Przejdź do głównej zawartości

Obywatel świata

 

Urodziłem się w Polsce. Mieszkam w Anglii. 

Żonie oświadczyłem się we Francji, a w podróż poślubną pojechaliśmy na Dominikanę. 


Pracuję w szwedzkiej firmie, i w moim dziale mam ludzi z Tunezji i Ghany, a wcześniej pracowałem z Australijczykiem, który miał belgijskie korzenie i Nowozelandczykiem, który był w połowie Maorysem. Na lunch dziewczyna z Ekwadoru serwuje mi norweskiego łososia i indyjskie samosa. Za moimi plecami Pakistańczyk pyta, czy jedzenie jest halal, a tuż za nim nigeryjski ochroniarz, który ma ukraińska żonę, namawia swojego algierskiego kolegę na spróbowanie południowoafrykańskiego biltong. Na kantynie automat z przekąskami uzupełnia Estończyk, którego żona zostawiła dla gościa z Mozambiku, którego druga żona miała z kolei syna z Portugalczykiem, którego dziadek przybył z Mauritiusu i w Szwajcarii ożenił się z dziewczyną z Somalii. 


W domu jem czeskiego knedlika z węgierskim gulaszem i popijam to duńskim piwem ze szklanki, którą ukradłem w irlandzkim pubie. Często jemy włoską pizzę z niemieckim salami, albo makaron z krewetkami złowionymi w Singapurze. Czasami kebab.  


Późnym wieczorem siadam na mojej wyprodukowanej w Rumunii sofie, nogi trzymam na litewskim podnóżku i oglądam amerykański film na moim koreańskim telewizorze, pogryzając beef jerky i popijając szkocką whisky z japońskiej szklanki. 


Jutro na obiad będzie meksykańska tortilla z hiszpańskim chorizo, a do tego greckie tzatziki, zrobione z islandzkiego jogurtu i ogórka, który wyrósł w Holandii. Syn zje kurczaka po Tajsku, bo ma swoje nawyki, a córki ruskie pierogi albo fasolkę po bretońsku. 

Noszę majtki wyprodukowane w Chinach, moje talerze robią w Bułgarii, szparagi płyną do mnie aż z Peru, kawa z Kolumbii a banany z Kostaryki. 


Świat stał się globalną wioską. 

Ciekawe, czy to właśnie dlatego aż tylu wieśniaków dookoła?





Komentarze