Przejdź do głównej zawartości

Radość nieszczególna

Mamy oto środek czerwca. Piękny to czas, pod wieloma względami, choć pod innymi jest to czas typu „na dwoje babka wróżyła”. Jedni się szczerze cieszą, inni cieszą się nieszczególnie.

Gdy byłem młody, uwielbiałem środek czerwca. Ten powiew radości, gdy nie jest ważne, jakie będą oceny na świadectwie, nie jest ważne, ile starzy będą o nie sapać, bo wakacje za pasem. A wakacje, wiadomo, szał i luzik. Teraz, gdy jestem dużo starszy, wiem, że moje dzieci tak samo do tego podchodzą, bo cały czas pytają, ile jeszcze do końca szkoły. Ja, jako rodzic, truchleję. Dla mnie wakacje to taki mały, osobisty koszmar, gdy mam całą trójkę na łbie od rana do wieczora, bo przecież wiadomo, że jedyną radością z posiadania dzieci są te krótkie momenty, kiedy są w szkole. Gdy są w domu, wszystko idzie inaczej.

Kiesyś to się działo! Gdy wybrzmi ostatni dzwonek, człowiek był wolny. Wszyscy stawaliśmy się wtedy wolnymi ludźmi, teoretycznie uwolnionymi od okowów, choć w praktyce wielu z nas musiało wtedy jeździć „na działkę”, czy „na wieś” i pomagać tam rodzicom – czynności, które dla dzisiejszych dzieci brzmią dziwacznie. Ogólnie było super. Pamiętam, że rano drzwi się za mną zamykały i tyle. Rodzice nie wiedzieli, gdzie chodzę, z kim i co tam wyrabiam. Przychodziłem na posiłki, a czasami dopiero wieczorem, bo wtedy ciężko było zwabić dzieci do domu. Inaczej niż teraz, gdy ciężko dzieci z domu wywalić, a jeśli już, to chcą, żebyś szedł i bawił się razem z nimi.

Było nie było, wakacje za pasem. Opieka od rana, do wieczora: zakupy, gotowanie, wrzaski i tak dalej, a potem jeszcze wakacyjny wyjazd, co samo w sobie jest wyzwaniem. Rodzinne wakacje, przynajmniej gdy masz dwójkę małych, polegają na tym, że bulisz obficie za wszystko tylko po to, żeby zapewniać pociechom od rana do wieczora atrakcje, a sam przy tym nic nie odpoczniesz. I każdy to wie, bo dla rodzica wakacje zaczynają się dopiero wtedy, gdy dzieci wracają we wrześniu do szkoły.

W tym roku jedziemy do Polski. Do Sopotu. Ma to być odmiana po Chorwacji. Zamiast Adriatyku, nasze wspaniałe, uwielbiane przez wszystkich, polskie morze. Takie „wczasy bingo”, gdzie zaskoczyć cię może absolutnie wszystko, żeby tylko wspomnieć pogodę i ceny. Dawno nie byłem nad polskim morzem. Dzieci nie były nigdy. Pora pokazać im kilka rzeczy, bo są już wystarczająco duże, żeby coś zobaczyć, a nie tylko leżeć plackiem na słońcu. Fajnie będzie. Na miejscu jest co robić, do tego całe Trójmiasto, Hel, nawet Malbork niedaleko. Cieszymy się.

Poza tym ciekawi mnie, czy w środku lipca będzie już widać w Polsce jakieś oznaki kaca narodowego, który będzie być musiał, bo nowy prezydent przez tyle czasu może już coś pokazać.

Tymczasem, czerwiec jest i w Belgradzie przestało padać. Maj był ponury. Rano dwanaście, wieczorem dwadzieścia dwa. Rok temu w połowie maja było już pod czterdzieści stopni, gęby już były wysmażone i ludzie w czapkach chodzili. W tym roku nawet komarów jeszcze nie ma, truskawki nie mają jak dojrzewać, a czereśnie po tysiąc dwieście dinarów za kilogram. Planeta, jak to mówią, płonie. A mnie płoną uszy, bo siedzę sobie i piszę takie rzeczy, czuję się jak na nielegalu trochę, bo niektórzy już zapowiadają, że pora rozprawić się z mową nienawiści. Tak przynajmniej mówił ten piękny. Kandydat znaczy. Gdy patrzyłem na jego kampanię, to w zasadzie nic konkretnego nie obiecał. Może poza tym, że pięć procent na obronność trzeba, że militaryzował będzie, że migranci są cacy, że Ukraińcy są cacy i że Unia jest najlepsza. No i jeszcze ta nienawiść i dezinformacja, a z tym łatwo pójdzie, bo już w Rumunii coś podobnego pod koniec maja wprowadzili, niecałe dwa tygodnie po ichnich wyborach, czym skutecznie zagłuszają wywrotowców i oszołomów. To już kandydat-bokser był lepszy, bo mimo, że miał wszystkiego trzy miny i gadać uczyli go dopiero w czasie kampanii, to bardziej konkretami sypał. Może też i dlatego wygrał, bo ludzie dość już mają pięknego pitolenia bez związku.

Myślę sobie, że to jakiś dobry Anioł nam podpowiedział, żeby do tej Polski jechać. To może być taka oferta „last minute”. Niedługo może już nie być, po co jechać. Na stole już leżą ETSy, czai się AMLA, całkiem być może, że niedługo przyjdzie nam płacić podatek od ogrzewania, czy od tego, co wydychają rury naszych samochodów. Dodatkowo umowa UE z kosmitami zza miedzy, praktycznie otwierająca europejski rynek dla ich wysokiej jakości, organicznych i szaleńczo tanich produktów. Przy okazji kosmici dalej szczują, jakby mózgów nie mieli i ciągle kopią po tyłku największego osiłka na osiedlu. W końcu się doczekają, a wtedy różnie może być, bo ci, co po ich stronie, mogą oberwać rykoszetem.

Kto wie, co się wkrótce stanie. Człowiek-mięsień mówił, że brzydkich rzeczy nie podpisze, ale mówił też, że jest obywatelski, a milicja też przecież była obywatelska. Nie mówił tylko, że jest niezależny i ciężko przewidzieć, komu i jak będzie się próbował wywdzięczyć. Może być, że te wszystkie głupoty wejdą w życie i wtedy nie będzie mnie stać na przyjazd do Polski. Weź, jedź te wszystkie kilometry z Serbii nad polskie morze! Ile ten samochód się nawydziela! Do tego te wszystkie winiety, ubezpieczenia. No i paliwo! A samolotem też przecież nie polecę, bo może być tak, że w nowej Europie będzie mi przysługiwał tylko jeden lot krótkodystansowy raz na dwa lata, więc nie wiem, czy się uzbiera… Dojdzie też kwestia noclegu, który będzie drogi (ofert wynajmu niewiele, bo mieszkania nie spełniają norm emisji, więc nie można ich wynajmować, poza tym podatek katastralny). Zresztą, w co bym się miał tam ubrać? Jeśli moja emisyjność pozwoli mi tylko na kilka sztuk ubrań rocznie, to mogę nie mieć dylematu, czy kupić nowe majtki, czy strój kąpielowy z biodegradowalnej tkaniny złożonej ze sprasowanych fusów po kawie.

Fajne wakacje będą. Nawet jeśli woda będzie miała czternaście stopni. Rozejrzę się dookoła. Posmakuję nowej polskiej rzeczywistości. Tej bardziej kolorowej, a jednak tak bardzo czarno-białej. Będę bawił się z dziećmi, lepił babki z mokrego piachu i jadł dorsza z frytkami, obydwa produkty głęboko mrożone, zwłaszcza ryba, bo przecież nad morzem. Patrząc na dzieci, pomyślę też trochę o politykach. Nie tylko o tych polskich, o nie, bo nie tylko my takich mamy.

Polityków sporo łączy z dziećmi: nie szanują cię i nie słuchają. Patrzą na siebie i mają wszystko gdzieś. Działają wyłącznie dla własnej korzyści. Obiecują i zapominają, a potem mówią, że nie wiedzieli, że to żart, że nic się nie stało. No i kłamią, kłamią jak z nut, a każdemu przy tym szczere łzy po policzkach płyną. Mimo że kochamy własne dzieci i nie kochamy polityków i jednym, i drugim na wszystko pozwalamy. Dlaczego? Ot, tajemnica.

Na razie, wiwat wakacje. Cieszmy się nimi, na ile możemy.

Oczywiście, najlepsze byłyby wakacje od obowiązków i odpowiedzialności. Każdy chciałby takie mieć. Niektórzy zresztą takie mają. Jedni nieźle na tym wychodzą, inni nieźle na tym zarabiają. Jedni i drudzy zapominają, że to wyłącznie dzięki nam, Polakom małym, zwykłym ludziom i zwykłym rodzicom.



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Sztuczny inteligent

Dziś będzie odmiennie. Ostatnio wszyscy pytają o coś sztuczną inteligencję. Ludziom nie wystarczą już zwykłe wyszukiwarki. Bo oto AI, ich nowy bóg, nie tylko dla nich wyszukuje, ale podsuwa gotowe odpowiedzi. Nie trzeba więc się samemu wysilać. Pomyślałem więc, że też się tym razem nie wysilę. Zapytam, tak dla zabawy. Wiadomo, że sztuczna, tak zwana, inteligencja może się przydać do różnych spraw, ale lepiej traktować ją z przymrużeniem oka. Ta rzecz, moim zdaniem, wcale nie jest inteligentna. Jest to po prostu bardzo szybko liczący komputer z dostępem do ogromnej bazy danych. Narzędzie. Któremu daleko do inteligencji. Każdy, kto korzystał, wie, że AI czasami łże jak pies, że ciężko jej (mu? jemu? temu? onej osobie komputerowej?) przebić się przez nałożony kaganiec i często się po prostu myli. Przyparta zaś do muru mętnie tłumaczy, że logika nie jest jej najmocniejszą stroną… Nie chciałem zadawać pytania w stylu „ile mam gotować surowe jajko o wadze siedemdziesięciu jeden gramów, żeby ...

Majowe święto

1 Maja. Święto Pracy. Dodajmy dla jasności: międzynarodowe. Święto ludu pracującego miast i wsi. Niegdyś hucznie obchodzone, dziś wyśmiewane. Gdy tak zwana komuna poszła w las, wszystko, co z nią związane wsadzono do jednego worka, zawiązano i zaczęto obchodzić szerokim łukiem. PRL w Nowej Polsce śmierdzi zresztą do dziś. Częściowo słusznie, choć twierdzenie, że wszystko wtedy było złe, jest zwykłym kretynizmem. A 1 Maja? Jak to z nim właściwie jest? „ Siewodnia prazdnik maja w kraju radnom. Pust muzyka igrajet, a my spajom. My s krasnymi fłażkami idiom guliać. A pticy wmiestie s nami spajut apiać ”. Tak kiedyś śpiewał zespół Dezerter. Dziś, jeśli zapytać przeciętnego Polaka o 1 Maja pewnie odpowie, że jest to początek długiego weekendu. Prawdopodobnie najczęstszym skojarzeniem będzie grillowanie. Ja jestem z innej epoki. My w ogóle nie grillowaliśmy. Piekliśmy raczej kiełbasę na patyku albo ziemniaki w popiele. I może przez to 1 Maja kojarzy mi się inaczej. Prawdę powiedziawszy, całki...

Miłość w czasach wirusa

Jest koniec lutego 2021. Anglia ciągle kisi się w trzecim narodowym lockdownie. Szczepienia idą pełną parą i wszyscy mają nadzieję, że Czas Wirusa dobiega końca. Boris zapowiada zmniejszenie restrykcji. Oczywiście, nikt nie jest aż tak naiwny. Wirus zostanie z nami na zawsze. Ja myślę o tym, że zbliża się moja pierwsza rocznica. 23 marca 2020 opuściłem budynek, w którym pracuję i po raz pierwszy udałem się do domu na przymusowy time off . W poszukiwaniu tytułu.  Najpierw miałem zatytułować ten kawałek “Miłość w czasach zarazy”. Potem pomyślałem sobie, że to przesada. Nie dlatego, że zżynam. Prawdopodobnie niewielu pamięta tę książkę. Osobiście nie stawiam jej zresztą zbyt wysoko, choć sam tytuł jest świetny. Z tego samego autora w pełni trawię w zasadzie tylko wybitną “Sto lat samotności” (a propos tytułów: ten też jest świetny). Jakoś mi po prostu nie pasowało. Poza tym ktoś zaraz powie, że użyłem tytułu, żeby mieć więcej wyników w wyszukiwarce. Później chciałem nazwać ten tekst “...

Stado szaleńców

Napiszę dziś coś o wariatach. O niebezpieczeństwach. O głupcach. Napiszę też o zwierzętach, bo to wszystko się jakoś dziwnie łączy. Czemu niby nie porozmawiać o szaleństwie? Czemu nie zastanowić się, jak go wyeliminować? Wiecie, jak obecnie wygląda Polska? Mamy 460 posłów i 100 senatorów. To władza tak zwana ustawodawcza. Do tego dochodzi rząd i prezydent, czyli władza wykonawcza. W obecnym rządzie mamy ponad 100 ministrów i wiceministrów, do tego dochodzą jacyś dyrektorzy. Celowo nie wspominam reszty partyjniaków i administracji niższego szczebla, bo ci akurat niewiele mogą; są tylko po to, żeby wykonywać i wdrażać. Dlaczego o tym mówię? Bo to wszystko mniej niż tysiąc ludzi. W kraju, który liczy ponad trzydzieści siedem milionów. Załóżmy, że to mniej więcej trzy tysięczne procenta, mniej więcej. Niewiele, prawda? Mówi się też, że w Polsce jest około 200 tys. członków różnych partii politycznych. To mniej więcej pół procenta całości. Też jakoś tak mało. Dlaczego o tym mówię? Dlatego, ...

Homo animalensis

Homo animalensis (definicja): Człowiek, który świadomie łamie zasady i działa z wygody, demonstrując absurd, chaos i zwierzęcą bezmyślność. Wszystko zaczyna się od tego, że dostałem maila od ludzi, którzy zajmują się zarządzaniem terenem, na którym w Anglii stoi mój dom. Administratorzy, którzy dbają o dzielnicę, drogi, oświetlenie i przycinanie krzaków, takie tam. W mailu zwracają się uprzejmie do mieszkańców. Otóż zauważono, że wielu ludzi parkuje na żółtych liniach albo na „terenach zielonych”. Uprasza się więc, aby parkowano tylko tam, gdzie się parkować powinno. Tyle. Dżentelmeńska umowa zawsze oznaczała obopólne zrozumienie i poszanowanie. Problem w tym, że ci ludzie piszą w taki dość staroangielski sposób, który już niekoniecznie obowiązuje. Moja ulica (ach, te piękne nazwy, jak z Hobbita, albo starych bajek, bo ja nie mieszkam na ulicy nikogo sławnego, ani tym bardziej zasłużonego – mieszkam w Leśnej Dolinie na Szczawiowym Stoku) to bardzo spokojne miejsce. Przynajmniej takie b...