno nie pisałem. Przepraszam, ale jakoś sporo rzeczy się zebrało. Mam nawet nowy tekst (o kocie), ale na chwilę go zawieszam, żeby zapromować coś innego, bo czasami warto. Zapraszam na dość świeży materiał z Katarzyną Szewczyk. Katarzyna Szewczyk jest znana z YouTube, oficjalnie jest absolwentką ekonomii i doradcą inwestycyjnym. Nieoficjalnie to osoba obserwująca świat, która nie boi się mówić o trudnych sprawach i wcale nie robi tego po to, żeby kogoś przestraszyć. Raczej po to, żeby otworzyć ludziom oczy. Oczywiście wielu jest (i będzie) takich, którzy uważają ją za szurniętą. I ona doskonale o tym wie. Trudno jest głosić tego typu rzeczy (różne teorie teoretycznie spiskowe) bez narażania się na przyklejenie łatki foliarza i kretyna. Problem jest niestety taki, że ludzie sami nie bardzo już chcą myśleć. Szkoda im na to czasu, podczas gdy nie szkoda im go na smarowanie paluchem po ekranie telefonu. Teorie spiskowe Jeśli o mnie chodzi, to mam do teorii spiskowych podejście delikatne.

Łypacz Powszechny 5

Idzie wiosna. Pora odświeżyć szare komórki. Dziś oczywiście międzynarodowo i absurdalnie. Będzie to odcinek optymistyczny, żartobliwy, wesoły z akcentami humorystycznymi. Na początek z hukiem  12 marca to data, którą warto zapamiętać. Nie dlatego, że są to imieniny Grzegorza, ani dlatego, że są to urodziny Mandaryny. Ani tym bardziej dlatego, że w ten dzień w roku 1894 roku Coca-Cola po raz pierwszy została sprzedana w butelkach w sklepie ze słodyczami w Vicksburgu w stanie Mississippi. Powodem wyjątkowości tej daty jest to, że w ten dzień dwóch najważniejszych ludzi w Polsce, prezydent i premier, zostało jednocześnie wezwanych na dywanik przez prezydenta USA. Uśmiechnięci, podkulili ogony i pomknęli na audiencję. Reprezentujący nas Andrzej Sebastian D., w tekście opublikowanym na łamach „Washington Post” w przeddzień spotkania z prezydentem Joe Bidenem zapowiedział, że podczas rozmów zaproponuje, by zwiększyć uzgodniony wymóg wydawania co najmniej dwóch procent PKB na obronność do trz