Przejdź do głównej zawartości

Kompleks bezradności

Urząd to brzmi dumnie. Każdy wie, jak wygląda i co go tam prawdopodobnie czeka. Dlatego pewnie nie za bardzo lubimy je odwiedzać. A szkoda, bo często można wynieść stamtąd cenną wiedzę i unikalne obserwacje.

Byłem niedawno w Urzędzie do Spraw Emigrantów (Uprava Za Strance). Standardowa wizyta. Zawsze na początku roku musimy się tam meldować, żeby przedłużyć pozwolenie na pobyt. Dają na rok i potem znowu trzeba się pokazać, z paszportem i uśmiechem, w dodatku w terminie wyznaczonym, bo to urząd jest poważny i ich nie obchodzi, kto i kiedy może. Wyznaczają termin i już. Nam wyznaczyli w środku tygodnia na godzinę 7:30. Mają władzę, więc nie dbają, że ktoś może mieć pracę, a ktoś inny idzie do szkoły. To właśnie w takich momentach przypomina mi się, gdzie dokładnie jestem i jak to kiedyś było w Polsce.

Urząd to brzmi dumnie

Kiedyś jeździło się na ulicę Savską 35, teraz trzeba na Nowy Belgrad, hen za rzekę, do takiego fajnego budynku z kolorowymi, odblaskowymi szybami. Teraz w dodatku poszli na całość i usprawnili procedurę, przenosząc ją online. Oznacza to tyle, że zrobiła się masa bałaganu, a i tak trzeba przyjechać i zameldować się osobiście w urzędzie, czasami nawet kilka razy.

Piękny jest to urząd. Taki prawdziwy, na poważnie. Pełen gwaru, nerwowej bieganiny petentów i dostojnego człapania pracowników. Pracuje się tutaj od 7:30 do 15:30, zarabia się całkiem nieźle, ale dostać tutaj pracę jest trudniej niż polecieć na księżyc. To praktycznie niemożliwe, chyba że masz mocne plecy: ktoś z twoich tutaj pracuje, jesteś synem kogoś znacznego lub twój wujek jest szychą w policji. Zresztą, rotacja niewielka, bo stąd się nie wylatuje: jak wejdziesz, to wychodzisz dopiero na emeryturę.

Wchodząc to tego budynku, jesteś od razu na straconej pozycji. Momentalnie wiesz, że nie masz tu żadnych szans. Przynajmniej ja to wiem, bo byłem już w wielu takich miejscach, zresztą kiedyś było ich znacznie więcej, niż teraz. Czuć to. Nieuchwytne coś, przyczajone w odrapanej boazerii i w wyślizganym lastryko. Widoczne w każdym ruchu i geście pracujących tu ludzi. Dla nich jesteś tylko upierdliwym dodatkiem do ich urzędniczej egzystencji. Kimś, kto niepotrzebnie tu przychodzi, czegoś od nich chce i marnuje ich czas.

Sytuacja numer jeden

Miesiąc temu to było, właśnie wtedy, kiedy musieliśmy przyjechać ze wszystkimi dziećmi na 7:30. To jest tak. Najpierw bierzesz numerek i czekasz w takim wielkim holu z innymi. Numerki często nie działają, wszystko się opóźnia i jest chaos, ale czekasz, a potem wpuszczają cię za magiczne drzwi, gdzie znowu czekasz, zanimi poproszą cię do jednego z boksów. I my czekaliśmy. Mama została poproszona do boksu, dziewczynki się bawiły, ja z synem siedzieliśmy na ławce. Przez drzwi weszła para. Byli wyraźnie zdezorientowani, nie wiem, może pierwszy raz tutaj; kobieta przeszła na bok, a mężczyzna stał i podziwiał panoramę rozciągających się przed nim boksów. I wtedy za jego plecami pojawiła się kobieta.

Starsza pani. Na pierwszy rzut oka, to nie powinno już jej tu być, powinna zwolnić miejsce kilka lat wcześniej. Ale nie zwolniła. Szła powoli, trzymając w pomarszczonej dłoni plastikowy czajnik. Doświadczony urzędnik, który poszedł po wodę na herbatę, czy kawę, bo w takim akurat miejscu napoje są wliczone w czas pracy. Zatrzymała się za mężczyzną i z miejsca zaczęła go opierniczać. Po serbsku, ale Polak jak chce, to zrozumie.

– Dlaczego tu stoisz? Przecież widzisz, że idę. Tu w ogóle nie można stać. Tu ludzie pracują. Przeszkadzasz innym. Przesuń się na bok”.

Mój syn był wyraźnie zdziwiony. Dobry z niego chłopak.

– Dlaczego ta pani tak na tego pana naskoczyła? – zapytał. – Przecież mogła go obejść.

Co mu miałem powiedzieć? Ten facet nawet nie mógł się usunąć, bo jej nie widział. A ona go chamsko opieprzyła, przy wszystkich. Powiedziałem, że ta pani jest bardzo smutna i nieszczęśliwa. Jest w jedynym miejscu, gdzie może coś innym pokazać. Nigdy nie wpadnie jej do głowy, że można się do kogoś uśmiechnąć, bo musi odbić sobie swoje własne problemy. Ten facet ma trzydzieści kilka lat, a ona go opieprza jak łebka. Bo wie, że może, że on nie odpowie, bo przyszedł tu załatwić ważną sprawę i boi się, że jej nie załatwi. Może nie dostanie pozwolenia na dalszy pobyt? Dlatego spuszcza głowę i ustępuje. A powinien powiedzieć: „Co mnie tykasz, babcia? Na jednym gównie żeśmy się nie ślizgali. A jak za daleko chodzić, to może bliżej będzie na emeryturę”? Są tacy ludzie, których boli w środku. Muszą wykorzystać moment, żeby się wyżyć. Żeby urosnąć we własnych oczach, bo inaczej nie potrafią podbić własnej wartości.

Sytuacja numer dwa

Jakiś miesiąc po sytuacji numer jeden. Tym razem sam byłem, bo pomieszali papiery i załatwiałem swoją sprawę osobno. Przyjechałem wcześniej, bo ostatnio protesty w Belgradzie i nigdy nie wiadomo. Sladjana (agentka, która załatwia nasze sprawy) kazała mi usiąść i cierpliwie czekać, bo akurat znowu zepsuł się aparat do wydawania numerków i poślizg był przynajmniej pół godziny. Usiadłem i czekałem.

Wchodzi się tam przez małą brameczkę, która piszczy. Siedzi przy niej znudzony policjant. Musisz przy nim opróżnić kieszenie, a jeśli masz torbę, to puszczasz ją przez maszynkę do prześwietlania i ten policjant to wszystko widzi, bo ma na swoim stoliczku laptopa, tak na oko Pentium II. Policjant czasem do ciebie coś mówi, ale że nikt tu nie rozumie serbskiego, więc zazwyczaj macha ręką i wchodzisz. Zaraz za wejściem jest recepcja-akwarium. Na lewo jest hol, gdzie wszyscy idą, na prawo drugi hol, gdzie są fotele i jakieś schody i windy, bo budynek jest naprawdę ogromny. Właśnie na jednym z tych foteli siedziałem, czekając na swoją kolej. Patrzyłem na ludzi i całkiem dobrze się bawiłem. W pewnym momencie przez bramkę wszedł mężczyzna. Zupełnie zwykły, dość cherlawy i łysiejący. Był wyraźnie zagubiony. Wyjął z kieszeni jakieś papiery, patrzył na nie, potem się rozglądał. W końcu ruszył w prawo. Minął mój fotel i wszedł po kilku schodkach. Zatrzymał się przed windami i wtedy się zaczęło. Z akwarium wyskoczyła lwica. Miała ufarbowane na rudawo włosy, kucyk i policyjny mundur, co wcale nie dodawało jej powagi, bo policyjne mundury w Serbii wyglądają raczej jak uniformy śmieciarzy, czy robotników drogowych. Można by się pomylić, gdyby nie wielki napis „Policja” na plecach i fakt, że oni wszyscy noszą ostentacyjnie broń.

Lwica zaczęła krzyczeć na tego cherlawego. Najpierw chyba po angielsku, bo brzmiało to trochę jak „sir, sir”, ale że nie reagował, wydarła się głośniej po serbsku. Zaczęła od „Halo, halo, gospodine” i jak tylko zobaczyła, że cherlawy zareagował, od razu stanęła, wyprostowała się i uniosła podbródek.

– Słyszysz mnie? – tu już nie było żadnego „gospodine”, już się skończyło. – Do ciebie mówię. Pytam, czy mnie słyszysz?

Cherlawy skinął tylko głową.

– Natychmiast proszę tutaj do mnie. Gdzie tam idziesz? – była mniej więcej tego samego wzrostu, ale momentalnie zaczęła nad nim dominować. – Tam nie wolno wchodzić. Nie wiesz, że musisz się najpierw zarejestrować? Zarejestrowałeś się? Nie? To gdzie idziesz?

I tak darła się na niego przy wszystkich, a on stał pokornie i czekał, aż się baba zmęczy. W końcu odwróciła się od niego, wlazła do akwarium i trzasnęła drzwiami. Chłop stał jeszcze chwilę i podszedł do okienka i ona znowu zaczęła coś do niego gadać, ale już nie słyszałem z mojego miejsca, zresztą zaraz mnie zawołali, żebym wchodził do środka.

Jechałem potem autobusem do domu i myślałem sobie o tym, co widziałem.

Dużo jeszcze musicie się nauczyć, Serbowie, myślałem sobie. Żeby coś zbudować, żeby gdzieś dojść, musicie sporo zmienić. To, jak się zachowujecie w urzędach, w sklepach czy bankach. To, jak się na ulicach przepychacie bez słowa, czy śmiecicie na potęgę. Albo to, że nie znacie takich prostych słów, jak „proszę”, „dziękuję” czy „przepraszam”, przynajmniej nie w odniesieniu do kogoś obcego. To wszystko bardzo ułatwia życie, a wy sami je sobie utrudniacie. I potem jest, jak jest. Naprawdę, sami jesteście sobie winni, że tkwicie ciągle w tym samym miejscu.

W Polsce ludzie sporo się nauczyli w ciągu ostatnich trzydziestu lat, myślałem sobie. Zmienili się. Pewne słowa już ich nie bolą, tak samo, jak nie boli ich już uśmiechanie się do siebie. Zrozumieli, że uprzejmość nic nie kosztuje, a wiele zmienia. W sklepie można usłyszeć „dzień dobry” i nawet do policjanta można się już odezwać bez narażania.

A potem przypomniałem sobie, że kilka lat wcześniej byłem w urzędzie, żeby odebrać dowód osobisty. W Polsce. W takim urzędzie, co się zowie, który stoi tam od zawsze i w którym drzwi mają wielkie klamki na wysokości barków. I zapukałem do takich drzwi i wszedłem do środka i też baba na mnie fuknęła, że „proszę nie wchodzić, nie widzi, że mam klienta”. No nie widzi, tak się składa, że przez drzwi widzieć nie potrafi.

Widocznie na świecie są po prostu tacy ludzie. Nie ważne, czy Polska, czy Serbia. Mali ludzie, nieszczęśliwi. Tacy, którzy niewiele w życiu osiągnęli i którzy sami siebie przez to ani nie lubią, ani nie szanują, za to kompleksów pełni są aż po kokardę. Smutni ludzie, którzy muszą odbijać sobie na innych tam, gdzie mogą. Niestety mogą tylko na słabszych, lub w jakiś sposób zależnych od siebie. Albo tacy jak jedna z nauczycielek mojego syna, taka z mentalnością starego, rozgoryczonego życiem belfra. Gdy ją uczeń coś zapyta, momentalnie fuka i syczy. A co się znowu pytasz? Czego znowu nie rozumiesz? Przestań wreszcie gadać na lekcji. Za co minus dostałeś? Już ty dobrze wiesz, za co. Ludzie, którym się w życiu po prostu się nie wiedzie, wiecznie skwaszeni i pełni pretensji do świata, próbujący sobie to jakoś odbić na innych, na swój mały, nędzny sposób, który przecież tak naprawdę właśnie ich najbardziej upokarza.

Tego typu ludzie, bezradni wobec siebie samych, nigdy nic nie zbudują.

„Nie ma prawdy na ziemi, nie szukaj jej w niebie,
Chcesz zmienić ten świat, to zacznij od siebie".




Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Sztuczny inteligent

Dziś będzie odmiennie. Ostatnio wszyscy pytają o coś sztuczną inteligencję. Ludziom nie wystarczą już zwykłe wyszukiwarki. Bo oto AI, ich nowy bóg, nie tylko dla nich wyszukuje, ale podsuwa gotowe odpowiedzi. Nie trzeba więc się samemu wysilać. Pomyślałem więc, że też się tym razem nie wysilę. Zapytam, tak dla zabawy. Wiadomo, że sztuczna, tak zwana, inteligencja może się przydać do różnych spraw, ale lepiej traktować ją z przymrużeniem oka. Ta rzecz, moim zdaniem, wcale nie jest inteligentna. Jest to po prostu bardzo szybko liczący komputer z dostępem do ogromnej bazy danych. Narzędzie. Któremu daleko do inteligencji. Każdy, kto korzystał, wie, że AI czasami łże jak pies, że ciężko jej (mu? jemu? temu? onej osobie komputerowej?) przebić się przez nałożony kaganiec i często się po prostu myli. Przyparta zaś do muru mętnie tłumaczy, że logika nie jest jej najmocniejszą stroną… Nie chciałem zadawać pytania w stylu „ile mam gotować surowe jajko o wadze siedemdziesięciu jeden gramów, żeby ...

Majowe święto

1 Maja. Święto Pracy. Dodajmy dla jasności: międzynarodowe. Święto ludu pracującego miast i wsi. Niegdyś hucznie obchodzone, dziś wyśmiewane. Gdy tak zwana komuna poszła w las, wszystko, co z nią związane wsadzono do jednego worka, zawiązano i zaczęto obchodzić szerokim łukiem. PRL w Nowej Polsce śmierdzi zresztą do dziś. Częściowo słusznie, choć twierdzenie, że wszystko wtedy było złe, jest zwykłym kretynizmem. A 1 Maja? Jak to z nim właściwie jest? „ Siewodnia prazdnik maja w kraju radnom. Pust muzyka igrajet, a my spajom. My s krasnymi fłażkami idiom guliać. A pticy wmiestie s nami spajut apiać ”. Tak kiedyś śpiewał zespół Dezerter. Dziś, jeśli zapytać przeciętnego Polaka o 1 Maja pewnie odpowie, że jest to początek długiego weekendu. Prawdopodobnie najczęstszym skojarzeniem będzie grillowanie. Ja jestem z innej epoki. My w ogóle nie grillowaliśmy. Piekliśmy raczej kiełbasę na patyku albo ziemniaki w popiele. I może przez to 1 Maja kojarzy mi się inaczej. Prawdę powiedziawszy, całki...

Miłość w czasach wirusa

Jest koniec lutego 2021. Anglia ciągle kisi się w trzecim narodowym lockdownie. Szczepienia idą pełną parą i wszyscy mają nadzieję, że Czas Wirusa dobiega końca. Boris zapowiada zmniejszenie restrykcji. Oczywiście, nikt nie jest aż tak naiwny. Wirus zostanie z nami na zawsze. Ja myślę o tym, że zbliża się moja pierwsza rocznica. 23 marca 2020 opuściłem budynek, w którym pracuję i po raz pierwszy udałem się do domu na przymusowy time off . W poszukiwaniu tytułu.  Najpierw miałem zatytułować ten kawałek “Miłość w czasach zarazy”. Potem pomyślałem sobie, że to przesada. Nie dlatego, że zżynam. Prawdopodobnie niewielu pamięta tę książkę. Osobiście nie stawiam jej zresztą zbyt wysoko, choć sam tytuł jest świetny. Z tego samego autora w pełni trawię w zasadzie tylko wybitną “Sto lat samotności” (a propos tytułów: ten też jest świetny). Jakoś mi po prostu nie pasowało. Poza tym ktoś zaraz powie, że użyłem tytułu, żeby mieć więcej wyników w wyszukiwarce. Później chciałem nazwać ten tekst “...

Stado szaleńców

Napiszę dziś coś o wariatach. O niebezpieczeństwach. O głupcach. Napiszę też o zwierzętach, bo to wszystko się jakoś dziwnie łączy. Czemu niby nie porozmawiać o szaleństwie? Czemu nie zastanowić się, jak go wyeliminować? Wiecie, jak obecnie wygląda Polska? Mamy 460 posłów i 100 senatorów. To władza tak zwana ustawodawcza. Do tego dochodzi rząd i prezydent, czyli władza wykonawcza. W obecnym rządzie mamy ponad 100 ministrów i wiceministrów, do tego dochodzą jacyś dyrektorzy. Celowo nie wspominam reszty partyjniaków i administracji niższego szczebla, bo ci akurat niewiele mogą; są tylko po to, żeby wykonywać i wdrażać. Dlaczego o tym mówię? Bo to wszystko mniej niż tysiąc ludzi. W kraju, który liczy ponad trzydzieści siedem milionów. Załóżmy, że to mniej więcej trzy tysięczne procenta, mniej więcej. Niewiele, prawda? Mówi się też, że w Polsce jest około 200 tys. członków różnych partii politycznych. To mniej więcej pół procenta całości. Też jakoś tak mało. Dlaczego o tym mówię? Dlatego, ...

Homo animalensis

Homo animalensis (definicja): Człowiek, który świadomie łamie zasady i działa z wygody, demonstrując absurd, chaos i zwierzęcą bezmyślność. Wszystko zaczyna się od tego, że dostałem maila od ludzi, którzy zajmują się zarządzaniem terenem, na którym w Anglii stoi mój dom. Administratorzy, którzy dbają o dzielnicę, drogi, oświetlenie i przycinanie krzaków, takie tam. W mailu zwracają się uprzejmie do mieszkańców. Otóż zauważono, że wielu ludzi parkuje na żółtych liniach albo na „terenach zielonych”. Uprasza się więc, aby parkowano tylko tam, gdzie się parkować powinno. Tyle. Dżentelmeńska umowa zawsze oznaczała obopólne zrozumienie i poszanowanie. Problem w tym, że ci ludzie piszą w taki dość staroangielski sposób, który już niekoniecznie obowiązuje. Moja ulica (ach, te piękne nazwy, jak z Hobbita, albo starych bajek, bo ja nie mieszkam na ulicy nikogo sławnego, ani tym bardziej zasłużonego – mieszkam w Leśnej Dolinie na Szczawiowym Stoku) to bardzo spokojne miejsce. Przynajmniej takie b...