Przejdź do głównej zawartości

Pyłek pszczeli

Jakiś czas temu, w sumie całkiem niedawno, żyłem inne życie. Pędziłem na oślep. Byłem zestresowany i zmęczony. Nie mogłem spać. Zagryzałem zęby, aż pękało szkliwo. Dentystka dała mi taką specjalną szynę relaksacyjną, ale ona mnie wcale nie zrelaksowała, ta szyna. Nie miałem energii. I nie wiedziałem, co z tym wszystkim zrobić. Szukałem złotego środka. Czegoś, co mogło mi pomóc.

Jak wyglądał mój dzień

Mój dzień wyglądał fantastycznie. Wstawałem rano z dziećmi, prawie mertwy po nieprzespanej nocy. Ogarniałem zgraję i odprowadzałem do szkoły. Małżonka w tym czasie już była w pracy. A ja marzyłem tylko o jednym: żeby jak najszybciej bachnąć się z powrotem do wyra. To była moja rutyna. Szybkie śniadanie, do którego coś poczytałem i spać. Odespać. Wypocząć. Spałem kilka godzin i szedłem po dzieci. Przyprowadzałem je, karmiłem i jechałem do pracy. Wracałem około północy i szedłem do łóżka. Leżałem w nim bezrdnie, wierciłem się, a sen nie przychodził. I tak w kółko. Moje małe, prywatne piekiełko.

Czego mi brakowało

Nie wiem, co było ze mną nie tak. To znaczy, teraz już wiem. Byłem przemęczony, przepracowany i zestresowany. Brakowało mi snu, brakowało witamin i spokoju. Niedojadałem i byłem nerwowy, co odbijało się na wszystkim i wszystkich dookoła.

Czego próbowałem

Oczywiście próbowałem jakoś się ratować. Czasami brał mnie zapał, żeby się gimnastykować, machać cieżarkami. Nawet biegać próbowałem, ale zazwyczaj szybko rezygnowałem, bo nogi bolały. Co jakiś czas wpadało mi do głowy, żeby zacząć się lepiej odżywiać i zacząć o siebie bardziej dbać. Przechodziło mi jeszcze szyciej niż z bieganiem. Byłem tak przeładowany, że nie potrafiłem się już niczym cieszyć. Co jakiś czas sięgałem po różne suplementy, bo przychodziło mi do głowy, że może brakuje mi magnezu, potasu czy czegoś tam innego, jak omega-3 albo żelazo. Zielona herbata, ostawienie kawy, mniej tłuszczu, więcej wodorostów. Mniej piwa. Takie miałem pomysły. Nic nie pomagało.

Pyłek pszczeli 

Razu pewnego jedna znajoma (Iza sama się domyśli, że o nią chodzi) przywiozła z Polski mały słoik pyłku pszczelego. Przyznam, że po raz pierwszy widziałem coś takiego na oczy. Nawet nie wiedziałem, że pszczoły coś takiego robią, bo co ja tak naprawdę wiem o pszczołach? Latają sobie, jedzą nektar, zapylają i robią miód. Co więcej potrzeba? Wiedziałem z “Pszczółki Maji”, że pszczoły dzielą się na trutnie i robotnice, czyli chłopców i dziewczynki. Czyli mniej więcej tak jak u ludzi, czym powielają tradycyjny model społeczny, szeroko rozpowszechniony w poprzedniej epoce: chłopcy się lansują, a baby do garów. Osobiście nie popieram tego przestarzałego modelu. Jestem za szerokim równouprawnieniem. Kobieta ma prawo pracować na kombajnie w kopalni, facet ma prawo siedzieć w domu, smażyć kotlety i robić sobie paznokcie. Jeśli tylko obojgu to odpowiada. 

Co to jest pyłek pszczeli

Pyłek pszczeli to małe, różnokolorowe granulki. Wygląda to trochę jak pokarm dla chomików i cieszmy się, że chomiki o tym nie wiedzą, bo pakowałyby swój pokarm do słoików i sprzedawały na Allegro. Zacząłem o tym pyłku czytać i szybko wyszło, że to kolejny z długiej listy tak zwanych superfoods. I to jeszcze jaki!

Proteiny, lipidy i węglowodany. Masa witamin i minerałów, do tego antyoksydanty. Nie będę o tym pisał, bo każdy może sobie sam wyguglać. Zawiera ponad 200 substancji i pomaga na bardzo wiele rzeczy. Znaczy, może pomagać, aż tak naiwny nie jestem, ale wiecie, to trochę jak z modlitwą. Wielu nie wierzy, że działa, ale i tak ją odmawiają, bo głupio by im było gdyby się okazało, że tam wysoko jednak ktoś siedzi i na nich patrzy. Podobnie ja podszedłem do pyłku. Zaszkodzić nie może, a jak uleczy, to i fajnie.

Testy na ludziach

Jak jeść pyłek pszczeli? Sypiesz łyżeczkę tego cudu do szklanki i zalewasz wodą. Zostawiasz na noc. Pyłek sam w sobie jest twardy i przeleciałby przez ciebie jak suchy groch, więc trzeba go zmiękczyć. Prosta rutyna. Wstajesz rano i wypijasz. Ja używałem go do popijania siedmiu tabletek różnych witamin i suplementów, które zażywałem. 

Jak smakuje? Kwestia gustu, ale według mnie smakuje ohydnie. Pijesz tę żółtą breję i masz wrażenie, że liżesz zdechłe pszczoły. Nie mogłem się do tego przyzwyczaić. Mój dziedek hodował gołębie. Jak wchodziłem na strych, czułem zapach gołębiego łajna. Przez dwadzieścia lat tam wchodziłem i zawsze mnie zatykało. Tak samo było z pyłkiem. Każdego dnia smakował tak samo podle, a trzeba wam wiedzieć, że piłem to dość długo. Po wykończeniu pierwszego słoiczka dokupiłem więcej. Chciałem, żeby kuracja była solidna (zalecane trzy miesiące).

Gdzie można to kupić? W Anglii nic nie jest problemem. Ebay i Amazon są zawsze pod ręką. Można sobie zakupić dowolną ilość. W dodatku wybrać kraj pochodzenia (Hiszpania, Polska). Tu, w Serbii nie mógłbym tego zrobić. Pewnie nigdy o czymś takim nie słyszeli, zresztą pytając wyszedłbym na głupka. I tak często wychodzę na głupka, bo uporczywie wszędzie pytam o ryż do sushi i ciągle nie mogę go kupić (nie znają też ziela angielskiego. Pytałem, robili oczy, w końcu sobie z Polski przywiozłem). W Polsce pyłek jest wszędzie. Sklepy ze zdrową żywnością, internet, pasieki. Do wyboru, do koloru. Cena przystępna.

Efekty kuracji

Powiem brutalnie szczerze. Po trzech miesiącach pyłkowej kuracji nie zauważym u siebie żadnej poprawy. Spałem tak samo kiepsko, energii mi nie przybyło. Dalej byłem zmęczony i nieszczęśliwy. Nic mi nie podskoczyło, poziomy mi nie wzrosły. Czy byłem rozczarowany? Na pewno nie. To znowu tak, jak z tą modlitwą. Ktoś prosi o wygraną w totka, ktoś o to, żeby sąsiadowi skubnęli samochód. Gdy rzecz się nie dzieje, po prostu idziesz dalej i prosisz o coś innego. Święcie wierzę, że w tym pyłku było to, co było. Na pewno dostarczyłem organizmowi trochę dobra. A że nic się u mnie przez to nie zmieniło? Szczerze: a powinno?

Superfoods

Tak zwane superfoods to moda, której potrzebujemy. W końcu mówi się, że jesteś tym, co jesz. I to prawda. Wszystko co jemy dostarcza nam niezbędnych składników. Problem w tym, że obecnie coraz więcej jest żywności przetworzonej, a coraz mniej zdrowej, naturalnej. Bo zdrowa żywność jest droga i mniej się masowym producentom opłaca. Mniej ludzi ją kupuje, bo albo im nie zależy, albo ich nie stać. Obecna nagonka na mięso jest przerażająca. Zamiast schabowego proponuje się ludziom wyroby mięsopodobne. Nie dajcie się oszukać: nie ma bardziej okaleczonej, zmodyfikowanej i niezdowej żywności. Ludzie dają się wrobić w oszukaną piramidę żywienia, w liczenie kalorii. I w cholesterol, bo sam pamiętam, co mi mówiono o jedzeniu jajek. A mało jest na świecie zdrowszych rzeczy niż zwykłe, ordynarne jajko.

Superfoods zawierają całą masę dobroczynnych składników. Powinny być spożywane, jako dodatek, do każdego rodzaju diety. Pyłek, chia, owoce goji, żeńszeń, wodorosty czy jarmuż (kiedyś uważany za warzywo biedoty), one wszystkie są dla ciebie bardzo dobre. Problem w tym, że same w sobie nie zdziałają cudów. Nic nie uleczą, nie taka ich rola. Nie oczekuj, że przejdzie ci półpasiec, schudnie ci dupa albo zniknie platfus. To tak nie działa.

Tajemnicą sukcesu są zdrowa dieta i aktywny styl życia (aktywny, ale nie zbyt aktywny!). Oprócz tego bardzo ważne jest jeszcze jedno: zredukować zgubny wpływ cywilizacji. Niezdrowa praca i stres, nerwy i strach, którym pompują nas media: to wszystko niszczy nas najbardziej. Ludzie są nieszczęśliwi i to afektuje ich fizyczność. W zdrowym ciele zdrowy duch. I odwrotnie. Gdy duch plugawy, wtedy ciało odpuszcza. Zaczyna się psuć. Pozytywne myślenie i zmiana stylu życia to kamienie milowe do tego, żeby się samemu skutecznie uzdrowić. Można sobie jeść goji i zupę z łopianu (pozdrowienia dla Ilony i Radka!), to bardzo fajne, ale naiwnością jest sądzić, że łyżeczka nasion chia dzienie rozwiąże wszystkie twoje problemy.

Opowieść pozornie niezwiązana 

Miałem kiedyś kolegę. Zaraz po studiach poszedł do pracy. Siedział przy biurku po dziesięć godzin dziennie. Do pracy jeździł samochodem. Na drugie piętro windą. Wieczorami siedział przed telewizorem i pił piwo. No, czasem piliśmy to piwo razem. Lubił zjeść. Lata mijały, a on powoli tył i coraz więcej narzekał. A to kolana, a to plecy. Zgaga, zawroty głowy, bezsenność. W pracy super, awansował, a w domu nie mógł spać. Stał się nerwowy i agresywny. Miał wykupiony karnet na siłownię, ale nigdy tam nie chodził. Pił rano zieloną herbatę, potem sześć kaw, a po południu łykał dwa litry coli i wielką pakę czipsów. Palił jak smok. Mało się ruszał, bo po zakupy do osiedlowego sklepu też podjeżdżał autem. Ostatni raz w parku był w dziewięćdziesiątym piątym, jak wracaliśmy do akademika z “Zielonej gęsi”, na skuśkę przez Pola Mokotowskie. Ktoś taki mógłby jeść różne superfoods tonami i absolutnie nic by mu to nie dało.

Dziś mój kolega jest statecznym, miłym grubaskiem po pięćdziesiątce. Po kilku awansach dalej siedzi w biurze. I dalej narzeka. Tu go strzyka, tam go pyka, ale pogodził się z tym. Jak sam twierdzi: każdy się starzeje i taka już kolej losu

Nie sztuka się pogodzić

Ja się nie pogodziłem. Nie taka kolej losu. Odmawiam takiego starzenia się! Wiem, że garść pszczelego pyłku sama wszystkiego nie załatwi, tak samo jak pastylki i narzekanie. Potrzebna jest zmiana znacznie większa. Kilkupoziomowa, że tak powiem. Bo wszystko, ale doslownie wszystko, jest w głowie. Tam trzeba pozmieniać i poukładać. Zrozumieć. Traktor może mieć jedno koło zepsute. Albo trzy dobre. Niby to samo, bo i tak nie pojedzie, ale przekaz jest jednak inny (kto pamięta, skąd to jest?). A wtedy wystarczy już tylko dobra metoda, podsypana odrobiną wytrwałości.

Chętnie opowiem, co i jak zmieniłem w swoim życiu oraz co z tego wyszło. Powiem, gdzie teraz jestem i jak się czuję, ale jeszcze nie teraz. Jeszcze nie teraz.


PS: Zdjęcie zrobione przeze mnie dawno temu. Góry Luszowskie, ul. Podmokła 4. Malwa mojej kochanej Babci Stasi. 


Komentarze

  1. Anonimowy11/7/22 22:22

    Smoleń I Laskowik - z Tyłu sklepu :)
    Moim skromnym zdaniem trzeba jeść wszystkiego po trochu, tak żeby balans był w życiu. Zgadzam się ze po bieganiu bolą nogi, ale dla mnie nie nic przyjemniejszego, niż pobiec przez Peak District, oczyścić umysł i być z natura. Taki jest mój pomysł na zdrowe funkcjonowanie. No dodam jeszcze Wim Hofa i jego metodę oddychania oraz zimne prysznice - ani przed, ani po, ani zamiast 😆
    Pozdrawiam
    MS

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy12/7/22 12:41

    I zgadzam się że życie w pośpiechy, na wysokich obrotach kiedyś się kończy a zaczynają sięrozne dolegliwosci.Wczesnie czy później szukamy diet ,suplementów w końcu lekarz i znów tabletki ale czy pomogą?Pyłek pszczeli o'k a miody też naturalne lekarstwo tylko trzeba wiedzieć który na co żeby sobie krzywdy nie zrobić. Wszystko co naturalne to zdrowie .Nie wierzcie w BIO..Pszczolki ciężko pracują na to co nam dają więc szacunek dla nich .

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Zatopieni w bursztynie

Lodowisko, basen, kawiarnia. Buty, kurtki, plecaki leżą odłożone byle gdzie. Nikt niczego nie pilnuje — bo nie musi. Z drobnej rodzinnej anegdoty rodzi się opowieść o świecie, który niektórzy bezpowrotnie utracili. Zaczyna się ona niewinnie i prowadzi w bardzo niewygodne miejsce — tam, gdzie bezpieczeństwo przestaje być oczywiste. Pod koniec świątecznych ferii, a trzeba wiedzieć, że są one tutaj długie (przynajmniej dla nas, bo zaczynają się „naszym” Bożym Narodzeniem, potem jest Nowy Rok i około siódmego stycznia jest prawosławny Božić, więc nasze dzieci wracają do szkoły w połowie miesiąca), poszliśmy z dziećmi na lodowisko. Bardzo chciały, bo nigdy nie jeszcze nie jeździły na łyżwach. Ja bardzo nie chciałem. Nie jeździłem na łyżwach ze czterdzieści lat, a z wiekiem spada zapotrzebowanie na szaleństwa. Czyli: bałem się, że połamię sobie nogi. Pojechałem, bo wszyscy chcieli, ale miałem zamiar albo trzymać się z dala od tafli, albo ślizgać się na butach. Niestety, okazało się, że na b...

Czworocznica

Nawet nie zauważyłem, jak przeleciała mi koło nosa kolejna rocznica. Nie, nie mówię o Walentynkach, jako człowiek pochodzący z dość zamierzchłej epoki ciągle uważam, że to nie do końca moje święto (skończyło się na kupieniu pudełka czekoladek do podziału dla wszystkich, żeby nie było). Mówię o czwartej już rocznicy naszego przybycia do Serbii, rocznicy o tyle ciekawej, że gdy przybywaliśmy, nikt nie spodziewał się, że tak długo tu zostaniemy – mieliśmy przecież zmykać po trzech latach. Cztery lata. Kto by pomyślał. Cztery okrągłe rocznice to, jakby nie było, czterdzieści osiem miesięcznic. Albo dwieście osiem tygodnic. Można by też powiedzieć, że to dokładnie tysiąc czterysta sześćdziesiąt jeden dziennic (jeden rok był przestępny), ale lepiej głupich pomysłów nie podpowiadać tym, którzy są zwolennikami zbyt regularnego celebrowania, tym bardziej że nigdy nie robią tego za swoje. Dużo się wydarzyło, tak w sferze ogólnej, jak i indywidualnej. Ogólnej nie będę komentował, bo każdy inne me...

Korona stworzenia

Rok minął odkąd kota mam. Nadszedł czas na małe podsumowanie, na zestawienie korzyści z tak zwanymi upierdliwościami. Spróbuję też odpowiedzieć na pytanie: ile kotom do ludzi i gdzie człowiekowi do kota. Korzyścią z posiadania kota jest samo jego obserwowanie. Jest to fascynujące zwierzę. Wprowadza do domu zamieszanie i pozytywną energię. Samo patrzenie na kota poprawia wszystkim domownikom humor. Miło jest widzieć, jak doskonale wpasował się w rodzinę i znalazł w niej swoje miejsce. Jest absolutnie niezależny; robi to, co chce i nie można go do niczego przymusić. Sam decyduje, gdzie śpi i do kogo się przytula i wyczuwa, gdy ktoś jest chory – zostawia wtedy wszystko i potrafi przeleżeć obok chorego cały dzień. Kot doskonale wie, jak bardzo go wszyscy lubią i potrafi to wykorzystać. To niezły cwaniak i taka już jego uroda. A jakie są negatywy? Sporo żre, więc trochę kosztuje, poza tym nasz akurat okazał się dość wybredny. Znaczenie terenu, czyli podsikiwanie początkowo nie było problem...

Piętnasty patrzy z kąta

Monolog zapomnianego dnia w brudnym świetle listopada. Oficjalnie to tylko kolejny dzień w kalendarzu. Nieoficjalnie — zapomniany lokator czasu, który od lat obserwuje, jak inne daty tańczą na jego ciszy. Nikt nie bije mu braw, ale wszyscy przechodzą przez niego. A on czeka. I pamięta. MONOLOG PIĘTNASTEGO Siedzę w kącie kalendarza jak nieudany lokator, jak plama po kawie, której nikt już nie próbuje zetrzeć. Piętnasty Listopada. Bez bohaterów, bez katastrof, bez nachalnej świętości. Nikt nie celebruje mojego istnienia — może poza tym jednym gołębiem, który zdechł pod przystankiem. Nic, tylko stęchłe powietrze, mokra kurtka i ktoś, kto znowu zapomniał wyrzucić śmieci. Pachnę tanim papierosem i cichą rezygnacją. Jedenasty znów urządza karnawał na grobach. Wciąga historię za włosy, pudruje jej kości i każe tańczyć walca w rytm werbli, o które nikt nie prosił. Flagami wachluje trupy, a orkiestra duchów gra hymn na pękniętych żebrach. Dwunasty przeżuwa wspomnienia po spadających gwiazdach j...

Wypoczyn

Wróciliśmy z wakacji. Jak wspominałem wcześniej, w tym roku gościł nas Sopot, czyli niekwestionowana perła Bałtyku. Fajne były wakacje. Trzy tygodnie zleciały bardzo szybko. Nawet nie trzy, bo przecież droga sporo zajmuje. Obliczyłem, że w obie strony siedziałem za kółkiem w sumie 48 godzin. Dużo, ale mimo wszystko było warto. Podróż samochodem z Belgradu do Sopotu, nawet z jednym noclegiem po drodze, to wyczyn. W dodatku z jakichś dziwnych powodów zajmuje o wiele dłużej, niż pokazuje Google Maps. W ogóle, według mnie, wakacje, jeśli jedzie się na nie z małymi dziećmi, to dla rodziców trochę koszmar. Zorganizuj wszystko, spakuj, upchaj w samochodzie, a potem jedź dwanaście godzin, gdy z tylnego siedzenia słyszysz tylko wrzaski, kłótnie i narzekanie, że tyle to trwa, bo małe nie patrzą na to, że jadą jako pasażerowie i tylko czekają, aż zatrzymasz się po drodze w McDonaldzie. Dalej jest tak samo. Wypakuj, ułóż w szafach i biegaj, dbaj, organizuj i płać za każdą fanaberię, zmieniaj im ga...