Przejdź do głównej zawartości

Kryzys zaufania

Dawno nie pisałem. Nie składało się. Zamiast przyspieszyć, w Nowym Roku gwałtownie zwolniłem. Przyczyniły się do tego cholesterol i morowe powietrze.

Dzieci poszły do szkoły dopiero piętnastego stycznia, bo w tym roku świąteczna przerwa była wyjątkowo długa. Naprawdę, te małe wampiry wysysają z człowieka tyle energii, że potem już nic się nie chce, tylko zapaść się w fotel i dyszeć. Dwa, że trochę chorowałem. Niby nic poważnego, a jednak. W zdrowym ciele zdrowy duch, to szczera prawda. Gdy ciało niezdrowe, nic się człowiekowi nie chce. Moc, jak to mówią, nie była ze mną.

Magiczny dotyk świąt

Wszystko zaczęło się w okolicach Bożego Narodzenia, choć przypomniałem sobie o tym dobre dwa tygodnie później. Któregoś wieczora zaczęło mnie lekko kłuć w brzuchu, trochę na prawo i w dół od pępka. Ani to ból był, ani to było dokuczliwe, ot, jakby ktoś lekko dotykał palcem od środka. Pamiętam, że nawet powiedziałem do żony, że coś tam mi się lekko dzieje, ale nie przejąłem się tym zbytnio. Zresztą, zaraz przeszło. Pomyślałem, że to naturalna konsekwencja świąt. Mieliśmy gości z Polski, więc normalny świat stanął nieco na głowie. Polskie jedzenie nie należy do najbardziej lekkostrawnych, te wszystkie kapusty, grzyby i smażenina, to wiadomo, a do tego alkohol. Nie, żeby jakoś przesadnie było, o nie. Na to zdrowie już nie pozwala, może nawet bardziej niż uporczywość obowiązków rodzicielskich i mimo że serce by może i chciało, to umysł rozsądnie przeważa. Mieliśmy whisky, jedną czy drugą, rakiję i do tego jakieś wino i sporo piwa, które sączyliśmy sobie dość rozważnie, choć nieprzerwanie (piwo tak zwane towarzyskie, 4% alkoholu). Gdy zaczęło mnie wiercić w środku, pomyślałem sobie: wątroba. Nie ma lekko, pół wieku na karku, trochę się wypiło, poza tym nie ukrywam, że zawsze byłem wielkim miłośnikiem smażonego jedzenia, tłustego mięsa, sosów, majonezu i tak dalej. Nie przejąłem się. Fatalistycznie stwierdziłem, że taka jest kolej losu, że trzeba będzie przystopować, niektóre nawyki zmienić, z niektórych być może zrezygnować. Potem, jak już mówiłem, brzuszna sensacja gdzieś zniknęła, ale o mocnym postanowieniu poprawy nie zapomniałem. Wyznaczyłem sobie nawet termin: siódmy stycznia.

Niezdrowa samotność

Siódmy stycznia był datą powrotu rodziny z krótkiego wyjazdu do Polski. Czekałem na to od dawna, bo miałem nadzieję odpocząć w ciszy, pomyśleć w spokoju nad życiem, napić się piwa w bardziej beztroski sposób i ogólnie prowadzić się nieszczególnie zdrowo, oglądając zaległe filmy, jedząc tłuste i obfite posiłki, do tego opychać się słonymi paluszkami i trochę odespać. Wyszło w całości, szczególnie z tym jedzeniem.

Każdy dzień zaczynałem od jajecznicy na pysznej, wędzonej słoninie. Siedem jajek, pięć kromek chleba. Smażąc, popijałem poranne piwo. Potem, w ciągu dnia robiłem to i owo, oglądałem jakiś film, piłem jeszcze dwa piwa i jadłem na obiad makaron. Na wieczór miałem kolejne trzy piwa, do tego kolejna projekcja i wielka paczka paluszków. O północy czytałem trochę i szedłem spać, z góry ciesząc się na kolejny dzień, który miał wyglądać identycznie. Czułem się świetnie, bawiłem się dobrze i ten dany mi tydzień przeleciał zdecydowanie za szybko. Wróciła rodzina. Wypiłem ostatnie piwa, nalałem sobie na pożegnanie kieliszek tequili i w poniedziałek rano raźno zacząłem nowe życie. Codzienne ćwiczenia, zero alkoholu, post szesnaście godzin, ograniczenie węglowodanów. Ból brzucha wrócił już w środę.

Feralna środa

Rano było jeszcze znośnie. Może tylko tyle, że czułem się, jak napompowany balon. Trochę poćwiczyłem, wypiłem kawę. Koło jedenastej zaczęło mnie ćmić w brzuchu, ale nie przejąłem się, tylko poszedłem z dziećmi do parku. Później już zaczęło mnie boleć, więc popołudnie spędziłem wyciągnięty na kanapie. Gdy pod wieczór szedłem zaparkować samochód w garażu, już byłem lekko zgięty. Żona zaczęła się martwić, ja jeszcze bardziej, choć nie pokazywałem tego po sobie. Wziąłem za radą proszek przeciwbólowy i postanowiłem, że rano zadzwonię do lekarza. Cholera, myślałem, miała być wątroba, a to pewnie wyrostek. Ciąć będzie trzeba. Spietrałem i poszedłem spać, a nazajutrz obudziłem się w znacznie lepszej kondycji. I co, czy nie ma racji w tym, że sen to najlepszy lekarz?

Trochę mnie jeszcze ćmiło w środku, ale nic nie bolało, więc uznałem, że nie ma paniki. Obiecałem żonie, że jak tylko zaboli, to zadzwonię do lekarza, ale czułem się coraz lepiej, więc póki co odwlekałem telefon, dając sobie czas na martwienie się. Bo już wiedziałem, że to nie był wyrostek. Pozostawała więc, niestety, wątroba.

Teraz szybko. Przestało mnie boleć, w weekend już byłem dawnym sobą. Pozostał ten magiczny dotyk wewnątrz, pojawiający się od czasu do czasu. I niepokój, że coś tam jednak jest. Idź do lekarza, słyszałem. Co ci szkodzi? Niech zbadają, niech zobaczą. Badania niech zrobią z krwi, dawno nie miałeś. To była prawda, nie miałem pewnie z pięć lat, bo i po co się badać, kiedy człowiekowi nic nie jest? Szybko skalkulowałem, że nie warto żyć w niepewności. Owszem, dieta i abstynencja nie zaszkodzą, ale ile można się samemu katować, polegając wyłącznie na czystej dedukcji? Niech mi specjalista powie, co mogę, a czego nie. Wtedy ułożę sobie pod to plan na dalsze lata, bo co komu po takim życiu, w którym nic prawie nie można?

Specjaliści

Najpierw był internista. Wysłuchał zwierzeń, pokiwał głową. Osłuchał, zmierzył. Zbadał brzuch. Gdy szedłem na wizytę, trochę mnie ćmiło. Potem, leżąc na kozetce, nie czułem nic. Oż ty, ciało zdradliwe, myślałem, niewdzięczny worku kości i płynów. Lekarz uciskał mi brzuch z animuszem. Sam bałbym się komuś tak naciskać, a jednak nie czułem absolutnie nic. W końcu powiedział, że to najprawdopodobniej wątroba, ale trzeba pobrać krew i zrobić skan.

Profesor, bo było to wielkiej klasy fachowiec, przywitał mnie w drzwiach i od razu mocno zacząłem się o niego niepokoić. Wyglądał bardzo mizernie, poza tym tak na oko miał ze sto lat. Nie, żebym wybrzydzał, ale nie ufam aż tak doświadczonym lekarzom. Często ich wiedza pochodzi z innej epoki, a oni tak ślepo w nią wierzą, że zapominają o dokształcaniu się.

Profesor niespecjalnie mnie słuchał. Wydawał się zatopiony we własnych myślach. Zbadał brzuch i znowu, dość dziarsko go uciskał, a ja znowu nic nie czułem, mimo iż jeszcze podczas skanu przez moment trochę mnie ćmiło. Później orzekł, że jest trochę zaskoczony, bo widząc moje wyniki z krwi, był święcie przekonany, że mam wyjątkowo stłuszczoną wątrobę. A tu jednak nie. Zrobiło mi się przykro, że sprawiłem mu taki zawód, bo jednak miły był z niego staruszek i żeby go trochę podbudować, zapytałem, co mi właściwie jest. Dziabnął palcem w ekran. Masz hipercholesterolozę, powiedział. Twoje wyniki, cały twój cholesterol, wszystko jest ponad. I to mi jest? Okazało się, że tak i że mam jeszcze sporo gazu w brzuchu, więc dał mi Nolpazę, Espumisan i kazał przejść na niskotłuszczową dietę. Bąknąłem cichutko, że ja przyszedłem z bólem brzucha i chciałbym wiedzieć, od czego mnie boli, ale on uparł się, że najważniejszy teraz jest poziom cholesterolu, nie wiem, może oprócz bycia gastrologiem robił specjalizację z dietetyki, czy coś takiego. Potem go jeszcze na chwilę olśniło i zlecił badanie na helicobacter, po czym kazał trzymać dietę i wywalił mnie za drzwi.

Dieta

Szybko wyszło, że helikobaktera też nie mam. Poszedłem do sklepu i przyniosłem całą siatę zakupów: wszystko, czego tylko mógłbym potrzebować na nowej diecie. Mocno zakręciłem butelki z whisky i tequilą (kto wie, może jak Bóg da, to przydadzą się na lepsze czasy) i wepchnąłem je głęboko do szafki. Byłem praktycznie gotów rozpocząć nowy rozdział mojego życia. Na to weszła żona i krytycznie oceniła moje wyniki badań, stwierdzając, że nie powinienem tak wydziwiać z tym cholesterolem. W końcu, powiedziała, wszystkie oprócz „dobrego” są ponad, choć niewiele. Zresztą, skąd niby miałbym mieć wysoki cholesterol? To prawda. Nie odżywiam się tak znowu źle. Nieregularnie, owszem, mało zróżnicowanie, pewnie tak, ale przecież nie tłusto! Miałem wprawdzie niedawno ten mały epizod jajeczny, może to było to? Usiadłem do komputera, żeby poczytać o cholesterolu. A co, przecież było możliwe, że Franciszek Józef się pomylił. Albo zapętlił.

Nie zapętlił się. Miałem nieco podwyższone poziomy, ale nie tak znowu strasznie, żeby mnie straszyć jakimś „hiperczymśtam”. I tak właśnie dieta poleciała do kosza, zanim się na dobre rozpoczęła. Postanowiłem posiłkować się zdrowym rozsądkiem. Zero alkoholu, wyeliminowanie smażenia i mrożących krew w żyłach tłuszczy (majonez, który mogę pochłaniać łyżkami), mniej węglowodanów i znacznie zwiększony udział warzyw i owoców. Do tego jogurty i kiszonki dla flory bakteryjnej. To przecież nie może być złe. Za dwa miesiące pójdę powtórzyć badania, ale wynikami ze starym panem profesorem chyba raczej się nie podzielę. Trzymam się tego i póki co, przeżyłem już trzy tygodnie. Dobrze się czuję i nie narzekam. Denerwuje mnie co innego.

Kryzys zaufania

Czasami odzywa mi się to delikatne dotknięcie w brzuchu, które błyskawicznie przemija. Jest to małe smyrgnięcie, które przypomina mi, że tak naprawdę nie dowiedziałem się, co mi było. Być może dalej jest. Poszedłem do fachowca z bólem brzucha (to prawda, że lekko już przebrzmiałym), a on zaczął leczyć mnie na cholesterol. I tak naprawdę, wypadałoby tam wrócić, tylko tak jakoś strach. Bo człowiek nie wie, na co zaczną go leczyć tym razem (miałem tam jeszcze glukozę i podwyższone żelazo). I jak to jest, myślałem sobie niedawno, że nawet lekarzowi nie można już zaufać? A przecież jest to ktoś, komu powierzamy swoje zdrowie, nierzadko życie. Jeśli taki ktoś się nie zna, to gdzie to nas doprowadzi? I czy to nie przypadek, że akurat wśród lekarzy, zwanych chyba nie bez przyczyny konowałami, jest taki odsetek nieuków, oszustów i zwykłych błaznów?

Czasami myślę, że uprawiają oni sztukę tak tajemną, że jest ona niejasna również dla nich samych. A może idą tam też tacy, którzy wcale nie chcą, albo się nie nadają, tylko wszystko jest „po rodzinie” i tatuś czy wujek na studia wepchnęli? Nie staram się obrazić lekarzy, bo wiem, że jak wszędzie, są wśród nich bardzo dobrzy, znający swoją robotę fachowcy. Chodzi jednak o skalę. Powiedzcie, czy jest na świecie ktoś, kto nie ma jakiejś opowieści o lekarzu i dziwnych z nim perypetiach?

Lekarz człowiekowi wilkiem

Dobrze pamiętam czasy PRL, gdzie w osiedlowym ośrodku zdrowia brylowała jedna pani doktor. Nikt nigdy się do niej nie zapisywał, pchając się do innych lekarzy, szli do niej ci, co nie zdążyli do innych, albo tacy, którzy nie mieli wyjścia. Pani doktor (nazwijmy ją Bogacka, nazwisko oczywiście zmienione:) nigdy nie dawała ani zwolnienia ze szkoły, ani L4. Wszędzie węszyła bumelantów i kłamców. Na wszelkie schorzenia miała dwa lekarstwa: rutinoscorbin i radę, żeby wreszcie wziąć się za coś pożytecznego.

W Irlandii na salonach królował doktor McGuire (nazwisko zmienione:). Nigdy nie dawał antybiotyków, bo w nie nie wierzył. Twierdził, że przeważnie wszystko samo przechodzi, a jeśli nie przejdzie, to trzeba będzie się udać do Limerick, do specjalisty. Wszystkim polecał, niezależnie od typu problemu, czy schorzenia, picie dużych ilości Sprite’a. Ważne jest, mówił, żeby się dobrze nawilżyć.

W Anglii dobrze znane są opowieści o lekarzach, którzy przy pacjentach „googlują” chorobę i na tej podstawie przepisują leki. Znana jest też powszechna niechęć do antybiotyków, o które raz musiałem walczyć i zagrozić, że nigdzie się nie ruszam, póki mi ich nie przepiszą (była to druga wizyta. Poszedłem z zatokami, usłyszałem, że samo przejdzie. Po tygodniu, gdy już mi chciało rozsadzić głowę, udałem się tam ponownie).

A w polskiej klinice w Londynie? Niejaka pani Siatkowska (nazwisko zmienione:) rzuciła znudzonym okiem na moje wyniki badań krwi i oznajmiła, że mam raka żołądka z przerzutami na wątrobę.

Mało jest tego typu opowieści?

Gwoli sprawiedliwości

Ludzie do lekarzy chodzą, bo muszą, choć nie ufają im za grosz. Tak to już jest. A ja, będąc sprawiedliwym, muszę powiedzieć, że niestety nie dotyczy to wyłącznie lekarzy. Żyjemy w dobie ogólnego kryzysu zaufania, a może po prostu zawsze tak żyliśmy? Bo przecież nie ufamy też mechanikowi, u którego zostawiamy samochód do naprawy. Nie mamy zaufania do robotnika, który przychodzi nam kafelkować łazienkę. Spodziewamy się, że sprzedawca na targu zawsze nam przemyci jeden zgniły owoc, a sklepowa ukroi ze zleżałego już kawałka. W gości strach iść, bo w każdym domu istnieją słodycze, te, których nikt nie chce jeść i które zostawia się „dla gości”. Nawet rodzicom ciężko już ufać, bo przecież zawsze mówią, że wszystko robią dla twojego dobra, że nie kupili ci czegoś, bo akurat nie było w sklepie i że nie wiedzą, co się stało z pieniędzmi z komunii. 

Wychodzi na to, że największe społeczne zaufanie mamy do złodzieja i policjanta. Wierzymy bowiem, że ten pierwszy nas okradnie, a ten drugi nam nie pomoże.

Nowy, lepszy świat

Byłem ostatnio z synem na basenie. Serbowie mają taki ciekawy zwyczaj, że wkładają ubrania do zamykanej szafki, a plecak z rzeczami wartościowymi biorą ze sobą na basen, porzucają na ławce i idą się kąpać. Wieźliśmy do wody, rozglądamy się i nagle syn mówi do mnie: „Ale to dziwne, co? Zostawiają te wszystkie plecaki i wcale się nie boją, że ktoś im skubnie”. A ja pomyślałem sobie: „biedny chłopaku”.

I opowiedziałem mu, że jak byłem mały, to dzieci biegały koło bloku od rana do nocy i każdy miał zawieszony na szyi (na sznurówce) klucz od mieszkania, bo rodzice byli w pracy. I nikt nie bał się, że jakiś bandzior ten klucz przechwyci. Drzwi na klucz zamykaliśmy dopiero na noc. Na wsiach ludzie w ogóle nie zamykali domów, po prostu szło się do kogoś i wchodziło. Rodzice wyprawiali cię rano do szkoły i widziałeś ich dopiero wieczorem, nikt się zbytnio nikim nie martwił. W dni wolne albo w wakacje przychodziłeś do domu na obiad i kolację, poza tym nikt nie wiedział co i gdzie robisz, czy biegasz po dachach sklepów, po żelbetowych blokach na pobliskiej budowie, czy może idziesz na nasyp kolejowy, prać kamieniami w przejeżdżające towarowce. Dwunastolatek szedł wieczorem na drugi koniec miasta, bo miał wieczorne zajęcia w szkole muzycznej. I nikt jakoś nie myślał, że ktoś go może dźgnąć nożem, wciągnąć do samochodu, pobić, czy zgwałcić.

A ty, synku? W jakim świecie tobie przyjdzie żyć?

Potem popłynęliśmy.

I jeszcze trochę pitolenia, czyli tak zwane Post Scriptum.

Cytat z Iinteria: „Należy mieć na uwadze, że jeszcze w latach 80. XX wieku dopuszczalną graniczą cholesterolu LDL było 220 mg/dl [dzisiejsza norma to poniżej 115 mg/dl – wł.]. Działania profilaktyczne chorób sercowych pozwoliły ustalić, że wysoki cholesterol odpowiada za zwiększoną liczbę zawałów i udarów, dlatego należy dążyć do niższych wartości”. To się akurat wyjątkowo zgadza, choć od razu coś mi zaświtało i postanowiłem zbadać, ilu ludzi umierało na serce wtedy i teraz.

Okazuje się, że w skali globalnej szacowana liczba zgonów z powodu chorób układu krążenia (Cardiovascular disease, czyli CVD, odnosi się do kilku rodzajów chorób obejmujących serce i naczynia krwionośne, jak choroba niedokrwienna serca (CHD), udar, niewydolność serca i inne schorzenia wpływające na serce i naczynia krwionośne) wzrosła z około 12,1 mln w 1990 r. do 18,6 mln w 2019 r. (źródło to „World Heart Report 2023”). Czyli spory, niepokojący wzrost. A jak ten wzrost ma się do populacji? W roku 1990 CVD uśmierciły szacunkowo 0,23% populacji. Trzydzieści lat później 0,24%. W międzyczasie wyszło, że średni poziom całkowitego cholesterolu u mieszkańca planety Ziemia wzrósł o około 65,7 mg/dl (zdrowa norma na „dzisiaj” to poniżej 200) w krajach rozwiniętych i o połowę tej wartości w tych dopiero rozwijających się.

Wniosek? Obniżono niebezpieczne normy, średni poziom wzrósł, a mimo tego śmiertelność pozostała praktycznie na takim samym poziomie. Widocznie ktoś uznał, że najlepszym sposobem pomagania ludziom będzie zmniejszenie norm cholesterolu, zamiast ograniczyć normy dla różnorodnego syfu zatruwającego nam ziemię, wodę i powietrze.

A wiecie, jakie są czynniki ryzyka, które przyczyniły się do zgonów z powodu chorób sercowo-naczyniowych w 2021 r.? Na pierwszym miejscu jest podwyższone ciśnienie krwi (10,8 mln zgonów), a na drugim zanieczyszczenie powietrza (4,8 mln). Na liście jest oczywiście cholesterol, glukoza, palenie tytoniu, otyłość i niska aktywność fizyczna. Nikt bezpośrednio nie wspomina niezdrowej, napakowanej chemią żywności. O kant dupy potłuc te wszystkie badania. Zawsze można udowodnić to, co się chce i co jest akurat wygodne.

Ja nawet nie wiem, jak można wywnioskować, że do czyjejś śmierci najbardziej przyczyniło się zanieczyszczone powietrze? Choćbyś nawet mieszkał na Śląsku? A może taki zmarły po prostu nie pił, nie palił, jadł zdrowo i unikał cukru, do tego regularnie chodził na basen i siłownię, wysypiał się i nie miał stresu? I pan profesor po prostu nie wiedział, co mu było, więc orzekł, że to morowe powietrze?

I jak tu komukolwiek wierzyć?






Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Układ Warszawski: Reaktywacja

Piętnastego maja 2024 miał miejsce zamach na premiera Słowacji, Roberta Fico. Premier na szczęście przeżył i został już nawet wypisany ze szpitala. Brawo, panie Fico! Szybkiego powrotu do całkowitego zdrowia i uważaj pan na siebie! Bo ciągle może być różnie!  Do zamachu doszło tuż po zakończeniu wyjazdowego posiedzenia słowackiego rządu w miejscowości Handlová. Premier podszedł do zgromadzonych tam ludzi, aby się z nimi przywitać i wtedy padły strzały. Poważnie ranny w brzuch i klatkę piersiową Fico został przewieziony do szpitala w Bańskiej Bystrzycy, gdzie przeszedł dwie operacje. Jego stan jest stabilny. Zamachowiec Zamachowcem okazał się jakiś dziwny dziadek, ni to poeta, ni to ochroniarz, a w gruncie rzeczy oszołom i bezrobotny. Momentalnie zaczęły się mnożyć różne teorie. Słowackie służby nie wykluczają wpływów zewnętrznych. Polskie media nie wykluczają wpływów rosyjskich. Dowodem na to mają być kontakty zamachowca z organizacją „Słowaccy poborowi”, „która na swoich profilach w s

Mam kota

Fajny tytuł, prawda? Niby konkretny, a przecież to proste wyrażenie można zrozumieć na kilka sposobów. Podobno jego znaczenie zależy też od regionu Polski, choć u mnie, gdy powiesz, że ktoś ma kota, albo dostał kota, wszyscy odbiorą to jednoznacznie. Zawsze śmieszyło mnie, że w Elementarzu Ala ma kota. Że uczyli nas czytać, opisując przygody młodej wariatki. Oczywiście nie kwestionowałem tego, bo w tamtych czasach uczono nas też o Murzynku Bambo i nikomu to w niczym nie przeszkadzało. Nie, nie zwariowałem. Mam kota, naprawdę. Malutkiego, czarnego dachowca. Na ratunek Robiłem coś w kuchni przy zlewie i wyjrzałem przez okno. Za oknem mam bramkę i taki mały, wewnętrzny dziedziniec, z którego można iść do głównej bramy albo w dół, schodami do garażu. Przy tych schodach do garażu jest też kawałek trawnika. Taki z ławką i małą latarnią, wielkości dużego pokoju, gdyby ktoś z mieszkańców chciał tam posiedzieć, że niby na powietrzu, choć nikt tam nigdy nie siedzi, bo i nie ma po co. Zobaczyłem

Iż Polacy nie gęsi

W dzisiejszym odcinku porozmawiamy o portalach internetowych. Czyli o miejscach, z których znakomita większość Polaków czerpie wiadomości o świecie. Skupię się na jednym z nich, takim, który wszyscy znają i który cieszy się sporym zaufaniem społecznym, Interii. Czy słusznie? Zobaczmy. W Polsce są trzy główne portale. Każdy ma swój ulubiony i rzadko zagląda na inne. Pewnie dlatego, że na wszystkich jest z grubsza to samo. Są to wielkie multimedialne platformy, na których można znaleźć wszystko w jednym miejscu, więc nie trzeba samemu robić uciążliwej prasówki skakając po różnych kanałach informacyjnych. Z racji swojego zasięgu portale te biorą niestety czynny udział w kształtowaniu opinii publicznej i przez to z pewnością bardzo poważnie traktują swoją dziejową misję. Tym bardziej dziwi fakt, że po prostu roją się od błędów. Zostawmy na boku treść, choć wartość merytoryczna przeważnie pozostawia wiele do życzenia. Jestem świadom istnienia sztywnych redakcyjnych wytycznych i tego, że trz

Ponure perspektywy

Dawno nie pisałem. Przepraszam, ale jakoś sporo rzeczy się zebrało. Mam nawet nowy tekst (o kocie), ale na chwilę go zawieszam, żeby zapromować coś innego, bo czasami warto. Zapraszam na dość świeży materiał z Katarzyną Szewczyk. Katarzyna Szewczyk jest znana z YouTube, oficjalnie jest absolwentką ekonomii i doradcą inwestycyjnym. Nieoficjalnie to osoba obserwująca świat, która nie boi się mówić o trudnych sprawach i wcale nie robi tego po to, żeby kogoś przestraszyć. Raczej po to, żeby otworzyć ludziom oczy. Oczywiście wielu jest (i będzie) takich, którzy uważają ją za szurniętą. I ona doskonale o tym wie. Trudno jest głosić tego typu rzeczy (różne teorie teoretycznie spiskowe) bez narażania się na przyklejenie łatki foliarza i kretyna. Problem jest niestety taki, że ludzie sami nie bardzo już chcą myśleć. Szkoda im na to czasu, podczas gdy nie szkoda im go na smarowanie paluchem po ekranie telefonu. Teorie spiskowe Jeśli o mnie chodzi, to mam do teorii spiskowych podejście delikatne.

Łypacz Powszechny 5

Idzie wiosna. Pora odświeżyć szare komórki. Dziś oczywiście międzynarodowo i absurdalnie. Będzie to odcinek optymistyczny, żartobliwy, wesoły z akcentami humorystycznymi. Na początek z hukiem  12 marca to data, którą warto zapamiętać. Nie dlatego, że są to imieniny Grzegorza, ani dlatego, że są to urodziny Mandaryny. Ani tym bardziej dlatego, że w ten dzień w roku 1894 roku Coca-Cola po raz pierwszy została sprzedana w butelkach w sklepie ze słodyczami w Vicksburgu w stanie Mississippi. Powodem wyjątkowości tej daty jest to, że w ten dzień dwóch najważniejszych ludzi w Polsce, prezydent i premier, zostało jednocześnie wezwanych na dywanik przez prezydenta USA. Uśmiechnięci, podkulili ogony i pomknęli na audiencję. Reprezentujący nas Andrzej Sebastian D., w tekście opublikowanym na łamach „Washington Post” w przeddzień spotkania z prezydentem Joe Bidenem zapowiedział, że podczas rozmów zaproponuje, by zwiększyć uzgodniony wymóg wydawania co najmniej dwóch procent PKB na obronność do trz