Przejdź do głównej zawartości

Czworocznica

Nawet nie zauważyłem, jak przeleciała mi koło nosa kolejna rocznica. Nie, nie mówię o Walentynkach, jako człowiek pochodzący z dość zamierzchłej epoki ciągle uważam, że to nie do końca moje święto (skończyło się na kupieniu pudełka czekoladek do podziału dla wszystkich, żeby nie było).

Mówię o czwartej już rocznicy naszego przybycia do Serbii, rocznicy o tyle ciekawej, że gdy przybywaliśmy, nikt nie spodziewał się, że tak długo tu zostaniemy – mieliśmy przecież zmykać po trzech latach.

Cztery lata. Kto by pomyślał. Cztery okrągłe rocznice to, jakby nie było, czterdzieści osiem miesięcznic. Albo dwieście osiem tygodnic. Można by też powiedzieć, że to dokładnie tysiąc czterysta sześćdziesiąt jeden dziennic (jeden rok był przestępny), ale lepiej głupich pomysłów nie podpowiadać tym, którzy są zwolennikami zbyt regularnego celebrowania, tym bardziej że nigdy nie robią tego za swoje.

Dużo się wydarzyło, tak w sferze ogólnej, jak i indywidualnej. Ogólnej nie będę komentował, bo każdy inne media ogląda, więc w jednej, wspólnej przestrzeni mieszczą się różne prawdy, w dodatku każda może być dowolnie pokolorowana. Sferę indywidualną komentować mogę (pod warunkiem, że jest to sfera wyłącznie moja), ale z czego tu robić sensację? Każdy ma swoje życie i swoje sprawy.

Rzuciłem jednak pamięcią wstecz. Co zobaczyłem? Paradoks polega na tym, że cztery lata to zarazem tak mało i tak cholernie wiele. Kiedyś to jednak czas inaczej płynął, szczególnie gdy zaczynały się wakacje, czy ferie (a tutaj właśnie zaczęła się przerwa zimowa w szkole).

Wstawał taki młody człowiek rano, rodziców już nie było w domu, coś tam jadł, albo i nie, zawieszał na szyi klucz do mieszkania na tasiemce (albo starej sznurówce) i biegł się bawić, tam, na zewnątrz, gdzie był prawdziwy świat. Każdy dzień był długi, a jednak przecież za krótki, choć mam wrażenie, że często wyciskaliśmy go do maksimum.

Dziś syn wstaje i pyta, co będziemy robić. A co mnie to obchodzi, odpowiadam, czemu mnie wciągasz w swoje sprawy? Czy ja cię wciągam w moje? Rób sobie, co chcesz, masz już piętnaście lat, ja ci nie będę czasu organizował. Albo tak:

– Co będzie dzisiaj na obiad?
– Ziemniaki z jajkiem sadzonym.
– Jak to, nie będzie mięsa?
– Nie będzie. Dziś jest piątek.
– Co to ma za znaczenie?
– Kiedyś się w piątek mięsa nie jadło.
– Mnie nie bardzo obchodzi jak ci się w średniowieczu żyło, po prostu mówię, że to bez sensu. Poza tym ja nie lubię sadzonych jajek.
– Możesz jeść same ziemniaki. Mnie to powiewa.
– Nie musisz od razu tak się czepiać. Ja tylko mówię.

Teraz czas pędzi. To chyba dorosłym tak pędzi, bo mam wrażenie, że dzieci ciągle się niczym nie przejmują. I nie pojmują, że można na nic nie mieć czasu, że zawsze coś jest do zrobienia, że napraw, popraw, kup, ugotuj, upierz i posprzątaj, a jeszcze samochód do serwisu, fryzjer i kotu pazury obciąć. Człowiek biega, biega i nagle pyk! Cztery lata przeszły i potem tylko na zdjęciu różnice widać i lament gdzie się ten czas schował, albo „czemu mi nie powiedziałaś, że od tyłu tak wyglądam, że jestem łysy na tym czole, co tam z tyłu głowy jest”?

Moi dziadkowie żyli sobie spokojnie na wsi, wstawali wcześnie rano i tak się szwendali (takie miałem wtedy wrażenie) cały dzień koło domu. Babcia gotowała, zmywała, a poza tym to kurkom podsypać trzeba było, w ogródku trawki powyrywać, pranie zrobić, czy przetwory jakieś. Dziadek rąbał drzewo, nosił węgiel i patrzył tylko, żeby do lasu pójść albo w warsztacie cały dzień coś grzebał i spawał jakieś druty, bo wtedy wielu ludzi miało w domu spawarkę, albo wielką piłę tarczową. Takie rzeczy robili. Nic specjalnego. O czwartej siadali na kawę, która pili w szklankach z koszyczkiem, wieczorem dopiero „puszczali” telewizor (tak się mówiło: „puść tam babka telewizor”), żeby coś obejrzeć i oglądali, co tam leciało na tych dwóch kanałach w czarno białym pudełku: dziennik, festiwal piosenki żołnierskiej w Kołobrzegu czy Kojaka. Potem myli się w misce i szli spać. Czas płynął sobie, a oni sobie i nic ich nie obchodziło, że tam jakieś Epsteiny czy że w Bangladeszu gościu wsadził sobie w tyłek rurę od kompresora.

My za bardzo pędzimy. Nie wyciskamy z naszych dni tyle, co kiedyś, za to każdy dzień wyściska nas na potęgę. A potem czworocznica zamieni się niepostrzeżenie w czterdziestorocznicę i wejdzie syn do pokoju i powie, że na obiad będzie kotlet, a ty mu powiesz: wolałbym sadzone, bo kotleta to już nie potrzaskam...


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Wrześniowy

I znowu pierwszy września. Czas śmiga nieubłaganie i naprawdę nie wiem, jak on to robi, że pędzi do przodu i jednocześnie zatacza koła. Dopiero był Sylwester, potem święta, koniec roku szkolnego i piękny, bo zasłużony, wakacyjny wypoczyn. A teraz znowu nadszedł czas szkoły. Kończą się wakacyjne wybryki. Życie wraca na swoje zwykłe, ustalone tory. Pisałem już kilka razy o ciężkim życiu rodzica. Niezmiennie ciężkim, odpowiedzialnym i wyczerpującym. A skoro pisałem, to już wystarczy. Bo na dwoje babka wróżyła. Mnie pierwszy września jawi się jak powrót do normalności. Wakacje nie są normalne. Człowiek, który opiekuje się dziećmi i jednocześnie próbuje pracować z domu, potrzebuje jednak trochę tego czasu, żeby… no właśnie, coś popracować. Dlatego tak ważne jest te kilka godzin, kiedy dzieci nie ma: tylko wtedy jest szansa coś zrobić. A i tak wychodzi średnio, bo z tego czasu trzeba odjąć zakupy, sprzątanie i gotowanie dla dziatwy, więc per saldo czasu zostaje niewiele. Człowiek ma tę ciągł...

W dniu urodzin życzę sobie

D zisiaj moje urodziny. Tak sobie siedzę i myślę. Nie martwi mnie spadająca z kalendarza kartka. Już nie. Zawsze warto jednak poświęcić moment na refleksję. Spojrzeć na rok za plecami i uśmiechnąć się to tego, który właśnie puka do drzwi. Niebo wolno dokądś płynie Stoisz w oknie z oczu płyną łzy Dziś są Twoje urodziny Tak czekałeś lecz nie przyszedł nikt Tak śpiewała kiedyś Edyta Bartosiewicz w piosence “Urodziny”. Bardzo fajna piosenka swoją drogą. Jak wyszła, byłem wtedy na drugim roku studiów. Pamiętam ją z różnych imprez. Stare, dobre czasy. Można sobie tutaj przeczytać tekst, jeśli ktoś chce, a tutaj posłuchać. Teraz są czasy nowe. Inne. Też dobre. Niebo dokądś tam sobie płynie. Ja w oknie nie stoję. Jakbym stanął, na pewno popłynęłyby mi łzy, bo mam teraz widok na niedokończony blok, który budują pewnie już od kilku lat, a końca ciągle nie widać. Nikt do mnie nie przyszedł, ale tu nie mogę mieć do nikogo pretensji, bo i nie spraszałem. Ja w ogóle rzadko spraszam. Z wiekiem male...

Rzym: La Cucina Romana

Co można zjeść w Rzymie? Praktycznie wszystko to, co w całych Włoszech i w większości miast świata. Podobnie, jak w każdym prawdziwie europejskim mieście. Oczywiście nikt nie jedzie do Rzymu po to, żeby zjeść chińszczyznę, czy schabowego, a Wieczne Miasto to więcej, niż tylko muzea i zabytki. Kuchnia włoska jest jedną z najbardziej znanych i popularnych na świecie. Czy słusznie? Cóż, kwestia gustu. Ktoś może powiedzieć, że to tylko makaron z sosem, albo placek z dodatkami upieczony w piekarniku. Wiem, różne są gusta. Robiłem ostatnio w domu coś z tortillą i powiedziałem do żony, że robią ludzie cuda z kuchni meksykańskiej, a to przecież tylko zwykły naleśnik… Tak samo można podejść do wszystkiego, bo przecież na przykład curry to taki gulasz, tylko z dodatkiem regionalnych przypraw i z czego robić hałas, gdy każda kultura na świecie ma swój rodzaj gulaszu? Wiele jest we Włoszech kuchni regionalnych i każda z nich ma swoją specyfikę. Kto coś wie o kuchni rzymskiej? Ja do niedawna niewi...

Homo animalensis

Homo animalensis (definicja): Człowiek, który świadomie łamie zasady i działa z wygody, demonstrując absurd, chaos i zwierzęcą bezmyślność. Wszystko zaczyna się od tego, że dostałem maila od ludzi, którzy zajmują się zarządzaniem terenem, na którym w Anglii stoi mój dom. Administratorzy, którzy dbają o dzielnicę, drogi, oświetlenie i przycinanie krzaków, takie tam. W mailu zwracają się uprzejmie do mieszkańców. Otóż zauważono, że wielu ludzi parkuje na żółtych liniach albo na „terenach zielonych”. Uprasza się więc, aby parkowano tylko tam, gdzie się parkować powinno. Tyle. Dżentelmeńska umowa zawsze oznaczała obopólne zrozumienie i poszanowanie. Problem w tym, że ci ludzie piszą w taki dość staroangielski sposób, który już niekoniecznie obowiązuje. Moja ulica (ach, te piękne nazwy, jak z Hobbita, albo starych bajek, bo ja nie mieszkam na ulicy nikogo sławnego, ani tym bardziej zasłużonego – mieszkam w Leśnej Dolinie na Szczawiowym Stoku) to bardzo spokojne miejsce. Przynajmniej takie b...

A może pora już się obudzić?

Zastanawialiście się czasem, dlaczego na świecie jest tyle nienawiści? Rosja napadła Ukrainę. Jedni ludzie giną, drudzy wymyślają teorie spiskowe. Rządy rządzą, politycy kradną, a biedni ludzie ciągle ze sobą walczą. Dlaczego nie potrafimy żyć spokojnie, wesoło i beztrosko, bez nienawiści i strachu? Idę z dziećmi do szkoły. Mijam ludzi. Ludzie mijają mnie. Przeważnie, z daleka, nie wiadomo kto jest kto. No, czasami wiadomo, bo Serbkę poznasz po napompowanych ustach, a ciemnoskórego czy Chińczyka widać przecież z daleka. Czasami widać też Rosjan, bo zdarza się, że noszą oni dość radośnie skompletowane ubrania. Choć nie oceniajcie zbyt szybko. Rosjanie, którzy wyjechali (uciekli?) przed wojną do Serbii, do biednych nie należą. Sam widziałem, jak w nowym Maserati jechał koleś w skórzanych butach, spodniach od dresu, kolorowym swetrze i czapce z pomponem. Serbowie zasadniczo ich nie lubią. Nie dość, że najechało ich wielu, przez co ceny nieruchomości poszybowały w górę, to jeszcze zachowu...