Przejdź do głównej zawartości

Homo animalensis

Homo animalensis (definicja): Człowiek, który świadomie łamie zasady i działa z wygody, demonstrując absurd, chaos i zwierzęcą bezmyślność.

Wszystko zaczyna się od tego, że dostałem maila od ludzi, którzy zajmują się zarządzaniem terenem, na którym w Anglii stoi mój dom. Administratorzy, którzy dbają o dzielnicę, drogi, oświetlenie i przycinanie krzaków, takie tam. W mailu zwracają się uprzejmie do mieszkańców. Otóż zauważono, że wielu ludzi parkuje na żółtych liniach albo na „terenach zielonych”. Uprasza się więc, aby parkowano tylko tam, gdzie się parkować powinno. Tyle. Dżentelmeńska umowa zawsze oznaczała obopólne zrozumienie i poszanowanie. Problem w tym, że ci ludzie piszą w taki dość staroangielski sposób, który już niekoniecznie obowiązuje.

Moja ulica (ach, te piękne nazwy, jak z Hobbita, albo starych bajek, bo ja nie mieszkam na ulicy nikogo sławnego, ani tym bardziej zasłużonego – mieszkam w Leśnej Dolinie na Szczawiowym Stoku) to bardzo spokojne miejsce. Przynajmniej takie było jeszcze pięć lat temu. Mieszkańcy – prawie wszyscy na emeryturze. Angielskie babcie i dziadki. Im nigdy nie przyszłoby do głowy zaparkować na żółtej linii. Nie mówiąc już o trawniku, zakręcie, czy przystanku. Tacy nie krzyczą i nie hałasują. A gdyby zwrócić im grzecznie uwagę (naprawdę nie wiem, co można by do nich mieć, oni są tak bardzo mili, tak bardzo „dla innych”), to się zastosują. I taki właśnie list wysłano. Bardzo angielski. Choć Anglia się zmieniła. Taki mail już pewnie nie trafi pod strzechy. Etnicznie to już nie jest ten sam kraj. Zjechało do niego dużo ludzi, którzy mają inną wizję rzeczywistości. Odmienilii Anglików, ubogacając ich przestarzałe, nieżyciowe zwyczaje i tradycje.

Nie byłem tam już kilka lat. Gdy jeszcze tam mieszkałem, widać już było zmiany. Uczciwie powiem – pochodzące nie tylko od obcych. Niedaleko od nas był taki zakręt, na którym parkowali chyba wszyscy „vaniarze” z okolicy (nie wiem, dlaczego nie parkowali swoich vanów pod domami, pewnie dlatego, że mieli tam prywatne samochody i służbowe już się nie mieściły). Vaniarze przyjeżdżali po robocie i wywalali z tych swoich vanów wszystkie śmieci na trawnik. Bo nikt nie widział. I było można, bo nie było kamer. A nie chciało się jechać na śmietnik. Śmieci była masa. A za sprzątanie tego gnoju płaciło miasto. Czyli my wszyscy. Nie mogłeś zwrócić im uwagi; prawdopodobnie by cię pobili. Raz jedna starsza pani z psem zwróciła grzecznie uwagę. Vaniarz (klasyczny łysy i wytatuowany tucznik) zwyzywał ją od najgorszych. Tu, w Serbii, mam coś podobnego. We wspólnym garażu podziemnym ludzie nie gaszą światła w swoich garażach. Bo wszystko idzie na wspólny licznik. Jeden taki głąb nie gasił nigdy. A że garażu nie zamykał, jak przyjeżdżałem samochodem, szedłem tam i gasiłem u niego światło. W nadziei, że zrozumie. Zrozumiał. Dotarło do niego, że ktoś mu gasi. Zaczął zamykać garaż, ale światło zapalone zostawia do tej pory.

Zostańmy jeszcze chwilę w UK. Bez obaw, wszystko idzie w jedynie słusznym kierunku.

Wyobraźmy sobie polską szkołę. Taką sobotnią, bo tylko takie tam mogą być. Wydzierżawiony budynek, zajęcia od 9-13, pewnie ze 200 dzieci. I rodzice, odwożący dzieci samochodami. Które to samochody parkują, gdzie popadnie, bo „mnie, k… nie wolno”? Dyrektorka szkoły prosiła, żeby nie parkować w bramach, żeby nie zastawiać, żeby szybko, żeby sprawnie, bo się okoliczni skarżą. Nie pomogło. Wywalili szkołę ze szkoły, bo były skargi. Na nowym miejscu było to samo. Ludzie stawiali samochody, dyrektor prosiła. Nie stawiajcie, mówiła, nie zastawiajcie, bo się skarżą i już raz nas wywalili, wywalą nas znowu. Nie pomogło. Bo „nikt mi, k… nie będzie mówił, gdzie mam stawiać, dziecko, k…, do szkoły odstawić muszę, co nie”?

Teraz Irlandia.

Idę sobie ulicą. Przede mną idzie kobieta. Mógłbym pewnie powiedzieć, że miała rubensowskie kształty, ale nie wydaje mi się, żeby Rubens miał tyle farby. Obok niej idzie synek, wesoły, mocno odpasiony, pewnie z osiem lat. Mama pije colę z puszki. Wypija i wyrzuca puszkę do ogródka, obok którego przechodzi. Synek je batona. Dam sobie głowę uciąć, że gdy skończy, wrzuci papierek do najbliższego ogródka. Albo pieprznie go po prostu na ziemię.

I jeszcze Anglia, bo czemu nie.

Sklep, tak zwany wielkopowierzchniowy. Idzie facet z rodziną. Wszyscy dość pokaźni i proszę nie mówić, że uprzedzony jestem. Jak można być uprzedzonym do prawdy? Albo się coś widzi, bo coś jest, albo się tego nie widzi, albo tego nie ma, więc nie można tego widzieć, prawda? W zakupowym wózku jedzie synek faceta. I ten gościu bierze z półki paczkę czipsów, otwiera i podaje swojemu młodemu. I mówi: masz, to za darmo. Co młode, tak nauczone, będzie robić w przyszłości i przekaże swoim młodym?

A teraz Serbia.

Tu obok mnie jest duży szpital. Codziennie przyjeżdża tam masa klientów. Szpital nie ma parkingu, więc stawiają samochody, gdzie tylko można. Czyli głównie na chodnikach, po obu stronach drogi. Szaleństwo, bo droga jest bardzo ruchliwa i ludzie odprowadzający dzieci do szkoły idą obok tych samochodów, po jezdni. Z małymi dziećmi. Ja z dwoma jednocześnie. Dokładnie tak było. Próbowali z tym walczyć, ale nic nie dało się zrobić. W końcu zrobiono więc remont drogi. W trakcie remontu postawili na chodnikach słupki. Po obu stronach drogi. I tak dzikie parkowanie się skończyło, bo nie było już jak parkować.

I znowu Serbia.
I znowu szkoła.

Wszyscy odwożą dzieci do szkoły. Szkoła przy małej ulicy. Wszyscy stawiają samochody i grupują się przy ogrodzeniu, żeby podziwiać swoje dzieci. I szczerze wam mówię, jest spory tłok. Szkoła prosi – zostawcie dzieci i tyle, nie róbcie zbiegowiska, bo potem jest korek i trąbienie (w Serbii każdy trąbi przy każdej okazji) przez piętnaście minut. W końcu szkoła wpada na pomysł. Skoro tłumaczenia i prośby nie skutkują, skoro rozsądek gdzieś się schował, zasłaniają siatkowe ogrodzenie kawałkami brezentu z nadrukiem liści. Wygląda to znacznie estetyczniej niż stare ogrodzenie, a przy okazji nic nie widać. Nie ma na co patrzeć. I ludzie przestają się gromadzić. Dziś, gdy idę oddać dzieci (a ja chodzę, nie jeżdżę, bo mam dziesięć minut na piechotę), przy ogrodzeniu nie ma nikogo. Nie ma na co patrzeć, to i nikt nie patrzy.

***

Tak to już widać jest na tym świecie, że jak coś po prostu jest, to ludzie nie potrafią tego uszanować. Nawet wtedy, gdy jest to w ich interesie. To trochę tak, jak ta przysłowiowa świnia, która je i śpi tam, gdzie kupę robi. Tyle tylko, że świnia nie rozumie otaczającego ją świata; po prostu w nim automatycznie egzystuje. Ludzie rozumieją swój świat, wiedzą, jak w nim egzystować, a mimo to często po prostu nie chcą się zastosować. Nie potrafią zrozumieć prostych zakazów i nakazów wynikających ze społecznych uwarunkowań czy zwykłej logiki. Dopiero gdy im czegoś zabronisz, wtedy to zaczyna działać, bo samo wysłanie kulturalnego maila nie wystarczy. Przepis, nakaz, kara, kamera CCTV, ogrodzenie. To przebija się przez umysłową mgłę. Nie wiem, czego tu brak. Empatii? Inteligencji, która o dwie piędzi wyziera ponad tę przeciętną, zwykło-zwierzęcą, która wystarcza tylko do codziennego, przeciętnego funkcjonowania?

To właśnie te zwykłe zachowania upodobniają wiele osób ludzkich do tych stojących niby niżej osób zwierzęcych. Coraz mniej mnie dziwi, że niektórzy chcą nadać małpom prawa człowieka, bo niby czemu nie? Skoro niektóre ludzkie małpy mają prawa, to dlaczego małpie małpy mają ich nie posiadać? Ich zachowania ogólnospołeczne prawdopodobnie będą bardzo podobne: taka osoba małpia wypije colę i rzuci puszkę na ziemię.

Proste zwierzę nie rozumie, że czegoś nie wolno. Potrzebny mu do tego elektryczny pastuch.



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Miłość w czasach wirusa

Jest koniec lutego 2021. Anglia ciągle kisi się w trzecim narodowym lockdownie. Szczepienia idą pełną parą i wszyscy mają nadzieję, że Czas Wirusa dobiega końca. Boris zapowiada zmniejszenie restrykcji. Oczywiście, nikt nie jest aż tak naiwny. Wirus zostanie z nami na zawsze. Ja myślę o tym, że zbliża się moja pierwsza rocznica. 23 marca 2020 opuściłem budynek, w którym pracuję i po raz pierwszy udałem się do domu na przymusowy time off . W poszukiwaniu tytułu.  Najpierw miałem zatytułować ten kawałek “Miłość w czasach zarazy”. Potem pomyślałem sobie, że to przesada. Nie dlatego, że zżynam. Prawdopodobnie niewielu pamięta tę książkę. Osobiście nie stawiam jej zresztą zbyt wysoko, choć sam tytuł jest świetny. Z tego samego autora w pełni trawię w zasadzie tylko wybitną “Sto lat samotności” (a propos tytułów: ten też jest świetny). Jakoś mi po prostu nie pasowało. Poza tym ktoś zaraz powie, że użyłem tytułu, żeby mieć więcej wyników w wyszukiwarce. Później chciałem nazwać ten tekst “...

Wielki Skok

(krótki manifest historyczny) Historycy twierdzą, że cywilizacja zaczęła się od rolnictwa. Niektórzy twierdzą, że od ognia. Inni – że od wynalezienia koła. To wszystko bardzo wzruszające. Ale prawda jest prostsza. Cywilizacja zaczęła się od pierwszego udanego skoku . Wyobraźmy sobie scenę sprzed kilku tysięcy lat. Mała grupa ludzi odkrywa pewien niezwykły sekret. Sekret nie polega na sile ani na sprycie w polowaniu. Sekret polega na opowieści. Jeśli opowie się ludziom odpowiednio dobrą historię, zrobią dla niej prawie wszystko. Można im powiedzieć, że ktoś został wybrany przez bogów. Można powiedzieć, że ktoś musi nosić koronę. Można powiedzieć, że ktoś musi zarządzać zbożem, ziemią, złotem i wszystkim pomiędzy. A potem wystarczy tylko… pilnować skarbca. Tak powstała pierwsza wersja Wielkiego Skoku. Na początku był dość prosty. Kilka koron, kilka mieczy, trochę podatków. System jednak szybko się rozwijał. Okazało się bowiem, że ludzie nie tylko mogą oddawać swoje plony czy złoto. Mogą ...

Ponure perspektywy

Dawno nie pisałem. Przepraszam, ale jakoś sporo rzeczy się zebrało. Mam nawet nowy tekst (o kocie), ale na chwilę go zawieszam, żeby zapromować coś innego, bo czasami warto. Zapraszam na dość świeży materiał z Katarzyną Szewczyk. Katarzyna Szewczyk jest znana z YouTube, oficjalnie jest absolwentką ekonomii i doradcą inwestycyjnym. Nieoficjalnie to osoba obserwująca świat, która nie boi się mówić o trudnych sprawach i wcale nie robi tego po to, żeby kogoś przestraszyć. Raczej po to, żeby otworzyć ludziom oczy. Oczywiście wielu jest (i będzie) takich, którzy uważają ją za szurniętą. I ona doskonale o tym wie. Trudno jest głosić tego typu rzeczy (różne teorie teoretycznie spiskowe) bez narażania się na przyklejenie łatki foliarza i kretyna. Problem jest niestety taki, że ludzie sami nie bardzo już chcą myśleć. Szkoda im na to czasu, podczas gdy nie szkoda im go na smarowanie paluchem po ekranie telefonu. Teorie spiskowe Jeśli o mnie chodzi, to mam do teorii spiskowych podejście delikatne....

Z chwil, być może, ostatnich

NATO powstało jako sojusz obronny. „ Głównym celem Sojuszu jest zagwarantowanie – środkami politycznymi i militarnymi – wolności i bezpieczeństwa wszystkim państwom członkowskim ”. Podkreślam słowo „członkowskim" bo widać, że koncepcja mocno ewoluowała. Tymczasem amerykańskie autorytety, takie jak profesor John Mearsheimer czy profesor Jeffrey Sachs głośno mówią, że wojna na Ukrainie została wymyślona, zorganizowana, sprowokowana i sponsorowana przez Stany Zjednoczone Ameryki. I ciągle jest przez nie pompowana. W dodatku nie z czystego miłosierdzia, czy miłości do Ukraińców, tylko żeby zabezpieczyć żywotne interesy USA w tej części świata. Oto rubaszny i dziarski staruszek, który w zdumiewający sposób przegrał batalię o drugą kadencję w Białym Domu, postanowił ekstrawagancko zaszaleć i udzielił Ukraińcom zgody na prażenie amerykańskimi rakietami dalekiego zasięgu ATACMS w terytorium Rosji. Jednym się to podobało, drudzy krzyczeli: „Eskalacja, eskalacja”, ale jaka tam znowu eskala...

Rzym: La Cucina Romana

Co można zjeść w Rzymie? Praktycznie wszystko to, co w całych Włoszech i w większości miast świata. Podobnie, jak w każdym prawdziwie europejskim mieście. Oczywiście nikt nie jedzie do Rzymu po to, żeby zjeść chińszczyznę, czy schabowego, a Wieczne Miasto to więcej, niż tylko muzea i zabytki. Kuchnia włoska jest jedną z najbardziej znanych i popularnych na świecie. Czy słusznie? Cóż, kwestia gustu. Ktoś może powiedzieć, że to tylko makaron z sosem, albo placek z dodatkami upieczony w piekarniku. Wiem, różne są gusta. Robiłem ostatnio w domu coś z tortillą i powiedziałem do żony, że robią ludzie cuda z kuchni meksykańskiej, a to przecież tylko zwykły naleśnik… Tak samo można podejść do wszystkiego, bo przecież na przykład curry to taki gulasz, tylko z dodatkiem regionalnych przypraw i z czego robić hałas, gdy każda kultura na świecie ma swój rodzaj gulaszu? Wiele jest we Włoszech kuchni regionalnych i każda z nich ma swoją specyfikę. Kto coś wie o kuchni rzymskiej? Ja do niedawna niewi...