Przejdź do głównej zawartości

Rzym: Najpiękniejsze miasto świata

Rzym. Wieczne Miasto. Miejsce, w którym teraźniejszość przenika się z przeszłością na każdym kroku. Mały punkcik na wielkiej mapie, niby podobny do tylu innych punkcików, ale to właśnie on rozrósł się do ogromnych rozmiarów, formując kręgosłup większości znanego dzisiaj świata. Bez wątpienia kolebka zachodniej cywilizacji. Dla wielu, najpiękniejsze miasto świata.

Rzym po raz pierwszy

Była to moja druga wizyta w Wiecznym Mieście. Wcześniej byłem tam z żoną, dobre siedem lat temu. To był super wyjazd, zwłaszcza że po raz pierwszy zostawiliśmy naszego pięcioletniego synka całkowicie pod opieką babci. Krótki wyjazd, kilka dni, ale dobrze je spędziliśmy. Widzieliśmy wszystkie obowiązkowe zabytki i odwiedziliśmy więcej niż kilka dobrych restauracji. Podobało mi się do tego stopnia, że powiedziałem później, iż Rzym jest jednym z nielicznych miast na świecie, w których mógłbym zamieszkać na stałe.

Stolica Włoch ma to „coś”. Nie wiesz, co to jest, ale czuć to na każdym kroku. Ktoś powie, że to duch czasów minionych, unoszące się w powietrzu dwadzieścia osiem wieków historii. Ja myślę, że to dokładnie to samo, co spowodowało, że właśnie w tym miejscu, w którym nie było nawet dobrej wody do picia, ludzie postanowili założyć osadę. Czysta magia.

Współczesny Rzym huczy i buzuje, prawdopodobnie tak samo, jak ten starożytny. Nie przeszkadza to w najmniejszym stopniu cieszyć się każdą chwilą, spacerować, bo będąc tutaj, wcale nie musisz zwiedzać zabytków czy buszować po galeriach. Możesz się po prostu włóczyć po ulicach i rozglądać. I obojętnie, czy za dnia, czy w nocy, zawsze czuć to „coś”. Kto nie był, niech uwierzy na słowo.

Rzym po raz drugi

Tym razem pojechałem z synem, który ma już dwanaście lat i oświadczył, że może już pojechać na “city break” i właśnie chciałby do Rzymu. Żeby wszystko niby zobaczyć. Ja też chciałem ponownie zobaczyć i jeszcze raz odetchnąć powietrzem Lacjum.

Z Belgradu do Rzymu leci się godzinę. Bardzo to przyjemne, choć niestety, wybierając taniego Wizzaira, jesteśmy skazani na lot bardzo wczesny i lądowanie na Ciampino. Lądują tam same niskobudżetowe linie lotnicze. Jednocześnie z nami przyleciały ze trzy samoloty z Polski, co skutkowało długą kolejką do toalet i jeszcze dłuższą do autobusów. My wybraliśmy taksówkę, bo nikt tego środka lokomocji nie wybrał, a syn źle znosi podróże i chcieliśmy dotrzeć jak najszybciej na miejsce. Kosztowało nas to €50 (na Awentyn), ale zgodziłem się na cenę, wiedząc, że nas prawdopodobnie rąbią (powinno być €35-40).

Hotel na Awentynie

Zatrzymaliśmy się w hotelu Santa Prisca na Awentynie. Z Ciampino jedzie się tam około 25 minut. Nie była to ciekawa jazda. Mój synek źle znosi latanie, ale jeszcze gorzej długotrwałą jazdę samochodem. Tym razem nie było tak źle, zwymiotował dopiero pod sam koniec jazdy. I tu ciekawostka. Zawsze (nauczony doświadczeniem) mam przy sobie torebki z samolotów, tak zwane “rzygowniki”. Powiem wam szczerze, że torebki z Wizzair nie spełniają żadnych standardów. Nie nadają się. Niby śliskie w środku, ale nie są takie jak inne. Momentalnie zaczynają przeciekać i zawartość kapie ci na buty. Te z LOT, czy z British Airways możesz trzymać w ręce nawet kilka godzin i nic nie wycieknie.

Z całej drogi pamiętam jedno. W pewnym momencie jedzie się starożytną Via Appia. Wiem, że została ona odrestaurowana. Wiem, że to nie ta sama droga, która w starożytności prowadziła z Forum Romanum do Kapui i dalej, ale nie dbam o to. Jedzie się po kocich łbach, na których współcześni namalowali sobie linie i pasy, samochód się lekko telepie, ale mimo wszystko jedzie się dość wygodnie. Mając w dodatku świadomość, że po tej samej drodze maszerowali Rzymianie ponad dwa tysiące lat temu. Dla mnie jest to specyficzne uczucie. Bo myślę sobie: ale drogi te chłopaki kiedyś robili. Teraz mamy materiały, maszyny i technologie, a w takiej Serbii żadna droga nie jest gładka. Każda wykręci i połamie ci nogi. A w Polsce budują autostradę i zanim skończą, już zaczynają ją remontować. Via Appia to był prosty bruk. Który ciągle trwa i służy, już przez dwa tysiące lat. Droga, przy której ukrzyżowano Spartakusa i prawie sześć tysięcy zbuntowanych niewolników. Dla mnie coś fantastycznego.

Droga przechodzi przez Porta San Sebastiano i mur Aureliana i idzie sobie dalej, my przed samą bramą skręciliśmy i po kilku minutach byliśmy już w naszym hotelu, który znajduje się jakieś czterysta metrów od piramidy Cestiusza, a tym samym stacji metra Piramide (dwa przystanki niebieską linią do Koloseum, w sumie cztery do Termini).

Santa Prisca to bardzo miły i przytulny hotel. Z jednej strony polecam, z drugiej nieszczególnie. Czysto tam bardzo, obsługa strasznie miła. Śniadanie, cóż, skromne, choć wystarczające. Hotel nie leży przy ulicy, tylko w głębi własnego ogrodu, co oddala go nieco od hałasu, posiada niewielkie patio, zaraz za recepcją i taras, gdzie można usiąść w cieniu kilku parasolek, ale tylko wieczorem, bo w dzień zbyt tam gorąco. Jest niewielka restauracja, serwująca lunch i kolację (standardowe rzymskie potrawy) i bar, czynny dość długo i niezbyt drogi.

Dlaczego polecam? Bo miły.
Dlaczego nie?

Cóż, odległości, to raz, będzie o tym później. Powiem, co było głównym powodem wybrania tego hotelu. Zaraz za płotem mieści się Aventino Nuoto Roma. Basen. Taki był nasz plan. Zwiedzać i basenować i dlatego też zapakowaliśmy do walizy wszelki niezbędny sprzęt. Co dalej? Miła obsługa na basenie już pierwszego dnia nam wytłumaczyła, że owszem, pływać mogą, ale tylko ci, którzy skończyli szesnaście lat. A dla bobasów w wieku dwunastu lat coś macie, zapytałem? Można wykupić szkółkę pływania z instruktorem. A jak chce popływać tata z synem? A to nie, nic nie mają. I tyle popływaliśmy.

Jeszcze kilka spraw. Pokój bardzo skromny. W szafie żadnych półek. Ledwo starczyło miejsca na walizę. Brak sejfu, co dla mnie osobiście jest sporą niedogodnością. Co więcej, brak lodówki, czy też mini baru, który się przydaje, choćby do schładzania wody. Nie wspomnę nawet o tym, że fajnie jest wypić sobie wieczorem w pokoju piwko, a chłodzone w bidecie nigdy nie osiągnie idealnej temperatury.

Rzymski piechur

Muszę przyznać, że mój syn niedaleko padł od jabłoni. Ja po prostu lubię chodzić. Zawsze wszędzie chodziłem na nogach, chodziłem po górach, dolinach i miastach, zdobywając nawet złotą odznakę PTTK i srebrną GOT. Mój Maks nigdy nie był w mieście, gdzie przez tydzień trzeba tupać i zwiedzać, gdzie trzeba się nachodzić, żeby coś zobaczyć. I powiem, że nie pękał na robocie. Chodziliśmy równo, nawijając kilometry na sandały. Pierwsze dwa dni, tylko na nogach. Zrobiliśmy w sumie pewnie około 30 kilometrów. Potem zaczęliśmy korzystać z metra.

Do Koloseum tylko dwadzieścia minut na piechotę. Potem drugie dwadzieścia do Panteonu. Idąc w drugą stronę, wzdłuż Tybru, mieliśmy jakieś pół godziny do Largo Argentina. Niedaleko, tylko że potem trzeba jeszcze wrócić. Lubiliśmy sobie wyjść, zrobić trasę i coś zobaczyć, zjeść i wrócić do hotelu, żeby się trochę ochłodzić. Potem wychodziliśmy jeszcze raz, mając na celowniku inną atrakcję. A to oznaczało, że idąc “tam i z powrotem” dwa razy dziennie, tracilibyśmy około trzech godzin. Stąd metro, choć stacje są rozłożone tak dziwnie, że i tak z takiego na przykład Piazza Navona trzeba z pół godziny do metra iść, czyli w sumie niewiele krócej, niż do hotelu…

Dlatego bym właśnie nie polecał naszego hotelu. Ani żadnego z tysięcy innych, tych, które leżą nieco dalej od centrum (niekoniecznie tańsze), niby dogodnie, bo zaraz przy metrze, ale i tak pochłaniają masę twojego czasu. Wszędzie są też oczywiście taksówki, wcale nie drogie, ale to też trwa. My wracaliśmy po kolacji do hotelu, zmęczeni i zadowoleni, na ogół około dziewiątej. Potem już tylko się relaksowaliśmy. W okolicy było kilka restauracji i barów, jedna dobra pizzeria, ale w sumie gdzie będę z dwunastolatkiem wieczorami łaził? Niby racja, ale w samym centrum życie jednak trwa i tłumy szwendają się do późna. Fajnie byłoby spacerować nocą po rzymskich ulicach, czy posiedzieć w lokalu z widokiem na di Trevi.

Gdy szukałem hotelu, był jeden o rzut kamieniem od Campo de’ Fiori. Trochę szrot i droższy od naszego o 200 euro, ale już wiem, że coś takiego byłoby w sumie lepsze. I to właśnie polecam, szczerze. Na pewno jeszcze wrócę do Rzymu. Ulokuję się wtedy w samym centrum. Może będzie trochę drożej, ale wygram na tym dużo czasu i przyjemnie będzie się poszlajać wieczorem, gdy wszystko ładnie oświetlone, pachnie jedzenie i wszyscy sobie chodzą, potykając się o worki ze śmieciami, uskakując przed wszędobylskimi taksówkami i jedząc lody.

Koloseum

Koloseum jakie jest, każdy wie. Przynajmniej wiedzieć powinien. Widziałem go już wcześniej i zrobiło wtedy na mnie wrażenie (byłem w Rzymie z siedem lat temu). Teraz zajrzałem online i oczywiście wszędzie jest napisane, żeby zarezerwować bilety, bo inaczej jest mała szansa, że wejdziesz. To jest kit. Są kasy i są bilety, mała szansa, że ktoś nie wejdzie, tyle tylko, że naprawdę długo trzeba stać. I tak jest wszędzie. Kolejki są spore, czasami na dwie i więcej godziny stania. Tylko dlatego warto rezerwować bilety wcześniej i wejść bez kolejki, choć dwa razy drożej. Oszczędzasz czas. Ja rezerwowałem bilety dzień przed więc i tak nie miałem wielkiego wyboru, bo większość była już wyprzedana, Warto to zrobić wcześniej.

Kolejna sprawa: zwiedzanie z przewodnikiem. Nigdy wcześniej nie brałem, dopiero teraz. Uważam, że warto. Zawsze trochę się człowiek dowie, bo inaczej chodzisz jak ten muchomor i oglądasz gołe kamienie. Oczywiście szału nie ma, podczas tak krótkiej wizyty wiele nie usłyszysz; kilka faktów i ciekawostek, ale i tak warto. Poza tym grupy z przewodnikami wchodzą bez kolejki. Inna sprawa, że Koloseum, jakkolwiek robi wrażenie, to gigantyczna, naładowana historią budowla. Żeby samemu ją dokładnie zwiedzić, pewnie trzeba by było kilku wizyt, w dodatku mając w ręku jakieś szczegółowe opracowanie tematu, a całości nie ułatwiają tysiące turystów.

Jedna rzecz. Rezerwując taką atrakcję, od razu widzisz, ile to wszystko potrwa. Koloseum – trzy godziny. Sporo, myślisz sobie, ale w planie oprócz tego jest jeszcze Palatyn i Forum Romanum. W dodatku twój czas liczy się od momentu spotkania przewodnika, a zawsze jest zamieszanie i spóźnialscy, poza tym trzeba jeszcze doczłapać na miejsce, co też dobry kwadrans zabiera. Mimo to polecam.

Co jeszcze widzieliśmy w Rzymie

Ano, większość tego, co trzeba, czy może raczej: co w czasie sześciu dni zobaczyć trzeba. A jest to mała cząstka tego, co zobaczyć można. Nie było czasu na zaliczanie muzeów ani na wypad gdzieś dalej. I dobrze, bo będzie powód do kolejnej wizyty w Wiecznym Mieście.
Jeszcze tylko o Watykanie powiem.

W lodziarniach po drodze do placu Świętego Piotra sprzedają najgorsze lody świata. Nie jedzcie tam, tak samo, jak unikajcie wszelkich knajp pokazujących wam na obrazkach jak wygląda jedzenie (osławione menu turistico, czyli przekonanie, że turystów można karmić byle czym, bo i tak się nie znają).

Plac Świętego Piotra robi wrażenie, tak samo, jak Bazylika. Byłem tam już wcześniej, czekałem tylko, aż syn zobaczy i nie zawiodłem się: podobało mu się. W kolejce staliśmy niedługo, około półtorej godziny w palącym słońcu. Co okazało się głupotą. Dzień później mieliśmy zarezerwowane wejście do Muzeów Watykańskich, połączone ze zwiedzaniem Kaplicy Sykstyńskiej. Przekonałem się wtedy, że wyjście z Muzeów jest tuż za bramkami, przez które wchodzą wszyscy czekający w tej gigantycznej kolejce na placu. Warto może inaczej zaplanować dzień. Kupić wejście do Muzeów rankiem i potem na spokojnie wejść sobie do Bazyliki Świętego Piotra, bez tego całego czekania.

Muzea Watykańskie i Kaplica Sykstyńska

Był to najsłabszy punkt całej wycieczki do Rzymu. Słowo; męczyłem się bardzo i uważam, że nie warto. Ja w ogóle uważam, że nie warto zwiedzać muzeów, bo to i spocone tłumy, czas leci, a i tak człowiek rzadko wie, co ogląda. Szlagiery jak Mona Lisa tak samo dobrze wyglądają w internecie i męczyć się nie trzeba, przechodząc przez te wszystkie sale pełne facetów siedzących na koniach. Tak samo jest w Watykanie. Nie przeczę, że jest tam kawał historii, sporo dobrej sztuki i piękna. Tyle tylko, że doświadczyć się tego nie da. Już pomijam, że spotkanie z przewodnikiem jest dość daleko od wejścia. Że jest osobna kolejka dla grup, a potem totalny chaos po przejściu przez ochronę. Ludzie, jeśli myślicie, że na Oxford Street albo w Luwrze jest tłum, to nic nie wiecie. W Muzeach Watykańskich są tysiące ludzi. Tam nawet nie chodzisz, bo się nie da. Drepczesz, prawie w miejscu, kopiąc butami tych przed tobą, podczas gdy ci za tobą kopią ciebie, sapią i ocierają cię z każdej strony. Nic nie jesteś w stanie zobaczyć. W tym hałasie ledwo słychać głos przewodnika, który idzie szybko i tylko mówi ci, jak kręcić głową, ale nie ma szans, żeby zatrzymać się przy jakimkolwiek zabytku. Widziałem Grupę Laokoona, głowę Cezara i kilka innych, ale to wszystko mignęło mi, zupełnie jakbym oglądał kolarzy podczas Wyścigu Pokoju na A4. Tak jest od samego początku, do samego końca. Nawet jak sam wejdziesz i chcesz pooglądać, to nie masz szans obcować z arcydziełami sztuki. Tłum cię bezlitośnie przepchnie. Chcesz zwiedzić Muzea Watykańskie? Zrób to online. Zobaczysz więcej i jeszcze sobie o tym poczytasz. Poważnie.

Aha, zapomniałem o Kaplicy Sykstyńskiej. To dopiero jest pełnokrwiste doświadczenie. Przewodnik objaśnia wszystko na dziedzińcu, posiłkując się stojącymi tam tablicami, bo w samej Kaplicy obowiązuje cisza. Przestrzega też przed robieniem zdjęć. Długo się tam idzie, a potem, gdy już wchodzisz, szczęka ci opada. W środku jest z osiemset osób, stłoczonych jak sardynki w puszcze i tak samo pachnących. Kurde, nic tam nie widać. Patrzysz na te wszystkie malowidła, naprawdę, są imponujące. Wiesz, że smarowali je przez piętnaście lat, że Michał Anioł i że odbywa się tam konklawe. Patrzysz do góry na słynne malowidło przedstawiające Adama, to z palcem, ale sufit jest dwadzieścia metrów nad tobą, a ludzie napierają ze wszystkich stron. W dodatku wszyscy głośno gadają i większość robi zdjęcia. Powtórzę po raz kolejny. Warto obejrzeć sobie te malowidła na spokojnie, w internecie i warto o nich przy okazji co nieco poczytać. To wspaniały kawał historii, ale na miejscu napawać się ciężko.

Ciekawostki

Largo di Torre Argentina

Miejsce gdzie dokonano najsłynniejszego zabójstwa w historii. Miejsce nieco się zmieniło, bo dotychczas można było oglądać pozostałości czterech świątyń z poziomu ulicy. Teraz można zejść na dół i kosztuje to tylko pięć euro. Będzie jednak rozczarowany ten, kto myśli, że stanie na bruku, na którym zasztyletowano Cezara. Rampa prowadzi wzdłuż frontów świątyń, a morderstwa dokonano w portyku za świątyniami B i C, czyli stanąć tam nie sposób, chyba, żeby się wedrzeć. Co jest możliwe, bo najbliższy strażnik siedzi wewnątrz zacienionego pomieszczenia tuż przed świątynią D, czyli zanim by cię dopadli, zdołałbyś strzelić selfie i nawet go wysłać do sieci.

Tyber

Rzeka, która ma wyjątkowy, zielony kolor. Wygląda, jakby w Rzymie cały czas obchodzili Św. Patryka. Przewodnik mówił, że nie sposób było pić wodę w Tybru w dawnych czasach i nie sposób pić ją obecnie. Właśnie dlatego starożytni budowli akwedukty. Sprowadzali świeżą wodę z gór odległych o 80 kilometrów. Chciało im się. W dodatku wodę zapewniało miasto i nie trzeba było za nią płacić. Ja zastanawiam się, dlaczego to miejsce. Zapytałem syna: gdzie według ciebie starożytni zakładali osiedla i budowali swoje cywilizacje? Tam, gdzie jest woda, odpowiedział. Dlaczego więc tutaj, nad Tybrem? Rzym zaczął się w epoce żelaza, na jednym ze wzgórz, na Palatynie, od prostych pasterzy owiec. Co było takiego wyjątkowego w tym właśnie miejscu?

Zapach Rzymu

Wiele miejsc ma swój zapach, jeszcze więcej ma swój własny smród. Rzym pachnie. Włochy pachną. Grecja pachnie, Dominikana pachnie. Hiszpania trochę, tak samo Polska. Anglia jest neutralna, podobnie Irlandia. Tajlandia pachnie lekko, dość przyjemnie, a Paryż śmierdzi moczem. Belgrad śmierdzi. Belgrad to tysiące samochodów. Jest tam zielono, ale wszędzie śmierdzi spalinami. Pyłem i brudem. Człowiek się tam dusi. W Rzymie pachnie. Nie wiem, skąd się to bierze. Jest masa kwiatów, do tego wszędobylskie pinie i strzeliste tuje. To chyba to, choć w Rzymie też są przecież tysiące samochodów, które też przecież smrodzą. A jednak tego nie czuć. Mieszkańcy wystawiają worki ze śmieciami na ulicę, w środku miasta, bo tak już tam jest. Turyści śmiecą na potęgę, bo w Rzymie kosze na śmieci to rzadkość, a nie jest tak brudno, jak w Serbii. Ludzie chodzą z psami, ale ciężko zobaczyć psią kupę. Rzym pachnie.

Dziurka od klucza

Poszliśmy z synem na spacer. Niedaleko od nas było wejście na Awentyn. Trzeba trochę podejść pod górkę, potem piękny widok ze szczytu. Widać cały Rzym, choć bez aż takich szczegółów, jak przy widoku z Zamku Świętego Anioła. Widać też kopułę Bazyliki Św. Piotra, można zrobić kilka fajnych zdjęć. Poza tym wiele więcej na Awentynie moim zdaniem nie ma. Kilka kościołów i tyle. No, może jeszcze jedna rzecz. W pewnym momencie wyszliśmy na plac. Po lewej była budka z lodami i napojami, obok budki jakiś włoski pieśniarz śpiewał rzewne pieśni. Na środku placu kolejka. Z pięćdziesiąt osób stoi przed zamkniętymi drzwiami. Poważnie. Nikt nigdzie nie wchodzi. Stoją. Podwójne zielone wrota wiodą do siedziby należącej do Zakonu Kawalerów Maltańskich. Ludzie stoją, patrzą przez dziurkę od klucza, robią zdjęcia i odchodzą. Nie wiedzieliśmy, o co chodzi. Zaintrygowało nas to, że w kolejce stali sami Polacy (hałaśliwie zachowująca się wycieczka). Musieliśmy się dowiedzieć. Staliśmy pół godziny. Przez dziurkę widać kopułę Bazyliki Świętego Piotra. Ciekawy widok, choć jak mi powiedział syn, dupy nie urywa. Lepsze zdjęcie można zrobić z każdego innego miejsca, a przez dziurkę ciężko, bo zwykły telefon tego nie złapie. A jednak wszyscy stoją. Jadą do Rzymu, płacą za zwiedzanie i przewodnik prowadzi ich do tego właśnie miejsca. Robią zdjęcia, zadowoleni i odchodzą napić się w kiosku wody.

Roma Aeterna

Rzym pachnie. Rzym wygląda. Rzym ma klimat.

Lubię to miasto, ale być może mam tylko jakiś dziwny sentyment. Oto właśnie zrewidowałem swój pogląd. Chyba jednak nie mógłbym tam mieszkać. Fajnie przyjechać i pooglądać zabytki, powłóczyć się ulicami, pojeść makaronów i pizzy. Albo pinsy (o jedzeniu będzie w części drugiej). Ciężko byłoby mieszkać. Tłok, trudności z parkowaniem i tak dalej. Poza tym miliony turystów i fakt, że gdy tam mieszkasz, te wszystkie atrakcje niewiele dla ciebie znaczą. Powszednieją. A może po prostu nie masz na nie czasu? Fajnie widzieć Koloseum z okna, ale jak często będziesz tam chodzić? Znam ludzi, którzy mieszkali w Warszawie przez pięć lat i nigdy nie byli w Łazienkach.

Jadąc do Rzymu, bierzcie hotel w samym centrum. Trochę drożej, ale fajniej i wygodniej. Nie ma co żydzić, więcej wydacie na taksówki, a w metrze łatwo zostać skubniętym. Planujesz wycieczkę, szybko rezerwuj hotel i bilety na wszelkie atrakcje. Nie warto stać w tych wszystkich kolejkach. Lepiej usiąść i zjeść dobry makaron.

Na zakończenie tradycyjny dowcip prowadzącego

Mieszkańca Rzymu zapytano, jak to jest mieszkać w najpiękniejszym mieście na świecie. 

Nie wiem, odpowiedział. Nie mieszkam w Bydgoszczy.


P.S. Dowcip usłyszałem (i uwidziałem) na kanale Cezarego Pazury. Mówię o tym nie, żeby promować, tylko żeby oddać sprawiedliwość. Przy okazji pozdrawiając. 


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Układ Warszawski: Reaktywacja

Piętnastego maja 2024 miał miejsce zamach na premiera Słowacji, Roberta Fico. Premier na szczęście przeżył i został już nawet wypisany ze szpitala. Brawo, panie Fico! Szybkiego powrotu do całkowitego zdrowia i uważaj pan na siebie! Bo ciągle może być różnie!  Do zamachu doszło tuż po zakończeniu wyjazdowego posiedzenia słowackiego rządu w miejscowości Handlová. Premier podszedł do zgromadzonych tam ludzi, aby się z nimi przywitać i wtedy padły strzały. Poważnie ranny w brzuch i klatkę piersiową Fico został przewieziony do szpitala w Bańskiej Bystrzycy, gdzie przeszedł dwie operacje. Jego stan jest stabilny. Zamachowiec Zamachowcem okazał się jakiś dziwny dziadek, ni to poeta, ni to ochroniarz, a w gruncie rzeczy oszołom i bezrobotny. Momentalnie zaczęły się mnożyć różne teorie. Słowackie służby nie wykluczają wpływów zewnętrznych. Polskie media nie wykluczają wpływów rosyjskich. Dowodem na to mają być kontakty zamachowca z organizacją „Słowaccy poborowi”, „która na swoich profilach w s

Mam kota

Fajny tytuł, prawda? Niby konkretny, a przecież to proste wyrażenie można zrozumieć na kilka sposobów. Podobno jego znaczenie zależy też od regionu Polski, choć u mnie, gdy powiesz, że ktoś ma kota, albo dostał kota, wszyscy odbiorą to jednoznacznie. Zawsze śmieszyło mnie, że w Elementarzu Ala ma kota. Że uczyli nas czytać, opisując przygody młodej wariatki. Oczywiście nie kwestionowałem tego, bo w tamtych czasach uczono nas też o Murzynku Bambo i nikomu to w niczym nie przeszkadzało. Nie, nie zwariowałem. Mam kota, naprawdę. Malutkiego, czarnego dachowca. Na ratunek Robiłem coś w kuchni przy zlewie i wyjrzałem przez okno. Za oknem mam bramkę i taki mały, wewnętrzny dziedziniec, z którego można iść do głównej bramy albo w dół, schodami do garażu. Przy tych schodach do garażu jest też kawałek trawnika. Taki z ławką i małą latarnią, wielkości dużego pokoju, gdyby ktoś z mieszkańców chciał tam posiedzieć, że niby na powietrzu, choć nikt tam nigdy nie siedzi, bo i nie ma po co. Zobaczyłem

Iż Polacy nie gęsi

W dzisiejszym odcinku porozmawiamy o portalach internetowych. Czyli o miejscach, z których znakomita większość Polaków czerpie wiadomości o świecie. Skupię się na jednym z nich, takim, który wszyscy znają i który cieszy się sporym zaufaniem społecznym, Interii. Czy słusznie? Zobaczmy. W Polsce są trzy główne portale. Każdy ma swój ulubiony i rzadko zagląda na inne. Pewnie dlatego, że na wszystkich jest z grubsza to samo. Są to wielkie multimedialne platformy, na których można znaleźć wszystko w jednym miejscu, więc nie trzeba samemu robić uciążliwej prasówki skakając po różnych kanałach informacyjnych. Z racji swojego zasięgu portale te biorą niestety czynny udział w kształtowaniu opinii publicznej i przez to z pewnością bardzo poważnie traktują swoją dziejową misję. Tym bardziej dziwi fakt, że po prostu roją się od błędów. Zostawmy na boku treść, choć wartość merytoryczna przeważnie pozostawia wiele do życzenia. Jestem świadom istnienia sztywnych redakcyjnych wytycznych i tego, że trz

Ponure perspektywy

Dawno nie pisałem. Przepraszam, ale jakoś sporo rzeczy się zebrało. Mam nawet nowy tekst (o kocie), ale na chwilę go zawieszam, żeby zapromować coś innego, bo czasami warto. Zapraszam na dość świeży materiał z Katarzyną Szewczyk. Katarzyna Szewczyk jest znana z YouTube, oficjalnie jest absolwentką ekonomii i doradcą inwestycyjnym. Nieoficjalnie to osoba obserwująca świat, która nie boi się mówić o trudnych sprawach i wcale nie robi tego po to, żeby kogoś przestraszyć. Raczej po to, żeby otworzyć ludziom oczy. Oczywiście wielu jest (i będzie) takich, którzy uważają ją za szurniętą. I ona doskonale o tym wie. Trudno jest głosić tego typu rzeczy (różne teorie teoretycznie spiskowe) bez narażania się na przyklejenie łatki foliarza i kretyna. Problem jest niestety taki, że ludzie sami nie bardzo już chcą myśleć. Szkoda im na to czasu, podczas gdy nie szkoda im go na smarowanie paluchem po ekranie telefonu. Teorie spiskowe Jeśli o mnie chodzi, to mam do teorii spiskowych podejście delikatne.

Łypacz Powszechny 5

Idzie wiosna. Pora odświeżyć szare komórki. Dziś oczywiście międzynarodowo i absurdalnie. Będzie to odcinek optymistyczny, żartobliwy, wesoły z akcentami humorystycznymi. Na początek z hukiem  12 marca to data, którą warto zapamiętać. Nie dlatego, że są to imieniny Grzegorza, ani dlatego, że są to urodziny Mandaryny. Ani tym bardziej dlatego, że w ten dzień w roku 1894 roku Coca-Cola po raz pierwszy została sprzedana w butelkach w sklepie ze słodyczami w Vicksburgu w stanie Mississippi. Powodem wyjątkowości tej daty jest to, że w ten dzień dwóch najważniejszych ludzi w Polsce, prezydent i premier, zostało jednocześnie wezwanych na dywanik przez prezydenta USA. Uśmiechnięci, podkulili ogony i pomknęli na audiencję. Reprezentujący nas Andrzej Sebastian D., w tekście opublikowanym na łamach „Washington Post” w przeddzień spotkania z prezydentem Joe Bidenem zapowiedział, że podczas rozmów zaproponuje, by zwiększyć uzgodniony wymóg wydawania co najmniej dwóch procent PKB na obronność do trz