Przejdź do głównej zawartości

Zatopieni w bursztynie

Lodowisko, basen, kawiarnia. Buty, kurtki, plecaki leżą odłożone byle gdzie. Nikt niczego nie pilnuje — bo nie musi. Z drobnej rodzinnej anegdoty rodzi się opowieść o świecie, który niektórzy bezpowrotnie utracili. Zaczyna się ona niewinnie i prowadzi w bardzo niewygodne miejsce — tam, gdzie bezpieczeństwo przestaje być oczywiste.

Pod koniec świątecznych ferii, a trzeba wiedzieć, że są one tutaj długie (przynajmniej dla nas, bo zaczynają się „naszym” Bożym Narodzeniem, potem jest Nowy Rok i około siódmego stycznia jest prawosławny Božić, więc nasze dzieci wracają do szkoły w połowie miesiąca), poszliśmy z dziećmi na lodowisko. Bardzo chciały, bo nigdy nie jeszcze nie jeździły na łyżwach. Ja bardzo nie chciałem. Nie jeździłem na łyżwach ze czterdzieści lat, a z wiekiem spada zapotrzebowanie na szaleństwa. Czyli: bałem się, że połamię sobie nogi. Pojechałem, bo wszyscy chcieli, ale miałem zamiar albo trzymać się z dala od tafli, albo ślizgać się na butach. Niestety, okazało się, że na butach nie można, że albo łyżwy, albo wcale. Nie mogłem pokazać, że jestem cykor, zresztą dwójka niejeżdżących dorosłych do opieki nad trójką niejeżdżących małych to i tak za mało. Założyłem więc ciężkie hokejówy i dawaj na lód.

Było naprawdę fajnie, choć to dość męczący sport. Wstąpiłem na lód, poczułem, co mam pod sobą i w tym momencie pomyślałem, że mam trzy wyjścia: natychmiast zejść, spędzić całą godzinę trzymając się kurczowo barierki, albo puścić się na żywioł i połamać. Udało się nie połamać, głównie dzięki takim jeżdżącym trzymakom w kształcie siodełek, jakie wzięliśmy dla dzieci – bardzo pomogły, bo sami mogliśmy się ich trzymać. Ale ja w sumie nie o tym – lód, to lód – więc będzie o czym innym.

Na lodowisku panują ciekawe zwyczaje. Ludzie biorą łyżwy i zakładają je. Buty porzucają, gdzie popadnie, na ławkach, na podłodze. Tuż obok porzucają kurtki i torby. Tak po prostu, zostawiają je i idą się ślizgać. Pewnie biorą ze sobą portfele czy telefony, może kluczyki od samochodów, ale reszta zostaje. Nie wiadomo, co tam jest w tych plecakach i kieszeniach płaszczy, może zresztą nic. Nie przejmują się, że ktoś mógłby pomyśleć, że coś tam jednak jest. Bo nikt tak nie myśli. Te rzeczy spokojnie tam leżą i czekają na właścicieli. Cała ta sytuacja przypomniała mi, że podobnie było kiedyś na basenie.

Na pływalni są szafki. Są nawet do tych szafek klucze. Niektórzy z nich korzystają, choć niewielu, bo szafki są małe. Ludzie często ich nie zamykają, ale znacznie częściej biorą ze sobą plecaki i ubrania i kładą je na trybunach, czy pod ścianami dookoła głównego basenu. A potem idą się kąpać. Inaczej niż na lodowisku – tutaj telefonu czy portfela ze sobą nie weźmiesz. I nikt jakoś nie pęka, że okazja czyni złodzieja, że ktoś przechodząc, zawinie dodatkowy plecak. Albo zrobi sobie z tego proceder i będzie pojawiał się na basenie co jakiś czas, bez własnego plecaka i zawsze uskubie coś ekstra.

Serbia to inny świat, taki trochę zastygły w bursztynie. Ludzie tutaj, mimo że mają wiele dziwacznych nawyków i niezrozumiałych zachowań, często zachowują się, jak ludzie zachowywać się powinni. Tak, jak my się zachowywaliśmy dawno temu, gdy świat był trochę bardziej niż inny. Nie mówię, że kiedyś ludzie nie kradli lub nie prali się po gębach. Było jednak mniej zagrożeń i na ulicy czułeś się bezpiecznie. Jako dziecko nie miałem żadnego stresu, chodząc po ulicy wieczorem. Jak miałem 12-13 lat to chodziłem sam na drugi koniec miasta do szkoły muzycznej. Zajęcia często były wieczorami. Do szkoły wszyscy chodzili sami, zresztą, biegało się wtedy po całym mieście, po okolicznych łąkach i lasach, po torowisku i tak dalej. Największym niebezpieczeństwem było to, że przechodząc koło „wrogiego” bloku, można było dostać kopa. Nie włóczyły się po mieście bandy napadające samotnych, nikt nie napastował młodych dziewczyn. Drzwi do domu też nikt nie zamykał – rodzice siedzieli w domu i robili swoje, a dzieciaki biegały po podwórku i łaziły w tę i z powrotem. Nikt nie odgradzał terenów szkół – wszyscy przez nie chodzili na skróty i można było iść i grać na szkolnym boisku w nogę. Tutaj, w tym serbskim bursztynie, jest trochę podobnie. Syn jedzie przez pół miasta na trening, wraca o dziesiątej w nocy. Albo idzie sobie pobiegać wieczorem po parku. W tym parku często bawią się małe dzieci. Na ławkach do późna siedzą młode dziewczyny, śmieją się i błyskają telefonami. Czasami na ławce obok siedzą chłopy, kopcą papierochy i siorbią piwo z puszek. Nikt nikogo nie zaczepia. Potem te same dziewczyny idą do domu, telefony wystają im z tylnych kieszeni spodni. Nikt im tych telefonów nie kradnie. Ba, nikt ich za te dżinsowe tyłki nie łapie. Nikt nie wyrywa im torebek. W kawiarni wszystko leży otwarcie na stoliku, a jak ktoś idzie do toalety, to po prostu idzie, nie zabiera ze sobą tych wszystkich gratów i tych torebek czy plecaków. Niby proste rzeczy, a już niespotykane w większość miast tak zwanej zachodniej Europy.

Serbowie nie wiedzą, jak cenne jest to, co mają i chyba nie zdają sobie sprawy, jak wygląda ten inny świat, ten, do którego tak tęsknią. Tak, jak my kiedyś do niego tęskniliśmy. Ten piękny świat, od którego trzeba jak najszybciej uciekać, bo zniszczy nas wszystkich.

W Serbii patrzą na Polaka jak na przybysza z lepszego, bogatszego świata i nie mają pojęcia, że teraz fundują nam tutaj po cichu pakt migracyjny, według którego rocznie ma przypaść 450 tys. migrantów (tych tak zwanych lekarzy i inżynierów, którzy nie zostali pozytywnie zweryfikowani w krajach Europy Zachodniej) na Polskę, Bułgarię i Rumunię. Dzielone po równo to oznacza przynajmniej 150 tys. rocznie, a pewnie nie podzielą po równo, tylko po wielkości. Łatwo sobie obliczyć procent tego, co do Polski zjedzie. Łatwo sobie wyobrazić, że możemy się już z tego nie podnieść i skończymy tak, jak Berlin, Londyn, Paryż czy Sztokholm. A jak ktoś jeszcze nie wie, jak to teraz wygląda, niech zapyta kogoś, kto tam mieszkał. Na przykład mnie. Albo niech obejrzy sobie na YouTube, wpisując na przykład Kurt Caz albo Marcjush, zresztą jest tego masa. Miłego oglądania.



Komentarze

  1. Właśnie trafiłem na twojego bloga i czuję, że trochę tu zostanę. Czy to przez bliskość pokoleniową (jesteśmy praktycznie rówieśnikami), za którą idzie bliskość doświadczeń (pochodzenie z prowincji, dorastanie w latach 80', potem przeprowadzka do dużego miasta itp.), czy przez równie gorzki i pozbawiony złudzeń ogląd rzeczywistości, w której przychodzi nam chować dzieci. I w której przyjdzie nam się zestarzeć i zejść ze sceny. W każdym razie poczytam sobie więcej. I może nawet skomentuję (ale tylko jeżeli uznam, że mam coś ciekawego do dodania). W każdym razie pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za dobre słowo, pozdrawiam serdecznie i miłej lektury!

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Korona stworzenia

Rok minął odkąd kota mam. Nadszedł czas na małe podsumowanie, na zestawienie korzyści z tak zwanymi upierdliwościami. Spróbuję też odpowiedzieć na pytanie: ile kotom do ludzi i gdzie człowiekowi do kota. Korzyścią z posiadania kota jest samo jego obserwowanie. Jest to fascynujące zwierzę. Wprowadza do domu zamieszanie i pozytywną energię. Samo patrzenie na kota poprawia wszystkim domownikom humor. Miło jest widzieć, jak doskonale wpasował się w rodzinę i znalazł w niej swoje miejsce. Jest absolutnie niezależny; robi to, co chce i nie można go do niczego przymusić. Sam decyduje, gdzie śpi i do kogo się przytula i wyczuwa, gdy ktoś jest chory – zostawia wtedy wszystko i potrafi przeleżeć obok chorego cały dzień. Kot doskonale wie, jak bardzo go wszyscy lubią i potrafi to wykorzystać. To niezły cwaniak i taka już jego uroda. A jakie są negatywy? Sporo żre, więc trochę kosztuje, poza tym nasz akurat okazał się dość wybredny. Znaczenie terenu, czyli podsikiwanie początkowo nie było problem...

Czworocznica

Nawet nie zauważyłem, jak przeleciała mi koło nosa kolejna rocznica. Nie, nie mówię o Walentynkach, jako człowiek pochodzący z dość zamierzchłej epoki ciągle uważam, że to nie do końca moje święto (skończyło się na kupieniu pudełka czekoladek do podziału dla wszystkich, żeby nie było). Mówię o czwartej już rocznicy naszego przybycia do Serbii, rocznicy o tyle ciekawej, że gdy przybywaliśmy, nikt nie spodziewał się, że tak długo tu zostaniemy – mieliśmy przecież zmykać po trzech latach. Cztery lata. Kto by pomyślał. Cztery okrągłe rocznice to, jakby nie było, czterdzieści osiem miesięcznic. Albo dwieście osiem tygodnic. Można by też powiedzieć, że to dokładnie tysiąc czterysta sześćdziesiąt jeden dziennic (jeden rok był przestępny), ale lepiej głupich pomysłów nie podpowiadać tym, którzy są zwolennikami zbyt regularnego celebrowania, tym bardziej że nigdy nie robią tego za swoje. Dużo się wydarzyło, tak w sferze ogólnej, jak i indywidualnej. Ogólnej nie będę komentował, bo każdy inne me...

Wypoczyn

Wróciliśmy z wakacji. Jak wspominałem wcześniej, w tym roku gościł nas Sopot, czyli niekwestionowana perła Bałtyku. Fajne były wakacje. Trzy tygodnie zleciały bardzo szybko. Nawet nie trzy, bo przecież droga sporo zajmuje. Obliczyłem, że w obie strony siedziałem za kółkiem w sumie 48 godzin. Dużo, ale mimo wszystko było warto. Podróż samochodem z Belgradu do Sopotu, nawet z jednym noclegiem po drodze, to wyczyn. W dodatku z jakichś dziwnych powodów zajmuje o wiele dłużej, niż pokazuje Google Maps. W ogóle, według mnie, wakacje, jeśli jedzie się na nie z małymi dziećmi, to dla rodziców trochę koszmar. Zorganizuj wszystko, spakuj, upchaj w samochodzie, a potem jedź dwanaście godzin, gdy z tylnego siedzenia słyszysz tylko wrzaski, kłótnie i narzekanie, że tyle to trwa, bo małe nie patrzą na to, że jadą jako pasażerowie i tylko czekają, aż zatrzymasz się po drodze w McDonaldzie. Dalej jest tak samo. Wypakuj, ułóż w szafach i biegaj, dbaj, organizuj i płać za każdą fanaberię, zmieniaj im ga...

Puszka obfitości

Byliśmy niedawno świadkami zamieszek w Republice Południowej Afryki. Bilans zajść to ponad 200 zabitych, ponad 2000 aresztowanych, obrabowane centra handlowe, sklepy, zrujnowane biznesy i miliardowe straty. Bóg jeden wie ilu w sumie ludzi na tym ucierpiało. Wszystko zaczęło się od rzekomo pokojowych demonstracji. Protestowano przeciwko wsadzeniu do więzienia złodzieja i malwersanta. Osobnik ten był także byłym prezydentem i wsławionym bojownikiem o wolność naszą i waszą. Brzmi do pewnego stopnia znajomo, prawda? Należy się tylko cieszyć, że Polacy nie wychodzą na ulicę za każdym razem, gdy odkryjemy jakieś szwindle na wyższych szczeblach, bo już dawno zostałyby z nas zgliszcza i popioły. I niekoniecznie zostałby na dnie popiołu gwiaździsty dyjament, wiekuistego zwycięstwa zaranie. Kontynent konfliktów  Czarna Afryka ma długą i malowniczą historię bratobójczych walk. Cóż, a który kontynent i nacja ich nie ma? Nie nam oceniać. To, co działo się w Afryce, jest zjawiskiem bardzo specyf...