Przejdź do głównej zawartości

Jest, jak jest

Na początku września nie będzie nic o wojnie. Nie będzie też nic o szkole. Nawet nie powinno. To niesprawiedliwe pisać zawsze to samo. I nudne. Naprawdę, nie ma nic innego? Że jak biedny, głupi rodzic, to już o niczym nie będzie gęgał, tylko o dzieciach? Tacy są najgorsi. A o wojnie trąbią wszyscy dookoła, słuchać hadko. Pogadajmy więc o basenach. Czas tym bardziej właściwy, bo w Serbii baseny odkryte otwierają pierwszego czerwca, a zatwierają właśnie na początku września.

Mamy basen niedaleko, cztery przystanki autobusem w kierunku Banjica. Basen jest częścią większego kompleksu sportowego Voždovac, gdzie jest siłownia, boiska, korty i kryte hale sportowe. Duży teren z dużym parkingiem, dość niebezpiecznym, bo Serbowie jeżdżą po nim z dużymi prędkościami, zazwyczaj patrząc w telefon. Może dlatego, że jest tam też ośrodek nauki jazdy.

Basen jest na samym końcu parkingu; trzeba przejść przez rzędy samochodów, przebić się przez walające się wszędzie śmieci, często rozbite szkło. Upał zabija, bo w lecie jest często pod 40 stopni, trawa jest żółtym prochem, który rozsypuje się pod nogami, zresztą i tak by jej pewnie nie było, bo lokalsi parkują, gdzie się tylko da, więc trawniki też są gęsto zastawione, zgodnie z zasadą: nieważne gdzie i jak, ważne żeby jak najbliżej wejścia.

Wejście na basen niepozorne, ot drzwi i za nimi dwa okienka. Okienka są obok siebie. W jednym siedzi kobita, która sprzedaje bilety. W drugim siedzi chłop, który sprawdza „belgradskie kartice” – każdy posiadacz takiej karty ma darmowy wstęp na wszystkie odkryte baseny w mieście. Do chłopa często jest spora kolejka, do kobity nie ma nikogo. Mimo to nie ma co prosić kobiety o sprawdzenie karticy, tak samo, jak nie ma co prosić chłopa, żeby sprzedał bilet, jeśli jego koleżanka akurat wyszła przed drzwi na szluga – są wysoce wyspecjalizowani i nie zrobią nic, czego zrobić nie muszą.

Obowiązują ceny umowne. A nawet, powiedziałbym, mocno umowne i to mimo tego, że cennik jest wypisany na przyklejonej taśmą kartce papieru. Bilety są całodzienne, innych opcji nie ma. Normalnie dorosły płaci 750 dinarów, dziecko 5-12 lat 450. Nigdy nie zapłaciliśmy tyle samo. Mój syn i ja, dwie osoby dorosłe (ma 15, więc się według cennika zalicza) płaciliśmy 1500, 1450, 1250 i 1100. Bilet rodzinny (2+2) kosztuje zaś tylko 1200 dinarów. Warto o niego poprosić, bo sprzedadzą, nawet jak rodzina jest 1+2 albo 1+1… Zawsze sprzedaje ta sama pani. Ostatnio wchodząc z dwójką dzieci, zapłaciłem za rodzinną kartę 1000. I nie ma ani co dyskutować, ani co się dziwić, w Serbii jest, jak jest i koniec. Aha, bilety obowiązują na basen zatvoreni albo otvoreni, jak wola, bo jest też kryty, choć mieszać ich nie można, wchodzisz tu, albo tu. My wchodzimy na odkryty. Dajemy bilety i hajda, długim korytarzem, wzdłuż którego jest rząd drzwi, każde z napisem „przebieralnia”, ale wszystkie są zamknięte i przebierać się trzeba nad basenem.

Na zewnątrz smażalnia. Odkryta, wybetonowane przestrzeń i dwa baseny. Pełnowymiarowe, żeby była jasność. Jeden płytki, dla dzieci (taki do 1,20 metra) i drugi dwa metry głębokości, z trybunami z jednej strony. Dookoła drzewa, dające trochę cienia, więc kto szybszy, zajmuje pod nimi miejsce i plażuje na szarej, spalonej ziemi. Kto sobie życzy, może wynająć leżak, których stoją trzy rzędy, a nawet parasolkę. Tu również obowiązują ceny umowne. Zasadniczo jeden leżak kosztuje 450 dinarów. Za dwa i parasolkę można zapłacić 1000, ale można też zapłacić 700. Kto nie chce płacić, rozbija się, gdzie popadnie, bo jest tu dziwaczny zwyczaj plażowania na betonie. Ludzie kładą ręcznik byle gdzie i leżą, smażąc się.

Ogólnie panuje miła, swojska i letnia atmosfera. Wszyscy dobrze się bawią i widać, że wielu przychodzi tam na wiele godzin. Naprawdę, nie dziwię im się. W rozpalonym mieście nie ma co robić w lecie, a skoro masz za darmo, to siedzisz i przynajmniej dzieciaki się wyszaleją. Jest tu kilka punktów gastronomicznych, gdzie można zjeść kobasicę z grilla, pite meso czy burka sa sirom, dla dzieci popcorn, slushy i inne takie, jest kawa, woda i piwo, do tego wszystkiego głośno łupią bałkańskie rytmy. Trzeba trochę uważać, bo jest sporo os, no i wszyscy kurzą, więc wszędzie walają się pety, ale ogólnie, jak na Serbię, to nie jest nawet aż tak bardzo brudno (pod warunkiem, że się nie pójdzie do toalety. Tutaj widać, że ludzie jak nie muszą, to nie korzystają, siurając po prostu do wody).

I tyle dziś o basenie w Banicy, który właśnie się zamknął na cały rok, więc jak ktoś chce odwiedzić, do czego serdecznie namawiam, bo takich miejsc już niewiele, to dopiero od 1 czerwca 2027. Miłe chwile tam spędziliśmy w tym roku, bo naprawdę niewiele jest do roboty w Belgradzie podczas upalnego lata. Aha, warto jeszcze wspomnieć, że cały teren otacza wysokie metalowe ogrodzenie z takimi sterczącymi kolcami. Jakby tego było mało, w niektórych miejscach dodali drut kolczasty. No naprawdę, co można ukraść w listopadzie na basenie?

Końcowa obserwacja jest taka – basen bywa zatłoczony. Czasami jest to nieprzyjemne, bo młode byczki tłuką piłkami, nie patrząc na małe dzieci pływające dookoła. Tłok jest najprawdopodobniej spowodowany tymi bezpłatnymi kartami. Gdyby trzeba było płacić, byłoby tam wszystkiego z dziesięć osób. Serbowie chyba nie lubią płacić. Przy lotnisku Nikoli Tesli jest kilka parkingów. Jak je wyremontowali, to zrobili taki klasyczny drop off, gdzie wjeżdża się za darmo, ale tylko na pięć minut. Od tego czasu prawy pas, od samych parkingów, aż przez rondo i daleko na drogę dojazdową jest zajęty przez sznur samochodów (dobre 500 metrów) z włączonymi awaryjnymi. To wszyscy ci, którzy czekają, aż ich rodzina czy znajomi dadzą sygnał, że już można podjechać. I tak czekają, utrudniając innym dojazd, palą te swoje szlugi i wyrzucają pety przez okno, a z nimi puste butelki, opakowania po batonach i chipsach i kubki po kawie, bo szkoda im zapłacić za parking, gdzie godzina kosztuje około 11 złotych.

I teraz tak. Ludzie nie płacą za parking, więc parking nie zarabia. Nie ma na sprzątanie i te góry śmieci rosną. Na to, że miasto sprzątnie teren obok lotniska, raczej bym nie liczył. Na basenie podobnie. Większość wchodzi za darmo, więc basen finansowo ledwo zipi. Widać to na każdym kroku. Nie ma na nowe płytki, na naprawienie dziur w chodnikach czy poszarpanej betonowej krawędzi. Jak w drzwiach pękła szyba, po prostu zasłonięto ją kawałkiem dykty umocowanym taśmą klejącą. Na dnie przybywa liści i piachu. I nie ma też na sprzątanie kibli, więc ich nikt nie sprząta i w efekcie wszyscy leją do wody. Przypomina mi się Stanisław Anioł, gospodarz domu przy Alternatywy 4 i jego rozmowa z docentem Furmanem:

– Bo widzi pan, lokatorzy się opierają, nie chcą sprzątać. No i niech mi pan powie, że jak oni nie chcą sprzątać, czy od tego będzie czyściej?
– Chyba nie.
– A jak nie będzie czyściej, to jak będzie? Brudniej tak? No i kto na tym ucierpi?
– Chyba wszyscy.

No i tak cierpimy, wszyscy, w tej pięknej Serbii, a lato się kończy, więc pora się przenieść na basen kryty, gdzie też się dzieje i jest, jak jest, ale to temat na osobną opowieść.



Komentarze