Przejdź do głównej zawartości

Plan prawie doskonały

Dziś opowiem wam o tym, jak kiedyś, dawno temu, Francuzi wybudowali Linię Maginota. Był to pas fortyfikacji na ich wschodniej granicy, czy może raczej na ich wschodnich granicach. Francuzi, czując zagrożenie ze strony Niemiec, wybudowali to coś i wtedy poczuli się spełnieni. Usiedli, założyli ręce i, zadowoleni z siebie, czekali. Na rozwój wydarzeń.

Zacząłem budować własny pas umocnień dokładnie rok temu. Chodziło oczywiście nie o Niemców, tylko o kota. Mamy niewielki ogródek. W lecie często z niego korzystamy i żal nam było naszego futrzaka. Krążył od okna do okna, patrzył na nas i miauczał. Widać było, jak bardzo chce na zewnątrz, jak bardzo kolorowy wydaje mu się świat po drugiej stronie szyby. Postanowiliśmy mu pomóc.

Plan był genialnie prosty. Wygarnąć liście spod krzaków, sprawdzić stan ogrodzenia i zatkać wszystkie dziury. Ogrodzenie to wysokie, metalowe pręty. Za nimi jest dodatkowo druciana siatka. Od naszej strony jest wysoka na chłopa bambusowa ścianka, trochę już stara i wyblakła, ale jest. No i krzaki, chwasty takie, które cały czas gubią liście, a jak kwitną, to strasznie śmierdzą. Nie wyglądało to źle. Kupiłem małą rolkę siatki o bardzo małych oczkach i paczkę plastikowych opasek zaciskowych. Pociąłem siatkę, zabezpieczyłem wszystkie dziury w ogrodzeniu i zaślepiłem małe okienka, które wychodzą na nasz ogródek z podziemnego garażu. Dobrą robotę zrobiłem i w końcu wypuściliśmy kota. Był wniebowzięty. Patrolował swoje nowe terytorium, skupiony, uszy do góry, ogon do góry.

Wypuszczaliśmy go na ogródek każdego dnia. Gdy dzieci były w szkole, otwierałem drzwi i kot wychodził. Ja robiłem swoje, co jakiś czas wychodziłem tylko rzucić na niego okiem. Był super. Siedział w cieniu pod krzakami, wygrzewał się na słońcu, gonił muchy. Czasami wnosił do domu upolowaną jaszczurkę. W ogóle go nie pilnowaliśmy.

Pewnego dnia siedzieliśmy w ogródku, po południu to było, weekend. I nagle, na naszych oczach kot zaczął wczołgiwać się pod bambusowe ogrodzenie. Zanim do niego dobiegłem, był już po drugiej stronie. Znalazł chyba jedyne miejsce, gdzie za ścianą bambusa był obtłuczony betonowy murek i dziura w siatce. I zniknął. Biegałem po okolicy i nic. Za ogrodzeniem jest plac budowy, na który nie można było wejść. I musieliśmy stawić czoła płaczom, wrzaskom i furii dzieci, bo według nich to była nasza wina, że nie upilnowaliśmy kota. Na nasze szczęście kot wrócił. Późno w nocy siedzieliśmy znowu na zewnątrz, zastanawiając się, co dalej. Zobaczyliśmy cień za płotem. Pobiegłem, rozerwałem bambus, odgiąłem siatkę i kot wlazł do środka. Tak skończyły się jego eskapady. Więcej nie wylazł. Minął rok.

Znowu zrobiło nam się szkoda kota. To w końcu nasz zwierzak. Rośnie, wygląda na zewnątrz. Wzdycha. Widzi, że tam też jest świat, że jest go więcej, że jest ciekawy. Pogadaliśmy i stanęło na tym, że coś obmyślę. Nowy plan był tak samo genialnie prosty, jak poprzedni. Czyli polegał na zatkaniu dziur. Tym razem dokładnie zmapowałem cały ogródek. Nawet wypuściłem kontrolnie kota dwa razy – za każdym razem kręcił się koło miejsca, przez które dał dyla. Aha, pomyślałem sobie, zapamiętałeś trasę, mały cwaniaku. Dokupiłem metalowej siatki. Kupiłem dwie pięciometrowe bele bambusowego ogrodzenia. Bambus był wysoki na metr. Wyższy nie był potrzebny, wyżej był stary bambus, krzaki i siatka. Teraz już nie ma mocnych, mówiłem sobie, wygarniając liście i obcinając gałęzie, podkopów ci się zachciewa, mały kocie, zmierz się z potęgą ludzkiego rozumu.

Długo mi to zajęło. W sobotę przyciąłem krzaki, umocniłem okienka od piwnic. Rozwinąłem bambus i wbiłem go w ziemię tak, że ogrodzenie ani drgnęło. Górę przymocowałem plastikowymi opaskami. W niedzielę obcięte z krzaków gałęzie pociąłem na mniejsze, aż odstałem bąbli na dłoniach – bo przypomniałem sobie, jak Afroafrykanie bronią się u siebie przed lwami, budując kolczastą bomę. Skoro lew nie da rady, mały kotek tym bardziej. Zatkałem każdą dziurę. Każdą. Byłem z siebie bardzo dumny. Żony i syna nie było, bo pojechali kupić buty. Wypuściłem kota. Obserwowałem go z dziewczynkami. Biegał zadowolony, węszył, sprawdzał. Nie mógł uciec. Dzieci zajęły się zabawą. Ja sprzątałem. Oczywiście cały czas obserwowaliśmy kota, który zadowolony śmigał dookoła.

Liście zamiatałem, pamiętam. I mówiłem do dzieci, jak fajnie wszystko wyszło i że kotek jest zadowolony. A gdzie on jest? A tam, przy lampie. Kotek był w kącie ogródka. Zobaczyłem, że nagle przysiadł i wybił się lekko w górę. Dopadłem do niego w sekundę. Balansował szczycie mojego nowego bambusa, na wąskiej krawędzi, niczym wiedźmin. Widząc mnie, skoczył. Wpadł dokładnie pomiędzy mój bambus i nową siatkę, a starą, zeszłoroczną siatkę. Bambus miał tylko metr, więc odgiąłem go trochę i sięgnąłem, żeby wyjąć mojego kota i wtedy zobaczyłem dzikie zwierzę. Zobaczyłem bestię.

Nie dał się wyjąć. Nie chciał wyjść. Leżał na boku, ściśnięty między siatkami i wył jak oszalały. Patrzył na mnie, oczy miał całe czarne i ryczał, tak jak czasami słychać koty, które chodzą w nocy koło bloków i drą mordy w marcu. Chciałem go złapać, pomóc mu wyjść, ale za każdym razem siekał mnie pazurami. Nic nie czułem. Byłem w szoku, nie widziałem, co robić i słyszałem tylko, jak za moimi placami dzieci ryczą na cały głos. Strasznie lamentowały. Krzyczały do mnie, krzyczały do kota. Prosiły go, żeby wracał, żeby nie uciekał, bo one go kochają i go potrzebują, że jest naszą rodziną. Przyniosły jego ulubioną zabawkę, pobiegły też do kuchni po puszkę kociego jedzenia, otwarły tę puszkę i podtykały ją pod siatkę. Rozpaczały tak bardzo, że w końcu wygoniłem je do środka, bo bałem się, że za chwilę mi policja wjedzie. I walczyłem z kotem. Rozerwałem ten świeżo zamontowany bambus, chciałem mu pokazać, że mu dziurę zrobię, ale on wrzeszczał i syczał na mnie. No i kaleczył mnie pazurami, jechał na ślepo po dłoniach i przedramionach. W końcu zaczął przesuwać się za bambusem, wzdłuż ogrodzenia, więc zatkałem mu drogę jedną ręką. Drugą ciągle próbowałem sięgać. I mówiłem do niego. Raz ładnie, a raz się darłem, bo myślałem, że może się wystraszy i złagodnieje. Nie złagodniał, syczał, ryczał i drapał, a jak tkwiłem tak, przechylony, z wypiętym tyłkiem i słyszałem tylko płaczące dziewczynki i wiedziałem, że jak się ruszę, że jak na sekundę odejdę, kot się obróci i czmychnie przez jakąś kolejną dziurę. Taki meksykański pat. Nie wiem, ile to trwało. W pewnym momencie zadzwonił telefon. Krzyknąłem do dziewczynek, żeby odebrały. Mama dzwoniła, że wraca. Odebrały i zaczęły tak wyć do słuchawki, że nie dało się tego słuchać. Krzyczały, że kot utknął i że mamy problem.

Przybiegł syn. Spojrzał między siatki i zaczął się na mnie drzeć, żebym wyciągał kota. Ja zacząłem drzeć się na niego, że nie mogę, że próbuję i jak taki mądry, to niech sam go łapie. A potem patrzył chwilę, jak kot syczy, ryczy i drapie i w końcu zapytał, czy to naprawdę jest nasz kot. Przybiegła żona, dzieci zaczęły płąkać jeszcze głośniej i w tym zamieszaniu, w czystej rozpaczy jakimś cudem wygiąłem dół siatki, rozrywając przy okazji cały bambus i kot w końcu wyszedł przez tę dziurę i momentalnie zagoniliśmy go do środka. Pomknąłem zdezynfekować pocięte przedramiona, krzyczałem coś, że już nie chcę tego kota, żeby spier… I tak kot na powrót stał się kotem domowym.

I znowu wieczorem siedzieliśmy na ogródku, tak samo, jak przed rokiem. Kot stał za szybą i gapił się na nas. Miauczał i był wyraźnie obrażony, ale niech tam. Siedzieliśmy tak i nagle w ogródku pojawił się… drugi kot. Łaciaty. Podszedł do zdemolowanego ogrodzenia i zaczął węszyć. Psiknąłem na niego i uciekł. Lekko wskoczył na murek przy oknie, stamtąd na górę ogrodzenia i cmyk! Już go nie było. No widzisz, powiedziała żona, zabezpieczyłeś wszystko przed podkopem, a kot przeskoczył górą.

Dokładnie tak było. Nawet bym nie pomyślał, że tamtędy można przejść. Poczułem się jak te biedne Francuziki, które włożyły masę kasy i wysiłku, a potem dumne z siebie, ze swojej myśli i potęgi intelektu usiadły zadowolone i ktoś im brutalnie i lekko pokazał, ile to wszystko było warte. Bo przecież, wcześniej czy później, mój kot też by wpadł na to, że skoro nie dołem, to może górą…

Tak to już jest w życiu. Czasami mamy plan i mamy pomysł, wszystko idzie świetnie i tacy jesteśmy z siebie zadowoleni, patrzymy dumnie i prosto do przodu, podczas gdy ktoś zachodzi nas od tyłu, tam, gdzie się nie spodziewamy, gdzie tylko dupa, goła i bezbronna świeci.



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Sztuczny inteligent

Dziś będzie odmiennie. Ostatnio wszyscy pytają o coś sztuczną inteligencję. Ludziom nie wystarczą już zwykłe wyszukiwarki. Bo oto AI, ich nowy bóg, nie tylko dla nich wyszukuje, ale podsuwa gotowe odpowiedzi. Nie trzeba więc się samemu wysilać. Pomyślałem więc, że też się tym razem nie wysilę. Zapytam, tak dla zabawy. Wiadomo, że sztuczna, tak zwana, inteligencja może się przydać do różnych spraw, ale lepiej traktować ją z przymrużeniem oka. Ta rzecz, moim zdaniem, wcale nie jest inteligentna. Jest to po prostu bardzo szybko liczący komputer z dostępem do ogromnej bazy danych. Narzędzie. Któremu daleko do inteligencji. Każdy, kto korzystał, wie, że AI czasami łże jak pies, że ciężko jej (mu? jemu? temu? onej osobie komputerowej?) przebić się przez nałożony kaganiec i często się po prostu myli. Przyparta zaś do muru mętnie tłumaczy, że logika nie jest jej najmocniejszą stroną… Nie chciałem zadawać pytania w stylu „ile mam gotować surowe jajko o wadze siedemdziesięciu jeden gramów, żeby ...

Majowe święto

1 Maja. Święto Pracy. Dodajmy dla jasności: międzynarodowe. Święto ludu pracującego miast i wsi. Niegdyś hucznie obchodzone, dziś wyśmiewane. Gdy tak zwana komuna poszła w las, wszystko, co z nią związane wsadzono do jednego worka, zawiązano i zaczęto obchodzić szerokim łukiem. PRL w Nowej Polsce śmierdzi zresztą do dziś. Częściowo słusznie, choć twierdzenie, że wszystko wtedy było złe, jest zwykłym kretynizmem. A 1 Maja? Jak to z nim właściwie jest? „ Siewodnia prazdnik maja w kraju radnom. Pust muzyka igrajet, a my spajom. My s krasnymi fłażkami idiom guliać. A pticy wmiestie s nami spajut apiać ”. Tak kiedyś śpiewał zespół Dezerter. Dziś, jeśli zapytać przeciętnego Polaka o 1 Maja pewnie odpowie, że jest to początek długiego weekendu. Prawdopodobnie najczęstszym skojarzeniem będzie grillowanie. Ja jestem z innej epoki. My w ogóle nie grillowaliśmy. Piekliśmy raczej kiełbasę na patyku albo ziemniaki w popiele. I może przez to 1 Maja kojarzy mi się inaczej. Prawdę powiedziawszy, całki...

Miłość w czasach wirusa

Jest koniec lutego 2021. Anglia ciągle kisi się w trzecim narodowym lockdownie. Szczepienia idą pełną parą i wszyscy mają nadzieję, że Czas Wirusa dobiega końca. Boris zapowiada zmniejszenie restrykcji. Oczywiście, nikt nie jest aż tak naiwny. Wirus zostanie z nami na zawsze. Ja myślę o tym, że zbliża się moja pierwsza rocznica. 23 marca 2020 opuściłem budynek, w którym pracuję i po raz pierwszy udałem się do domu na przymusowy time off . W poszukiwaniu tytułu.  Najpierw miałem zatytułować ten kawałek “Miłość w czasach zarazy”. Potem pomyślałem sobie, że to przesada. Nie dlatego, że zżynam. Prawdopodobnie niewielu pamięta tę książkę. Osobiście nie stawiam jej zresztą zbyt wysoko, choć sam tytuł jest świetny. Z tego samego autora w pełni trawię w zasadzie tylko wybitną “Sto lat samotności” (a propos tytułów: ten też jest świetny). Jakoś mi po prostu nie pasowało. Poza tym ktoś zaraz powie, że użyłem tytułu, żeby mieć więcej wyników w wyszukiwarce. Później chciałem nazwać ten tekst “...

Ponure perspektywy

Dawno nie pisałem. Przepraszam, ale jakoś sporo rzeczy się zebrało. Mam nawet nowy tekst (o kocie), ale na chwilę go zawieszam, żeby zapromować coś innego, bo czasami warto. Zapraszam na dość świeży materiał z Katarzyną Szewczyk. Katarzyna Szewczyk jest znana z YouTube, oficjalnie jest absolwentką ekonomii i doradcą inwestycyjnym. Nieoficjalnie to osoba obserwująca świat, która nie boi się mówić o trudnych sprawach i wcale nie robi tego po to, żeby kogoś przestraszyć. Raczej po to, żeby otworzyć ludziom oczy. Oczywiście wielu jest (i będzie) takich, którzy uważają ją za szurniętą. I ona doskonale o tym wie. Trudno jest głosić tego typu rzeczy (różne teorie teoretycznie spiskowe) bez narażania się na przyklejenie łatki foliarza i kretyna. Problem jest niestety taki, że ludzie sami nie bardzo już chcą myśleć. Szkoda im na to czasu, podczas gdy nie szkoda im go na smarowanie paluchem po ekranie telefonu. Teorie spiskowe Jeśli o mnie chodzi, to mam do teorii spiskowych podejście delikatne....

Stado szaleńców

Napiszę dziś coś o wariatach. O niebezpieczeństwach. O głupcach. Napiszę też o zwierzętach, bo to wszystko się jakoś dziwnie łączy. Czemu niby nie porozmawiać o szaleństwie? Czemu nie zastanowić się, jak go wyeliminować? Wiecie, jak obecnie wygląda Polska? Mamy 460 posłów i 100 senatorów. To władza tak zwana ustawodawcza. Do tego dochodzi rząd i prezydent, czyli władza wykonawcza. W obecnym rządzie mamy ponad 100 ministrów i wiceministrów, do tego dochodzą jacyś dyrektorzy. Celowo nie wspominam reszty partyjniaków i administracji niższego szczebla, bo ci akurat niewiele mogą; są tylko po to, żeby wykonywać i wdrażać. Dlaczego o tym mówię? Bo to wszystko mniej niż tysiąc ludzi. W kraju, który liczy ponad trzydzieści siedem milionów. Załóżmy, że to mniej więcej trzy tysięczne procenta, mniej więcej. Niewiele, prawda? Mówi się też, że w Polsce jest około 200 tys. członków różnych partii politycznych. To mniej więcej pół procenta całości. Też jakoś tak mało. Dlaczego o tym mówię? Dlatego, ...