Przejdź do głównej zawartości

Puszka obfitości

Byliśmy niedawno świadkami zamieszek w Republice Południowej Afryki. Bilans zajść to ponad 200 zabitych, ponad 2000 aresztowanych, obrabowane centra handlowe, sklepy, zrujnowane biznesy i miliardowe straty. Bóg jeden wie ilu w sumie ludzi na tym ucierpiało.

Wszystko zaczęło się od rzekomo pokojowych demonstracji. Protestowano przeciwko wsadzeniu do więzienia złodzieja i malwersanta. Osobnik ten był także byłym prezydentem i wsławionym bojownikiem o wolność naszą i waszą. Brzmi do pewnego stopnia znajomo, prawda? Należy się tylko cieszyć, że Polacy nie wychodzą na ulicę za każdym razem, gdy odkryjemy jakieś szwindle na wyższych szczeblach, bo już dawno zostałyby z nas zgliszcza i popioły. I niekoniecznie zostałby na dnie popiołu gwiaździsty dyjament, wiekuistego zwycięstwa zaranie.

Kontynent konfliktów 

Czarna Afryka ma długą i malowniczą historię bratobójczych walk. Cóż, a który kontynent i nacja ich nie ma? Nie nam oceniać. To, co działo się w Afryce, jest zjawiskiem bardzo specyficznym. Nie była to rewolucja, gdzie ideowcy krwawo zwalczają stary porządek tylko po to, by zasiąść przy korycie i wprowadzić własny terror. To nie była wojna domowa, gdzie dwie wrogie frakcje ścierają się i niszczą kraj po to, by rządzić jak im się podoba. Nie byli to Polacy wychodzący na ulice, aby protestować przeciwko komunie, bo co się w latach osiemdziesiątych działo, to się działo, ale nie paliliśmy wtedy swoich miast. W Afryce nikogo nie pałowało ZOMO, ani żadne czołgi nie rozjeżdżały studentów na placach. W RPA były zamieszki. Czytaj - “spontaniczne, niezorganizowane, zwykle połączone z aktami przemocy fizycznej wystąpienie określonej grupy społecznej, wywołane poczuciem niezadowolenia z istniejącej sytuacji politycznej, ekonomicznej lub społecznej, skierowane przeciwko strukturom sprawującym, na mocy obowiązującego prawa, władzę”. Po mojemu jest to wtedy, gdy pewne grupy społeczne wykorzystują byle pretekst, by wyjść na ulicę i zrobić innym kuku, w dodatku właśnie niekoniecznie tym przy władzy. Ważne, żeby rabować, palić i gwałcić, bo w tłumie wiele ujdzie i być może nikt nie zauważy. Nie ukrywajmy. Józef Z. nie był powodem. Był tylko pretekstem.

Zamieszki w Croydon 

Nie jestem specem od zamieszek. Choć jedne przeżyłem. Znaczy, stanu wojennego nie liczę, bo miałem wtedy wszystkiego 9 lat, czyli co ja tam mogę pamiętać? Może rzeczywiście tylko tyle, że obudziłem się i nie było “Teleranka” i że telefony nie działały. Co ciekawe, w Polsce ciągle wielu ludzi sądzi, że “piątek, 13” to data wyjątkowo przeklęta, bo wtedy wprowadzono stan wojenny, choć przecież wprowadzono go w nocy z soboty na niedzielę. Mówię tutaj o innych zamieszkach. O tych, które widziałem w Londynie, znaczy w Croydon, w roku 2011 i które dobrze zapamiętam, bo zaczęły się na tydzień przed narodzinami mojego synka, Maksymiliana.

Powiem szczerze, że nie wiedziałem, o co wtedy chodzi. Po prostu nagle zaczęło się dziać. I palić. W telewizji zaczęli mówić, latały helikoptery i ogólnie było nieciekawie. Znajomi i rodzina z Polski pisali do nas wiadomości, bo nie wiedzieli, co się dzieje, a ja pamiętam, że patrzyłem wtedy przez okno balkonowe i widziałem unoszące się słupy dymu. Myślałem o tym, że za kilka dni ma przyjść na świat mój syn i nie byłem przekonany, że jest to najlepszy ze światów, na jaki można go sprowadzić (palił się wtedy wielki sklep meblowy na Reeves Corner). Tłum wyszedł na ulice i zaczął palić i rabować. Dostawało się po kolei każdemu. Małe sklepiki szły z dymem, chyba że właściciele zdecydowali się mężnie odpierać ataki. Wielkich sklepów nikt nie bronił. Tłuszcza zaatakowała i rabowała, co tylko można. U nas, w sklepie w którym wtedy pracowałem zamknęli drzwi, bo bali się, że przyjdą. Nie przyszli, oszczędzili nas. Dostało się innym sklepom w okolicy. Widocznie uznali, że nie warto kraść sofy ani stołu, że bardziej przyda się telewizor albo laptop.

Zamieszki szybko ustały i policja zaczęła wyłapywać winnych. Synek urodził się spokojnie i bez problemów, choć autobus, którym jeździłem do żony, do szpitala, jeździł inną trasą - część ulic była zamknięta z powodu zniszczeń. Oglądałem to potem wszystko w telewizji. Władze odgrażały się, że nie podarują. Najbardziej uderzyło mnie to, co mówiła ulica. Ludzie, którzy brali udział w tych zajściach. Nikt nie był zawstydzony, zażenowany. Absolutnie nikt nie czuł się winny. Wręcz przeciwnie. Dlaczego to zrobiliście? Należało się im. Komu? Tym bogatym. Oni mają, a my nic nie mamy. Ale spaliliście sklepy, skrzywdziliście ludzi. Nieprawda, bo oni są bogaci, mają biznesy, im nic się nie stanie, a my jesteśmy biedni, my nic nie mamy. Przecież napadaliście, kradliście? Nie, nic takiego. Nikt nic nie kradł, oni tylko odbierali to, co im się należało, bo przecież nic nie mieli. Fascynująca historia i temat rzeka. Znajomi, którzy mieszkali wtedy blisko Argosa na Church Street mówili, że jak tłum wszedł do sklepu od tyłu, to na wyścigi po kilka telewizorów nosili. Dla nich to nie było nic złego. Oni po prostu dokonali odmiennego podziału dóbr. Co z tego, że nie mieli prawa? Przecież prawo ustalają ci, co mają, a więc nie może być ono dobre dla tych, którzy nie mają nic, albo żyją z tego, co inni opłacają swoimi podatkami. A skoro coś jest złe i głupie, to po co tego słuchać? To naprawdę jest aż takie proste.

George Floyd 

Teraz już człowiek-legenda. Chciałoby się też powiedzieć: człowiek orkiestra, choć niestety ta orkiestra grała wyjątkowo monotonnie. Wielokrotnie skazany za różnorodne malownicze wybryki, zaliczył w końcu pięć lat za brutalny napad z bronią w ręku. Dostał tylko tyle, bo poszedł na ugodę (to znaczy przyznał się do czegoś o mniejszym kalibrze, żeby dostać mniejszą odsiadkę). Po zwolnieniu związał się z kościołem i bardzo starał się być lepszym, choć od narkotyków, huncwot, w dalszym ciągu nie stronił. Przeprowadził się do Minneapolis, gdzie starał się wiązać koniec z końcem, pracując głównie jako wykidajło (był niemałym facetem).

25 maja 2020 został zatrzymany przez policję. Mówią, że został zamordowany. Dla mnie było to raczej nieumyślne spowodowanie śmierci, którego przyczyną była nietolerancja, głupota, cwaniactwo i drastyczne przekroczenie uprawnień służbowych. Prawdą jest, że policja zatrzymująca recydywistę, który napadł na czyjś dom z bronią w ręku i trzymał pistolet przyłożony do brzucha kobiety, podczas gdy jego koledzy rozglądali się, co by to ukraść, ma prawo być troszkę podejrzliwa. W dodatku gdy ten ktoś właśnie zapłacił fałszywymi pieniędzmi i do tego jest napompowany narkotykami po same uszy. Faktem jest, że Floyd został potraktowany wyjątkowo brutalnie. Przygwoździli go do ziemi i klęczeli na nim. Nie stanowił dla nich zagrożenia, nie dla czterech dużych, uzbrojonych policjantów. Można było, ba, należało potraktować go inaczej. Policjant Derek i jego koledzy tego nie zrobili, Derek odsłuży za to 20 lat więzienia i bardzo dobrze, zwłaszcza że nie był to pierwszy przypadek, gdy na służbie popisał się brutalnością.

Światowa czkawka 

Śmierć Floyda odbiła się globalną czkawką. Zapaliło się USA, a później zamieszki przeniosły się do innych krajów. Rzekomo pokojowe demonstracje szybko przerodziły się w coś więcej. Ludzie palili, rabowali i kradli. Miasta szły z dymem. Bo niby czemu nie? Wszystkiemu przecież i tak winna była brutalna policja. Zastanawia mnie, czy gdyby to Georges Floyd był umundurowanym policjantem, a Derek Chauvin wystraszonym, naćpanym, błagającym o możliwość złapania oddechu recydywistą, cokolwiek by się wtedy zapaliło?

I jeszcze wszystko to przerodziło się w ten idiotyczny ruch i teraz piłkarze klękają przed meczem, żeby połączyć się w bólu i pokazać swoją solidarność. A z czym? Przecież to jakiś koszmar. Jak zwykle jakiś kretyn coś podrzucił a inni podchwycili. BLM. Co to w ogóle ma znaczyć? Szczerze, gdybym był Chińczykiem, Aborygenem czy Eskimosem, to bym się śmiertelnie obraził. Jako Polak czuję tylko niesmak. Zdumiewa mnie to hasło, z którym tak wielu się jednoczy. Hasło napompowane po brzegi naiwnością, głupotą i aż kipiące od rasowej nienawiści. Pamiętam, że ponad siedemdziesiąt lat temu w środku Europy narodziła się ideologia, według której rasa aryjska była lepsza niż inne. Nie tędy droga, panowie. Każde życie się liczy. Każde ma znaczenie. Nie tylko “Czarne”.

Nie jestem rasistą 

Czas na wyznanie. Po raz kolejny powiem, że nie jestem rasistą. Nigdy nie byłem i nigdy się za takiego nie uważałem, choć pochodzę z pokolenia, które w szkole uczono wierszyka o Murzynku Bambo, a pierwszego czarnoskórego mieszkańca naszego globu zobaczyłem w roku 1992 (był to przybysz z Mozambiku). Po drugie, nie jest to kawałek mówiący o tym, że ludzie o czarnym kolorze skóry są gorsi od innych. Faktem jest, że mieszkańcy, czy też przybysze z krajów, nazwijmy to, rozwijających się skokowo, wydają się mieć spore skłonności do agresji. Wielu z obecnych mieszkańców Wysp Brytyjskich pochodzi z krajów, gdzie od tysiącleci noszono noże i w taki sposób rozwiązywano każdy konflikt. Dlatego też w UK przestępstwa z użyciem noży są teraz prawdziwą plagą. I to nie autochtoni się dźgają, bo dla nich narodowym sportem nie jest nawet pranie się po pijaku po pyskach, a piją przecież sporo, więc by mogli. Faktem jest, że wspomniani już mieszkańcy i przybysze mają spore inklinacje do odpowiadania agresją w niemalże każdej sytuacji, nawet całkiem niewinnej. Wszystko traktują, jak rzucone im wyzwanie. Za długo się popatrzysz, zajedziesz drogę, potrącisz wózkiem w sklepie, nieładnie się odezwiesz, czy wręcz poprosisz pracownika, żeby coś zrobił, a jemu nie spodoba się ton twojego głosu... Jest w tym wszystkim wiele uprzedzeń, kulturowych uwarunkowań i niezrozumiałych, przynajmniej dla mnie, pretensji, ale jest to jednak dość męczące na dłuższą metę. Powiem też szczerze, że owi mieszkańcy i przybysze wydają się mieć zdecydowanie mniejsze parcie w kierunku uczciwego zarobienia na kromkę chleba, za to łatwo wyciągają rękę, żeby im dać. No dobra, trochę to nie fair, bo kto jak kto ale rdzenni Brytyjczycy mają długą i chwalebną historię siedzenia na zasiłkach i napływowi po prostu wykorzystują system, ale ten domek z kart zaczyna się trochę chwiać i coraz mniej ludzi garnie się do pracy (zawsze zresztą uważałem, że bezrobocie w UK to mit. Jeśli ktoś tu nie pracuje to dlatego, że mu się nie opłaca, bo państwo da, albo nie chce, bo wtedy też państwo da).

Kto wywołuje zamieszki 

Mówię o tym wszystkim dlatego, bo wszystkie wyżej wymienione zamieszki miały cechę wspólną. Były to grupy, które je wywołały. Może i protesty były pokojowe, ja tam nie wiem, bo przecież każdemu normalnemu człowiekowi może się coś nie spodobać i ma prawo sobie poprotestować. Tylko jest różnica między tym, który wysmaruje sobie transparent i pójdzie pod Sejm a tym, który przy okazji rozbije wystawę sklepu, ukradnie telewizor i sklep podpali. W zamieszkach brali udział beneficiarze, tak zwani bezrobotni i zwykli chuligani, których zgraja zawsze się znajdzie, bo po prostu lubią robić zadymy. Tych sklepów nie palili ludzie (nie ważne gdzie żyją, ani jaki mają kolor skóry), którzy wstają rano do pracy, płacą co miesiąc swoje rachunki, mają dom na kredyt i wszystko, czego tak naprawdę chcą, to spokojnie sobie żyć. Tacy tylko niestety dostają rykoszetem, bo gdy tłuszcza wychodzi na ulice, to nie patrzy kogo leje. Ameryka się paliła, ale to przecież nie rdzenni mieszkańcy się buntowali, nie napływowi Meksykańczycy czy Polacy, a tym bardziej nie bogata, biała hołota z typowo amerykańskich przedmieść. W Anglii ciężko było zobaczyć w TV bladą twarz, a naprawdę żal się robiło tych wszystkich Hindusów i Pakistańczyków, którzy siedzą od rana do wieczora w swoich sklepikach i nigdy nikomu nic złego nie zrobili, ale i tak ich obrabowali i spalili. Okradli ich, bo mieli. Byli, niestety, tymi, którzy mają a ci, którzy nie mają, zawsze będą uważali się za pokrzywdzonych. W RPA, cóż, tu niewiele można powiedzieć, bo tam każdy każdemu wilkiem. A jeśli jesteś Białym Wilkiem, to tym bardziej cię dopadną, boś odszczepieniec i mutant. Wierzcie mi, wiem co mówię. Znam człowieka, który urodził się w Durbanie i takich, którzy tam bywali (na wakacjach, albo z wizytą, bo ożenili się z obywatelem). Włos się na głowie jeży, gdy ich posłuchać i nie dziwota, że kto tylko może, ucieka stamtąd. I wcale nie mówię, że Czarni są źli, choć ci dobrzy wśród nich długo jeszcze będą cierpieć z powodu łatki, jaką przylepiają im pobratymcy (tak samo jak pokutująca przez długi czas na zachodzie teoria, że każdy Polak to pijak i złodziej).

To jeszcze nie koniec 

Zamieszki się skończyły, bo zawsze się jakoś kończą. Gdzieś wkroczyło wojsko, gdzieś policja wyłapywała, kogo tylko mogła. Każdy jakoś odbudował swoje życie. W Wielkiej Brytanii pozwolono, żeby zapał buszujących sam wygasł, a potem przystąpiono do osaczania winnych. UK jest państwem silnie policyjnym - Wielki Brat wie wszystko o wszystkich, a kamer jest wszędzie tyle, że czujesz się jak na Czerwonym Dywanie. Wyłapali, ukarali i zagrozili, że zabiorą zasiłki. To prawdopodobnie pomoże na jakiś czas. W Ameryce źle się dzieje, w RPA jeszcze gorzej. Zapali się tam znowu, prędzej czy później. W UK też jeszcze będą zadymy, bo niestety im dalej w las, tym bardziej czarno.

Sir David Attenborough 

Kolejny człowiek-legenda, choć zupełnie innego kalibru niż Floyd (także w swoich dokonaniach wyraźnie mniej monotonny). W jednym ze swoich programów (Africa) stoi na szczycie sporej góry, a w tle ma zapierające dech w piersiach widoki. Mówi: “Stoję w miejscu, gdzie równik przecina kontynent w połowie. Na północ ode mnie jest niezmierzona pustynia, wielkości Stanów Zjednoczonych Ameryki. Na zachód, ogromna dżungla wielkości Indii. Za mną, przez tysiące mil ciągną się najbardziej żyzne sawanny na świecie. Od samego dachu, aż po najgłębszą dżunglę, wszędzie tu są miejsca, których nikt nie widział i opowieści, których nikt wcześniej nie słyszał. Nigdzie indziej natura nie odgrywa tak ważnej roli. Jest to też ostatnie miejsce, gdzie można spotkać oko w oko najwspanialsze zwierzęta, które żyją na naszej planecie. To właśnie jest Afryka”.

Afrykański Róg Obfitości 

Słyszałem gdzieś, choć nie pomnę już gdzie i kiedy, że Republika Południowej Afryki to przysłowiowy róg obfitości. Ziemie są tam tak żyzne, a klimat tak przyjazny, że tylko siać, zbierać i hodować, i można by tym wszystkim swobodnie wyżywić całą Afrykę i jeszcze eksportować nadwyżki. Do tego jest tam ogromna ilość surowców mineralnych, w tym tych bardzo rzadkich. To tylko jedno państwo. Afryka jest ogromna i ma ogromne możliwości. Owszem, mocarstwa kolonialne ostro kontynent przetrzebiły, ale przecież nie wszystko wywieźli. Nawet jeśli nie chce się tam nikomu nic robić, to przecież zostaje jeszcze inne bogactwo. Unikatowa flora i fauna, naturalne piękno krajobrazu, jego różnorodność, piękne plaże i tak dalej, egzotyka pełną gębą. Prawie 100 lat temu Hemingway polował w Afryce i pisał o niej, głęboko zakochany w Czarnym Lądzie. Dziś nie mniej ludzi mogłoby się w nim zakochać. Świat stoi otworem, mamy więcej pieniędzy, więcej zainteresowań i możliwości - nic, tylko jeździć na wakacje, zwiedzać i eksplorować. Tubylcy mogliby robić kokosy na samej turystyce. Z jakiegoś powodu nie chcą, a ci, co jadą tam na wakacje mają, poza dozą egzotyki dreszczyk emocji podobny raczej do tego, jakiego doświadczasz spacerując po zmroku po pewnych zakątkach Bródna czy Grochowa. Afryka, kontynent wielu możliwości, miejsce gdzie zdecydowanie nie przepada się za białymi, coraz bardziej się na nas zamyka. Z jakichś niezrozumiałych powodów my (czytaj: Europa) próbujemy się coraz bardziej na nich otworzyć. Skutki tego otwarcia widać i słychać na ulicach miast a wierzcie mi, że wiem, co mówię, bo mieszkam w Anglii już ponad 13 lat, stoję z boku i widzę, co się dzieje.

Puszka Pandory 

Sir David Attenborough, człowiek niewątpliwie inteligentny potrafiłby zapewne powiedzieć kiedy i dlaczego afrykański Róg Obfitości przemienił się w Puszkę Pandory. Czy potrafiłby też powiedzieć, kto i dlaczego daje Pandorze prawo stałego pobytu czy status uchodźcy?

POSŁOWIE

Czasami jest tak, że tekst rodzi się w bólach. Czasami po prostu sam wpada do głowy. Nigdy dokładnie nie wiadomo, jak to właściwie będzie. Niektóre rzeczy po prostu się stają.

Nie miałem planów na napisanie czegoś takiego ani po Croydon, ani po Floydzie. Szczerze powiedziawszy, zamieszki w RPA też niewiele mnie obeszły (dopiero żona mnie oświeciła, że coś się tam dzieje, inaczej pewnie przeszłyby bokiem). Ot, przeczytałem o nich jeden szybki tekst i tyle. Potem obejrzałem zdjęcia, tak dla przyzwoitości i zobaczyłem tego gościa z pistoletem i łomem (czy co to tam właściwie jest) idącego ulicą. W tej sekundzie cały ten tekst stanął mi przed oczami, zwarty i gotowy. Zacząłem go powoli pisać i aż do końca nie miałem pomysłu na zdjęcie. Pewnego dnia siedziałem z dziećmi w domu i nie wiedziałem, co z nimi zrobić (cały dzień bardzo padało), więc postanowiłem puścić im w telewizji coś fajnego o zwierzątkach, żeby sobie popatrzyły. Zawsze leci jakiś David Attenborough, “Planet Earth”, czy coś w tym stylu i rzeczywiście. Akurat leciała “Africa”. Odpaliłem i zamarłem. Nie dlatego, że to wszystko jest wspaniale zrealizowane, pełne akcji i wspaniałych zdjęć. Otóż zmroził mnie wstęp Sir Davida. Idealnie wpasował się w mój tekst i już wiedziałem, że muszę go wpleść, inaczej tekst będzie niekompletny. Od razu też zobaczyłem moje przyszłe zdjęcie, a zaraz potem przyleciał tytuł. Bez tych małych, zupełnie przypadkowo odkrytych elementów układanka nie byłaby kompletna. Tak samo, jak nie byłaby skończona bez tego małego kawałka, który właśnie dopisuję, przyznaję to, dobry tydzień później. Napisałem, zrobiłem zdjecie i z jakichś powodów nie opublikowałem. Teraz już wiem, że tak właśnie po prostu miało być.

Byliśmy niedawno świadkami zamieszek w Lublinie.
Około 300 osób udało się pod komisariat, żeby zaprotestować przeciwko brutalności policji. Przynieśli znicze, ale też krzyczęli, wygrażali. Potem zaczęli obrzucać komisariat kamieniami, jajkami i butelkami, a najbardziej krewcy próbowali sforsować drzwi i wedrzeć się do środka. Policjanci odpowiedzieli gazem, strzałami z broni gładkolufowej (strzelba, choć doniesienia prasowe nie precyzują jakim rodzajem amunicji strzelano) i armatką wodną (piękna polska nazwa: “polewaczka”). 40 osób szybko aresztowano, dojdzie pewnie więcej i ogólnie zapowiedziano, że nie będzie żadnej tolerancji dla chuliganów i bandytów łamiących prawo. O co poszło?

Policjanci próbowali aresztować trzydziestokilkuletniego mężczyznę, Bartek mu było. Ten się nie dawał obezwładnić, rzucał się, szarpał, krzyczał. W końcu go capnęli, przycisnęli do ziemi, skuli i zawlekli do radiowozu, gdzie Bartek osunął się na ziemię i przestał się ruszać. Niestety, zmarł, choć nie wiadomo czy od razu, czy w karetce (Policja twierdziła, że w szpitalu, ale skądinąd wiadomo, że to nieprawda). Protestujący krzyczeli “mordercy” i wszyscy zgodnie opisywali Bartka jako spokojnego, ułożonego i ogólnie do rany przyłóż chłopaka, który w dodatku był zahukany i chudziutki, a tu czterech rosłych bydlaków tak go na śmierć potraktowało. No wypisz wymaluj sprawa Floyda. Potem okazało się, że policję wezwała matka poszkodowanego, spokojnego chłopca, który “agresywny i mocno pobudzony” troszkę łobuzował na osiedlu (wrzeszczał, ciskał się i rzucał kamieniami w okna budynków). Mama zaznaczyła, że jej syn nadużywa narkotyków.
Znowu się narażę, ale muszę powiedzieć, że u mnie w domu śpią dzieci. Chodzą też czasami po podwórku. Ba, moja żona czasami wychodzi z domu, do pracy, czy po zakupy. Chcę, żeby oni wszyscy byli bezpieczni i spokojnie sobie żyli. Szkoda Bartka, bo umarł, a mógł sobie żyć i wiem, że Bozia ma różnych lokatorów i teoretycznie każdy ma prawo do życie, ale nie chcę u siebie na osiedlu widzieć takich “spokojnych i bezproblemowych”, naćpanych po same uszy furiatów.

Komentarze pod tekstem były, jak zwykle pod tekstami na polskich portalach, zachwycające. Dostało się portalowi, dziennikarzom a potem ogólnie wszystkim, ale najwięcej dostało się nieszczęsnemu Bartkowi. Ja jednak o czymś innym.
Grupa ludzi poszła protestować pod komisariat. Później bojówki rozlazły się po okolicy ścierając z policją. Najprawdopodobniej nie była to rodzina, ani znajomi Bartka, tylko zadymiarze, których zawsze i wszędzie pełno, bo lubią sobie pohasać i rzucić w policjantów cegłówką czy koktajlem Mołotowa. Faktem pozostaje jedno.

Lublin nie poszedł z dymem, nie obrabowano sklepów czy centrów handlowych.
Nie narodzi się też z tego żadna kulawa ideologia.




Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Układ Warszawski: Reaktywacja

Piętnastego maja 2024 miał miejsce zamach na premiera Słowacji, Roberta Fico. Premier na szczęście przeżył i został już nawet wypisany ze szpitala. Brawo, panie Fico! Szybkiego powrotu do całkowitego zdrowia i uważaj pan na siebie! Bo ciągle może być różnie!  Do zamachu doszło tuż po zakończeniu wyjazdowego posiedzenia słowackiego rządu w miejscowości Handlová. Premier podszedł do zgromadzonych tam ludzi, aby się z nimi przywitać i wtedy padły strzały. Poważnie ranny w brzuch i klatkę piersiową Fico został przewieziony do szpitala w Bańskiej Bystrzycy, gdzie przeszedł dwie operacje. Jego stan jest stabilny. Zamachowiec Zamachowcem okazał się jakiś dziwny dziadek, ni to poeta, ni to ochroniarz, a w gruncie rzeczy oszołom i bezrobotny. Momentalnie zaczęły się mnożyć różne teorie. Słowackie służby nie wykluczają wpływów zewnętrznych. Polskie media nie wykluczają wpływów rosyjskich. Dowodem na to mają być kontakty zamachowca z organizacją „Słowaccy poborowi”, „która na swoich profilach w s

Mam kota

Fajny tytuł, prawda? Niby konkretny, a przecież to proste wyrażenie można zrozumieć na kilka sposobów. Podobno jego znaczenie zależy też od regionu Polski, choć u mnie, gdy powiesz, że ktoś ma kota, albo dostał kota, wszyscy odbiorą to jednoznacznie. Zawsze śmieszyło mnie, że w Elementarzu Ala ma kota. Że uczyli nas czytać, opisując przygody młodej wariatki. Oczywiście nie kwestionowałem tego, bo w tamtych czasach uczono nas też o Murzynku Bambo i nikomu to w niczym nie przeszkadzało. Nie, nie zwariowałem. Mam kota, naprawdę. Malutkiego, czarnego dachowca. Na ratunek Robiłem coś w kuchni przy zlewie i wyjrzałem przez okno. Za oknem mam bramkę i taki mały, wewnętrzny dziedziniec, z którego można iść do głównej bramy albo w dół, schodami do garażu. Przy tych schodach do garażu jest też kawałek trawnika. Taki z ławką i małą latarnią, wielkości dużego pokoju, gdyby ktoś z mieszkańców chciał tam posiedzieć, że niby na powietrzu, choć nikt tam nigdy nie siedzi, bo i nie ma po co. Zobaczyłem

Iż Polacy nie gęsi

W dzisiejszym odcinku porozmawiamy o portalach internetowych. Czyli o miejscach, z których znakomita większość Polaków czerpie wiadomości o świecie. Skupię się na jednym z nich, takim, który wszyscy znają i który cieszy się sporym zaufaniem społecznym, Interii. Czy słusznie? Zobaczmy. W Polsce są trzy główne portale. Każdy ma swój ulubiony i rzadko zagląda na inne. Pewnie dlatego, że na wszystkich jest z grubsza to samo. Są to wielkie multimedialne platformy, na których można znaleźć wszystko w jednym miejscu, więc nie trzeba samemu robić uciążliwej prasówki skakając po różnych kanałach informacyjnych. Z racji swojego zasięgu portale te biorą niestety czynny udział w kształtowaniu opinii publicznej i przez to z pewnością bardzo poważnie traktują swoją dziejową misję. Tym bardziej dziwi fakt, że po prostu roją się od błędów. Zostawmy na boku treść, choć wartość merytoryczna przeważnie pozostawia wiele do życzenia. Jestem świadom istnienia sztywnych redakcyjnych wytycznych i tego, że trz

Ponure perspektywy

Dawno nie pisałem. Przepraszam, ale jakoś sporo rzeczy się zebrało. Mam nawet nowy tekst (o kocie), ale na chwilę go zawieszam, żeby zapromować coś innego, bo czasami warto. Zapraszam na dość świeży materiał z Katarzyną Szewczyk. Katarzyna Szewczyk jest znana z YouTube, oficjalnie jest absolwentką ekonomii i doradcą inwestycyjnym. Nieoficjalnie to osoba obserwująca świat, która nie boi się mówić o trudnych sprawach i wcale nie robi tego po to, żeby kogoś przestraszyć. Raczej po to, żeby otworzyć ludziom oczy. Oczywiście wielu jest (i będzie) takich, którzy uważają ją za szurniętą. I ona doskonale o tym wie. Trudno jest głosić tego typu rzeczy (różne teorie teoretycznie spiskowe) bez narażania się na przyklejenie łatki foliarza i kretyna. Problem jest niestety taki, że ludzie sami nie bardzo już chcą myśleć. Szkoda im na to czasu, podczas gdy nie szkoda im go na smarowanie paluchem po ekranie telefonu. Teorie spiskowe Jeśli o mnie chodzi, to mam do teorii spiskowych podejście delikatne.

Łypacz Powszechny 5

Idzie wiosna. Pora odświeżyć szare komórki. Dziś oczywiście międzynarodowo i absurdalnie. Będzie to odcinek optymistyczny, żartobliwy, wesoły z akcentami humorystycznymi. Na początek z hukiem  12 marca to data, którą warto zapamiętać. Nie dlatego, że są to imieniny Grzegorza, ani dlatego, że są to urodziny Mandaryny. Ani tym bardziej dlatego, że w ten dzień w roku 1894 roku Coca-Cola po raz pierwszy została sprzedana w butelkach w sklepie ze słodyczami w Vicksburgu w stanie Mississippi. Powodem wyjątkowości tej daty jest to, że w ten dzień dwóch najważniejszych ludzi w Polsce, prezydent i premier, zostało jednocześnie wezwanych na dywanik przez prezydenta USA. Uśmiechnięci, podkulili ogony i pomknęli na audiencję. Reprezentujący nas Andrzej Sebastian D., w tekście opublikowanym na łamach „Washington Post” w przeddzień spotkania z prezydentem Joe Bidenem zapowiedział, że podczas rozmów zaproponuje, by zwiększyć uzgodniony wymóg wydawania co najmniej dwóch procent PKB na obronność do trz