Przejdź do głównej zawartości

Wypoczyn

Wróciliśmy z wakacji. Jak wspominałem wcześniej, w tym roku gościł nas Sopot, czyli niekwestionowana perła Bałtyku. Fajne były wakacje. Trzy tygodnie zleciały bardzo szybko. Nawet nie trzy, bo przecież droga sporo zajmuje. Obliczyłem, że w obie strony siedziałem za kółkiem w sumie 48 godzin. Dużo, ale mimo wszystko było warto.

Podróż samochodem z Belgradu do Sopotu, nawet z jednym noclegiem po drodze, to wyczyn. W dodatku z jakichś dziwnych powodów zajmuje o wiele dłużej, niż pokazuje Google Maps.

W ogóle, według mnie, wakacje, jeśli jedzie się na nie z małymi dziećmi, to dla rodziców trochę koszmar. Zorganizuj wszystko, spakuj, upchaj w samochodzie, a potem jedź dwanaście godzin, gdy z tylnego siedzenia słyszysz tylko wrzaski, kłótnie i narzekanie, że tyle to trwa, bo małe nie patrzą na to, że jadą jako pasażerowie i tylko czekają, aż zatrzymasz się po drodze w McDonaldzie. Dalej jest tak samo. Wypakuj, ułóż w szafach i biegaj, dbaj, organizuj i płać za każdą fanaberię, zmieniaj im gacie na plaży na suche za każdym razem, gdy wchodzą na pięć minut do wody, cierpliwie znoś kłótnie, wrzaski i narzekania i uśmiechaj się, bo jeszcze przed tobą droga powrotna. Po takich wakacjach z dziećmi przydałoby się teraz odpocząć gdzieś samemu przez tydzień. Tak czy inaczej, wakacje się udały i w gruncie rzeczy były super.

Sopot w porównaniu

Sopot jest jak pocztówka. Nie byłem w nim ze czterysta lat, więc i nie ma co wspominać. Dla przybysza z takiego Belgradu musi to być inny świat, tym bardziej, jeśli ten przybysz miał okazję zatrzymać się po drodze na Węgrzech. Zresztą, tak samo by wyglądał dla Rumuna czy Bułgara. Polska strasznie się zmieniła przez ostatnie 30 lat. Już nie jesteśmy żadnym zaściankiem. Szybko pojmuje to każdy przyjezdny, obojętnie czy z brudnego Croydon, czy z zatęchłego i śmierdzącego Paryża.

Sopot jest ładny, zielony i czysty. Panuje tam miła atmosfera kurortu, atmosfera spokojnego, niedzielnego popołudnia. Bywa tłoczno, szczególnie na Monciaku, gdzie non stop przelewa się spory tłum i na deptaku wzdłuż plaży, bo każdy tam gdzieś idzie (i każdy coś przy okazji zajada), jest jednak cicho i spokojnie.

Jest tam co robić. Kilka miejscowych atrakcji to tylko początek, bo Sopot jest świetną bazą wypadową dla Trójmiasta, Helu, a nawet Malborka. Plaża jest piękna. Może nie tak egzotyczna, jak te na Karaibach, ale znacznie ładniejsza (to moje zdanie), niż te w Grecji czy Chorwacji. Woda chłodna, czego się spodziewałem i trochę obawiałem. Obawy okazały się bezzasadne. Zimno jest tylko chwilę, później pluskanie jest czystą przyjemnością, chłód wody w połączeniu z ciepłym powietrzem dostarcza zupełnie innych doznań niż pływanie w ciepłej, tureckiej zupce, nad którą powietrze jest jeszcze cieplejsze. Bałtyk naprawdę orzeźwia.

Do tego wszystkiego dochodzi oferta gastronomiczna – jest gdzie zjeść i każdy znajdzie coś dla siebie. I każdy chyba znajduje, bo knajpy pełne i wszyscy coś non stop mielą (z obserwacji wynika, że prawdziwym hitem są wypasione gofry).

Paragony grozy

Można o nich przeczytać każdego roku przed wakacjami. Mnożą się te głupoty na tych głupich portalach. Paragony grozy w Zakopanem, paragony grozy nad morzem, za rybę tyle, za kawę tyle, skandal. Niewiarygodne pierdoły. Nigdy nie mogłem zrozumieć, dlaczego Polacy jadąc na wczasy, oczekują, że będzie tam tanio. Jadą na drugi koniec Polski, nad morze, do popularnego kurortu i co? Co tam niby ma być? A co, jak do restauracji w swoim mieście idziesz, to tam też jest tak tanio, jak w domu?

Ryba typu dorsz to około 18 złotych za 100 gram (łosoś trochę tańszy, najdroższa kergulena, bo po 25, nikt pewnie nie wie, dlaczego), czyli porcja pod czterdzieści. Do tego surówka i frytki, obie po 10-12. Porcja dla jednego to mniej więcej sześćdziesiąt złotych, bez napojów. Czyli około 15 euro. Dla mnie szału nie ma. Podobne ceny są wszędzie. W Serbii danie główne kosztuje tyle samo, nawet więcej. Podobnie we Włoszech. W Chorwacji ryba biała kategorii pierwszej (na przykład miecznik) to około 60 euro za kilogram. To gdzie tu groza? Owszem, pewne rzeczy są przesadzone. Przystawka (sześć krewetek w sosie) w jednej z restauracji to dokładnie 59 złotych (w podobnej cenie inne startery typu muszle, kalmary czy carpaccio). Trochę drogo za starter, bo pizza też w podobnej cenie; a przecież można za pizzę dać taniej w sercu Rzymu, bo i tak wszystko zależy od miejsca, w którym jesz.

Ja nie zaznałem ani grozy, ani trwogi. Wakacje to wakacje. Pewnie, gofr z owocami i bitą śmietaną może nie powinien kosztować 25 złotych, lód włoski 15, a piwo w knajpie od 18 wzwyż. Tyle tylko, że przy basenie w Chorwacji płaciłem za piwo 4.5 euro. Nie za piwo z nalewaka. Dawali puszkę i do tego plastikowy kubek.

Paragony ogólne

Te też wyglądają ciekawie. Powtórzę: znowu nie rozumiem tego, że Polacy jadąc gdzieś, narzekają, że jest tam drogo. A dlaczego wszędzie miałoby być taniej? Świat się trochę jednak już ujednolicił, co do pewnego stopnia jest wynikiem globalizacji, czyli tego, że te same firmy stręczą wszystkim i wszędzie te same towary.

Polska jest jak każdy inny kraj – pewne rzeczy są droższe, pewne tańsze, ale mniej więcej jest podobnie. Ja u siebie płacę za piwo czy pomidora podobnie, jak w małym sklepie w Trzebini. W McDonaldzie na Węgrzech ceny są podobne do tych w McDonaldzie pod Elblągiem. Dobra kiełbasa w Polsce to ze 60 złotych za kilo. W Belgradzie jest podobna cena, tylko tutejsza kobasica nigdy przy polskiej kiełbasie nawet nie leżała. Chleb w Londynie kosztuje podobnie. Choć chlebem tego nazwać raczej nie można.

Polacy nie do końca zdają sobie sprawę z tego, co mają. Nawet jeśli ceny są podobne, to jakość polskich produktów bije na głowę te obce. Mówię to z pełną świadomością i biorę odpowiedzialność. Podobnie, jeśli chodzi o wybór. Widzisz gdzieś dwa majonezy do wyboru, w Polsce w tym miejscu jest siedem różnych. Tak jest ze wszystkim. Naprawdę, pora się nad tym zastanowić. Dopóki ciągle mamy to, co mamy.

Podsumowanie

Szczerze polecam zarówno Sopot, jak i wakacje nad polskim morzem. Atmosfera, cisza, spokój. Swojskość. Nieprawdopodobny wakacyjny luz. Poczucie bycia u siebie. Poczucie bezpieczeństwa.

Jest sporo obcokrajowców. Trochę Ukraińców pracuje w sklepach i knajpach, niektórzy wyraźnie naburmuszeni, niezadowoleni ze swojego statusu, choć przeważnie dobrze mówią po polsku. Sporo Niemców i Szwedów. Rozumiem, dlaczego przyjeżdżają. Ci pierwsi czują się niestety za bardzo jak u siebie. Ci drudzy, cóż. W końcu spędzają wakacje nad swoim morzem. Tu u nas mają wszystko taniej, w lepszym gatunku i nie muszą się bać, że za każdym rogiem dostaną nożem od tak zwanego „nowego Szweda” (czyli Szweda w pierwszym pokoleniu).

Kwatery niby drogie. Tak może się wydawać, ale za wielki apartament, sto metrów od plaży, za taki sam okres, zapłaciliśmy o 40% mniej niż za drewniany domek typu Mobile Home w Chorwacji.

Morze jest super. Niektórzy śmieją się z Bałtyku, ale ma swój niepowtarzalny klimat.

Pogoda jest fajna. Taka, jak ma być. Różna. Trochę ciepło, trochę pada. Znacznie lepiej, niż trzydzieści siedem stopni w zatłoczonym, zakurzonym i pachnącym spalinami Belgradzie czy nad Adriatykiem, gdzie oddychać trudno, a spać jeszcze ciężej.

A paragony grozy? Nie spotkałem takich, ale wszystko zależy od podejścia.

Jeśli ktoś chce mieć tani wypoczyn, niech wykupi sobie turnus bez zakwaterowania, bez wyżywienia i w dodatku niech sam sobie tam na nogach doczłapie.



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Piętnasty patrzy z kąta

Monolog zapomnianego dnia w brudnym świetle listopada. Oficjalnie to tylko kolejny dzień w kalendarzu. Nieoficjalnie — zapomniany lokator czasu, który od lat obserwuje, jak inne daty tańczą na jego ciszy. Nikt nie bije mu braw, ale wszyscy przechodzą przez niego. A on czeka. I pamięta. MONOLOG PIĘTNASTEGO Siedzę w kącie kalendarza jak nieudany lokator, jak plama po kawie, której nikt już nie próbuje zetrzeć. Piętnasty Listopada. Bez bohaterów, bez katastrof, bez nachalnej świętości. Nikt nie celebruje mojego istnienia — może poza tym jednym gołębiem, który zdechł pod przystankiem. Nic, tylko stęchłe powietrze, mokra kurtka i ktoś, kto znowu zapomniał wyrzucić śmieci. Pachnę tanim papierosem i cichą rezygnacją. Jedenasty znów urządza karnawał na grobach. Wciąga historię za włosy, pudruje jej kości i każe tańczyć walca w rytm werbli, o które nikt nie prosił. Flagami wachluje trupy, a orkiestra duchów gra hymn na pękniętych żebrach. Dwunasty przeżuwa wspomnienia po spadających gwiazdach j...

Żalnik

All Saints’ Day. Allerheiligen. La Toussaint. Tutti i Santi. Día de Todos los Santos. Mindenszentek napja. Svátek Všech svatých. Svi sveti. Ziua Tuturor Sfinților. Araw ng mga Santo. Czyli: nasze rodzime Wszystkich świętych, tradycyjnie celebrowane pierwszego listopada. Definicja: jest to czas, gdy „chodzimy na groby” (ci bardziej tradycyjni), lub nie (ci bardziej nowocześni) i wspominamy naszych bliskich (lub trochę dalszych), których już między nami nie ma, czyli tych, którzy opuścili już ten łez padół i przenieśli się do lepszego świata (takie jest powszechne mniemanie) i wolni od ziemskich zmartwień pasą się spokojnie na niebiańskich łąkach. W niektórych krajach, tych niepoważnych (według oficjalnej propagandy), jest to poważne, podniosłe święto. W innych karach, tych bardzo poważnych i poważanych, takiego czegoś już praktycznie nie ma. Jest coś w stylu zakładania masek, wycinania dyniek, czy łażenia po domach i żebrania o cukierki. To taka zabawa, nic poważnego, nic zdrożnego, ale...

Świat wielowarstwowy

Oto mamy świat, w którym codziennie nas straszą. Media karmią lękiem, polityka podsyca psychozę, a my – zajęci przetrwaniem – tracimy zdolność logicznego myślenia. PIERWSZA WARSTWA Na początku proponuję popatrzeć na to. Wklejam link . Dobrze by też było skopiować sam tekst, bo rzeczy w internecie mają dużą łatwość znikania, ale jest za długi (zresztą to tylko fragment, bo reszta tekstu dostępna po opłaceniu subskrypcji). Wkleję tylko kilka fragmentów, jakby co, jakby coś znaczy poznikało… „Straszą nas każdego dnia.  [...]  Histeria to mało powiedziane, to jest psychoza wojenna.  [...]  Włącza pan telewizor i co? Czuje pan wojnę? I wojenną propagandę? – Jak tylko wcisnę guzik, swąd po pokoju się roznosi, zapach prochu, amunicji, trupa i czego tam jeszcze. Histeria to mało powiedziane, to jest psychoza wojenna. Dziwna mieszanka – owszem, dziennikarze autentycznie się nakręcają, powrócił jakiś rodzaj oszołomstwa, dawno przecież wyśmianego. To bardzo widoczne w ich reakc...

Proszek z banana kontra woda z mózgu

Banany, młotek i ratowanie planety — brzmi jak dowcip, ale w epoce pseudoekologii to już prawie rzeczywistość. Ekologia potrafi być piękna i sensowna, ale równie często zamienia się w absurd. Dziś zamiast zdrowego rozsądku mamy regulacje, podatki i ideologie, które bardziej przypominają eksperymenty na ludziach niż troskę o środowisko. Bananowa skórka Jakiś czas temu zobaczyłem gdzieś, chyba na Facebooku to było, ciekawy tekst o tym, jak potraktować skórkę po zjedzonym bananie. Otóż nie należy jej w żadnym wypadku wyrzucać do kosza. Przynajmniej nie bezpośrednio. Dużo rozsądniej jest taką skórkę pociąć na mniejsze kawałki i ususzyć, ale tak dokładnie i przez kilka dni. Gdy skórka jest już całkowicie twarda, rozbijamy ją młotkiem na proszek i wtedy można to już śmiało wrzucić do kosza – korzyść taka, że proszek zajmie o wiele mniej miejsca. W tym wszystkim chodziło oczywiście o ratowanie planety. Prawdopodobnie poprzez produkowanie mniejszej ilości koszy z odpadami i, mimo że nikt nie p...

Moralność świniowata

W języku polskim istnieje taki popularny zwrot jak moralność Kalego . Głęboko zakorzeniony, zszedł prosto z kart powieści Henryka Sienkiewicza. Ciekawe, czy w szkołach jest jeszcze „W pustyni i w puszczy”? Ciekawe, czy w tych dziwnych czasach w ogóle można jeszcze takich słów używać? Może być, że obecnie nie jest to zbyt politycznie poprawne dzieło. Podobnie jak film, którego oglądanie mogłoby zapewne grozić utrwalaniem pewnych stereotypów. Ale ja w sumie nie o tym. Pozwólmy wypowiedzieć się autorowi: Pojęcia o złem i dobrem miał także aż nadto afrykańskie, wskutek czego między nauczycielem a uczniem zdarzyła się pewnego razu taka rozmowa: — Powiedz mi — zapytał Staś — co to jest zły uczynek — Jeśli ktoś Kalemu zabrać krowy — odpowiedział po krótkim namyśle — to jest zły uczynek. — Doskonale! — zawołał Staś — a dobry? Tym razem odpowiedź przyszła bez namysłu: — Dobry, to jak Kali zabrać komu krowy. Moralność Kalego Jest to frazeologizm, który oznacza nic innego, jak tylko podwójną mora...