I po wakacjach. A skoro po, to i pora na małe podsumowanie. Czyli…
Fajnie było. Jak to na wakacjach. Spokój, beztroska. Nie trzeba się niczym martwić, nigdzie spieszyć. Największe problemy to gdzie iść i co zjeść. Poza tym sielanka.
Polskie morze ma jednak swój urok. Nie wiadomo, na czym on naprawdę polega. Zimne, kurka, no zimne jest. Człowiek, który zakosztował Karaibów, Meksyku, Tajlandii, czy choćby Chorwacji i Grecji, gdzie woda jest jak ciepła zupka, może mieć dosyć rozchwiane oczekiwania. Tym bardziej, o dziwo, pozytywne zaskoczenie. Bałtyk jest zimny, ale fajnie jest w nim pływać, bawić się, czy po prostu taplać na falach. Bardzo orzeźwiające doświadczenie. I przyjemne. Prawdopodobnie przez kontrast zimnej wody i cieplejszego „poza wodą”, którego w cieplejszych morzach nie uświadczysz. Choć z zachwytami bym nie przesadzał, bo polskie lato jest jednak specyficzne i sześć dni słonecznego plażowania na trzy tygodnie pozostawia lekki niedosyt. Zresztą jak nie ma super pogody ludzie i tak tabunami włóczą się po plaży, choćby w swetrach posiedzieć, choćby tylko nogi zamoczyć. Coś jest w morzu, nie wiem, czy to szum fal, tak różny od szumu miasta, czy ta bryza i (jak to ostatnio usłyszałem) „dobrze zbalansowany zapach wodorostów i soli”... A może po prostu budzi ono w nas jakąś dziwną tęsknotę…
A co robić nad morzem, gdy pogody nie ma? Ludzie trochę łażą, w tę i z powrotem, trochę zwiedzają, ale głównie jedzą. W takim Sopocie przy deptaku same knajpy. I zawsze pełne. Wszędzie jedzenie. I każdy coś mieli. Bogate gofry, gigantyczne zapiekanki, hot dogi, lody, ogromne bogactwo lodów i wszędzie kufle i kieliszki. Nieprawdopodobna piramida obżarstwa. I mówi to człowiek, który normalnie śniadań nie jada, ale niemal każdy dzień zaczynał od ogromnej jagodzianki napchanej po brzegi pysznymi, świeżymi jagodami. Prawdziwymi jagodami, czyli czymś, czego nie znają w takiej na przykład Irlandii, Anglii czy Serbii. Zastanawia mnie zawsze, co takiego sprawia, że wakacje wywołują w ludziach taki głód? Nie oceniam i nie wyśmiewam, bo we mnie też wywołują, choć przecież na co dzień głodny nie chodzę. Choć u mnie wakacyjne goszczenie się ma raczej związek z tym, że mogę samemu jeść, co chcę, kiedy chcę i być obsługiwany, zamiast od rana do wieczora planować, jak i czym nakarmić trzy głodne gęby.
Każdego roku, tak mniej więcej od maja, na wszystkich popularnych portalach pojawiają się takie same artykuły: o tak zwanych paragonach grozy. Czyli o tym, jak jacyś wczasowicze pojechali nad morze i, ojoj, dostali sążnisty rachunek za kawę i pączka albo za rybę. Za tę nieszczęsną rybę, o której tyle się gada i która, w potocznym rozumieniu, nad morzem powinna być tania, ale nigdy nie jest. Po pierwsze dlatego, że ryba ogólnie tania nie jest, po drugie dlatego, że w miejscowościach wypoczynkowych, tym bardziej popularnych, obojętnie czy w lecie, czy w zimie, nic nigdy tanie nie jest. Bo sezon trwa krótko, bo ludzie muszą zarobić na resztę roku (wiem, uproszczenie), wreszcie, bo turysta i tak zapłaci. I ludzie jadą 700 kilometrów nad morze, siadają przy plaży, zamawiają rybę, a potem są oburzeni, że cena różni się od tej w zamrażarce w markecie. Bo z jakiegoś niezrozumiałego powodu uważają, że powinno tam być tanio.
W Trójmieście często zdarzają się dziwaczne ceny. Pewnie częściej niż gdzie indziej. Można znaleźć średniej wielkości ohydną pizzę za 65 złotych. Można też zjeść bardzo dobrą za 40. Cena normalna, rzekłbym. Za tyle samo zjemy pizzę w Warszawie, Rzymie i Belgradzie. W Chorwacji w kiepskiej knajpie płaciłem za pizzę 13 euro. A za piwo 3.5, to samo piwo, które w pobliskim Plodine kosztowało tylko 1 euro. Tak samo kawa. W restauracji Małe Molo w Sopocie espresso kosztuje 10 złotych. W Coffee Dream w Belgradzie 275 dinarów. Niestety, w większości europejskich krajów jest podobnie. Nie obowiązuje już „tanio”. Obowiązują za to ceny umowne.
W Sopocie wszędzie są knajpy. Wszelakiego rodzaju. Pełno jest też różnorakich smażalni ryb, wiele jest przy wejściach na plażę. I wszędzie są inne ceny. W jednej ryba jest po 17, przy kolejnym wejściu zestaw za 66 (choć nie podają wagi ryby), a sto metrów dalej dorsz chodzi po 19.50 za 100g. Ktoś mi powiedział, że to bardzo drogo, ale w kultowym Barze Przystań sto gramów jest za 20 PLN. Czyli znowu: „ale droga ta ryba”, ale klient do ryby bierze też dodatki. Frytki są po 15, surówka po 14. Czyli 200g porcja ryby jest za czterdzieści, to drogo, a garść smażonego ziemniaka za 15... Ziemniak, jedna z najtańszych rzeczy na świecie. A piwo w pobliskiej Żabce jest za mniej niż 5, czyli jest na nim 300% marży... I piwo leje się strumieniami.
Nie rozumiem tego narzekania. Zawsze można pojechać na Chorwację. Nasi tam jeżdżą i potem opisują, że jest tam nie tylko pogoda, jak brzytwa, ale też tanio i smacznie… Zaraz, stop. Bywałem na Chorwacji. W karcie można tam ujrzeć cenę za „rybę białą kategorii pierwszej”, cena jest za kilogram. W gorszym miejscu będzie to około 60 euro. Czyli: u nas drogo i dziadowsko, tam tanio i smacznie i tylko nie wiadomo, czy problem z głową, czy z matematyką.
Wiemy, że pewne rzeczy nie są warte swojej ceny i czasami od razu wiesz, że robią cię w konia. Może tak być z hot dogiem za 100 złotych, z musującymi winem zamkniętym w ozdobnej flaszy i z torebką z wyprawionej świńskiej skóry, która kosztuje kilka tysięcy euro. Pewne rzeczy po prostu nie są tyle warte i ludzie to wiedzą, ale tyle kosztują, bo niektórzy tyle za nie płacą.
Jeśli uważasz, że powinno być za darmo i męczy cię, że nie jest, to po prostu nie jedź w miejsce, które z zasady musi być drogie. Jest wiele opcji tańszego wypoczynku. Albo pochodź po trawniku za blokiem. Kup rybę, nastrugaj frytek i odpal weka z surówką (dorsz w sklepie to około 120 PLN za kilogram, nawiasem mówiąc w Anglii dorsz jest w tej chwili po 30 funtów). Usmaż sobie tego dorsza z frytkami. Zjedz w ciszy i spokoju, po co się denerwować niepotrzebnie. A potem weź papierek, pobaw się trochę cyframi i zastanów, jaka jest różnica w domu i w lokalu, w popularnym kurorcie, z kelnerską obsługą i tak dalej. Największy absurd zaczyna się właśnie wtedy, kiedy ludzie porównują cenę wakacyjnej restauracji z ceną zakupów spożywczych. To trochę jak narzekać, że bilet do kina kosztuje więcej niż obejrzenie filmu w domu, bo telewizor już stoi w salonie.
Porada dla niektórych wczasowiczów: wszędzie jest coś takiego jak menu. Czyli inaczej jadłospis. Lub też karta dań, jak kto woli. Często wystawiony przed wejściem do lokalu. Czasem jest w środku, można wejść i przejrzeć. Można wreszcie usiąść przy stoliku, zapoznać się z cenami i ewentualnie wyjść.
Dla mnie nie ma czegoś takiego jak paragony grozy. Są za to paragony głupoty. I owszem, są zazwyczaj duże, ale jak wiadomo, za głupotę trzeba płacić.

Komentarze
Prześlij komentarz