Przejdź do głównej zawartości

Trzy słowa o futbolu

Dziś będzie trochę o piłce nożnej, w dodatku tak sobie, bez żadnego konkretnego powodu, bo czyż zawsze powód być musi? Ale że nie wszyscy piłkę lubią, choć to podobno nasz narodowy sport (ja w ogóle nie wiem, czy my mamy jakiś narodowy sport), to i będzie też o kilku innych rzeczach.

Słowo Pierwsze

(takie trochę wstępne, które właśnie zaczyna się od wyznania, że ja w zasadzie wielkim fanem piłki nożnej nigdy nie byłem)

No nie byłem, co zrobisz. I na mecze nigdy mnie nie ciągnęło. Wiem, ludzie mówią „atmosfera”, ale mnie się tam nie podoba, bo to i wrzask i widać niewiele, a jak ci się siku zachce, to dopiero się dzieje. Byłem na kilku meczach w życiu, ale wolę oglądać przed telewizorem, gdzie ciepło, cicho i ma człowiek luksus powtórek. Zresztą, ciężko było kiedyś na mecze chodzić, bo nikt w rodzinie kibicem nie był, a lokalna, małomiasteczkowa drużyna grała w jakieś okręgówce, to gdzie było chodzić? Dawniej w telewizorze też niewiele pokazywali: były mecze reprezentacji i oficjalne turnieje, o zagranicznych ligach mało kto co wiedział, a Ligi Mistrzów jeszcze nie wymyślono.

Właściwie, to tak bardziej zacząłem się interesować od Mundialu w osiemdziesiątym drugim. Wtedy zacząłem za piłką biegać i oglądać, co tylko się dało. Nigdy nie przerodziło się to w prawdziwą miłość, nigdy nie ekscytowała mnie polska liga, choć później, już na studiach, gdy można już było oglądać różne europejskie puchary, nie powiem, działo się. I tak jakoś to u mnie leciało. Mistrzostwa Europy i Świata, ciekawsze mecze Ligi Mistrzów i w zasadzie tyle. W Anglii nie oglądałem nic innego, tam trzeba było sporo dopłacać za Sky Sport, więc nie było po co. Podobnie w Serbii, kanałów sportowych była cała masa, pokazywali dosłownie wszystko (druga liga Turecka, druga Grecka, liga Macedońska), ale jak chciałem obejrzeć mecz reprezentacji Polski, to pokazywali tylko do hymnu – potem wyskakiwał napis, że prawa i licencje. A potem, nagle, licencje gdzieś przepadły. Nie wiem jak, nie wiem, dlaczego, ale nagle wszystkie sportowe kanały zaczęły działać (bez dodatkowych opłat). Stałem się posiadaczem wszystkich możliwych lig i rozgrywek (nazwij, jaką chcesz, ja ją na pewno mam). No i się zaczęło.

Zawsze lubiłem Real Madryt, więc postanowiłem to oglądać. Dodatkowo weszła Barcelona – postanowiłem być świadkiem zmierzchu kariery Lewandowskiego. Zacząłem oglądać wszystkie mecze Realu i Barcelony. Sezon się skończył, zacząłem kolejny (tegoroczny). Obejrzałem tak piętnaście kolejek La Liga plus mecze w Lidze Mistrzów. Aż przyszło opamiętanie.

Człowiek leży i ogląda. Czeka na kolejny mecz (luksus jest taki, że kładziesz dzieci spać i potem leżysz, pogryzając paluszka do piwa i oglądasz niejako na żywo, potęga telewizji) i jest fajnie. Dwa zespoły, dwa mecze tygodniowo. Wychodzi najmarniej osiem godzin. Patrzenia na to, jak banda chłopaków kopie skórzany worek. Osiem wieczornych godzin, gdy dzieci już nie ma, gdy nikt nie przeszkadza, gdy można zrobić wszystko. Osiem godzin. Które można przecież spędzić dużo lepiej. Bardziej produktywnie.

Ktoś powie: takie mam hobby, lubię oglądać mecze, interesuję się tym. I ja to rozumiem. Tu ciężko dyskutować, bo wejdziemy w niepewne rejony – czym różni się oglądanie meczów od czytania książek, sklejania modeli czy przycinania róż w ogródku? Niczym. Każdy lubi to, co lubi. Tak samo można odpowiedzieć – ja lubię oglądać pierdoły w internecie. Ja lubię TikToka. A ja lubię oglądać seriale na Netflixie. Hobby to hobby i w końcu każdy ma prawo sam zdecydować, na co wydatkuje swój własny czas. Ja zdecydowałem to moje radosne oglądanie zminimalizować. Nie czułem się z tym źle, ale wiem, że można ten czas wykorzystać lepiej.

Osiem godzin tygodniowo to ponad 400 godzin rocznie. Kupa czasu. Co byś zrobił/zrobiła gdybyś nagle dostał 400 ekstra godzin do wykorzystania? Bo taka jest teraz moja wizja – oglądanie futbolu jest miłe, przyjemne i beztroskie, ale skoro nie bardzo różni się od bezmyślnego suwania palcem po ekranie telefonu – tylko ode mnie zależy, co z tym czasem zrobię. No przecież, że czasem obejrzę, ale czasem może zrobię coś innego, bo sport, jak się okazuje, jest całkiem sprawnym złodziejem czasu.

Słowo Drugie

(o tym, co widziałem podczas jednego meczu)

Był to mecz Realu Madryt. Nie pamiętam z kim. Otóż zawodnik Vinicius Junior, znany zarówno ze swojego temperamentu, jak i z ciągotek do teatralnych zachowań, zrobił… (i tu nie pamiętam, co właściwie zrobił). Ważne, że wściekły jak osa podszedł do sektora kibiców drużyny przeciwnej i coś tam im pokazał i powiedział. Kibice odpowiedzieli, jak się można domyślać, proporcjonalnie. Zmroziło mnie. Kilka razy przewijałem tę scenę.

Trybuny zawrzały. Ludzie wychylali się i wrzeszczeli. Absolutnie każdy. To była czysta, skondensowana nienawiść. Pięści, środkowe palce, wykrzywione twarze. Wyzywali, wygrażali i obrażali gościa, który był zawodnikiem przeciwników. Sportowcem. A oni byli kibicami. Przyszli (zasadniczo) obserwować wyczyny swoich idoli, cieszyć się dniem, doceniać wirtuozerię współczesnych gladiatorów i ekscytować się zdrowym współzawodnictwem. W teorii. W praktyce wszyscy, a było tam sporo kobiet i dzieci (prawdziwy kibic nasącza skorupkę miłością do sportu już we wczesnej fazie, często kupując te małe koszulki z nazwiskami zawodników, małe ręczniki, czapeczki i śliniaki), nienawidzili.

Uświadomiłem sobie, że żaden inny sport nie wytwarza takiej masy negatywnych emocji. Nie wśród zawodników, bo tym szybko przechodzi (nawet bokserzy, którzy się niemiłosiernie piorą, ściskają się na koniec walki, nawet hokeiści czy zawodnicy rugby), ale wśród zwykłych ludzi, którzy przecież przyszli oglądać coś, co lubią. Nie ma tego typu zachowań wśród kibiców tenisa, jazdy figurowej na lodzie czy siatkówki. Trudno sobie wyobrazić podobną reakcję kibiców oglądających turniej szachowy. Albo rzut oszczepem. Kibice pływania synchronicznego nie robią „ustawek”. Więc? Co jest takiego w piłce nożnej, w najbardziej popularnym sporcie na tej planecie? Żaden inny sport nie ma „ultrasów”. Podobnie słowo „kibol” – przynależy wyłącznie do piłki nożnej. Tutaj już małe dzieci nienawidzą innych drużyn, ich kibiców, barw, śpiewają obraźliwe, wulgarne przyśpiewki i są z tego dumne.
Naprawdę, jeśli są w naszym świecie jakieś istoty, które żywią się nienawiścią i negatywnymi emocjami, wynajmują mieszkania koło stadionów piłkarskich.

Słowo Trzecie

(rzecz bardziej radosna, choć równie absurdalna, która również wynika z obserwacji meczowych, w dodatku występuje obecnie w praktycznie każdym meczu)

Kiedyś tego nie było. Zawodnicy do siebie mówili, zawodnicy do siebie krzyczeli. Trenerzy darli się na piłkarzy, kibice na sędziego. Teraz, mówiąc, wszyscy zasłaniają twarze, znaczy nie całe twarze, tylko otwory ustno-gębowe. Człowiek mówiący tak do innego wygląda dziwnie, co najmniej jakby śmierdziało mu z buzi, albo brakowało mu zębów, jakby się wstydził, że ktoś mu zajrzy. Niemożliwe jednak, że wszystkim śmierdzi albo brakuje. Zapytałem syna i powiedział mi, że oni się boją, że ktoś z ruchu warg odczyta, co mówią. A co takiego ważnego oni mówią? Tego już mi nie wyjaśnił.

Rozumiem, że czasami ludzie chcą wiedzieć. Spotyka się Władimir z Donaldem i normalne, że świat jest ciekawy. Sam jestem ciekawy. Witają się przy samolocie, dziennikarze i kamery są z daleka, oni podają sobie ręce i coś mówią. Co mówią? Cześć, Władimir, jak lot? A dobrze, tylko siedzenie twarde i dupa boli. To chodź do limuzyny, walniemy po lufie. Nikt nigdy nie wie, co oni mówią, więc nagrywają powitanie, potem taki czytacz czyta i już wszyscy wiedzą. Tyle tylko, że to chodzi o przywódców świata. Co tymczasem może ukrywać piłkarz? Jakie straszne tajemnice trener przekazuje wchodzącemu z ławki rezerwowemu?

Pomyślmy. Dwóch gości wykonuje rzut wolny. Naradzają się, zasłaniając usta. Boją się, że ktoś odczyta, że tam gdzieś siedzi odczytywacz… no właśnie, i co? Przekaże to do sztabu, oni przekażą obrońcom i bramkarzowi i plan się wyda? Zdążą odczytać/przekazać? Wykonanie wolnego to kilkanaście sekund maks. Co zresztą oni mogą tam mówić? Wystaw mi na lewo, a ja jeb…ę z całej pyty?

Bądźmy poważni. Jak wierzysz w to, co mówisz, to mów, że się tak wyrażę, przy odsłoniętej przyłbicy. A jak się wstydzisz, nie wiem, że obrażasz i gazeta napisze, czy że głupoty mówisz i będą się śmiać, to nie mów. A jak ci z paszczy wieje, to zęby umyj, po co cyrki robić z siebie i innych? Tymczasem oni tak wszyscy. A jak przejdzie dalej i każdy zacznie zasłaniać? Pani w kiosku, kelner w knajpie? Znajomi, rozmawiający przy kawie, czy na przystanku? Bądźmy poważni. Choć z drugiej strony… Może niedługo wszyscy będziemy zasłaniali? Bo może kamera nas odczyta i dostaniemy karne punkty za pomawianie, obrażanie, obśmiewanie czy powielanie propagandy i negowanie jedynie słusznej linii? Może ci piłkarze przecierają szlak i powinniśmy się powoli przyzwyczajać, bo niedługo wszyscy będziemy zasłaniać, kodować wypowiedzi używając dziwacznych porównań, czy może chodzić do tyłu, jak w Paradyzji Janusza Zajdla?

I tak dotarliśmy do końca Słowa Trzeciego. A że to w końcu Pisma Absurdalne, wbrew tytułowi, pojawi się jeszcze Słowo Czwarte.

Słowo Czwarte

(czyli takie już naprawdę końcowe)

Na sam koniec wypada wyrazić zdumienie i ubolewanie. Zdumienie tym, jak kręci się świat piłkarski. Jakie pieniądze wydaje się na przykład na kupowanie zawodników. Ile płaci się gościom kopiącym skórzany balon. Dodajmy do tego ubolewanie, bo równolegle mamy przecież kulejącą służbę zdrowia, dziurawe drogi, brak pieniędzy na to i na tamto. Ile przy takich piłkarzach zarabiają nauczyciele, czy profesorowie na uczelniach? Ludzie, którzy są odpowiedzialni za kucie nowych umysłów, kształtowanie wzorców, za jakość przyszłych pokoleń? Za mozolne pchanie świata do przodu?

Może dlatego tak jest dziwacznie. Może dlatego w grudniu kibice Jagiellonii Białystok napadli na kibiców Rayo Vallecano. Dwa samochody osobowe zatrzymały na ekspresówce autokary z kibicami i z krzaków wypadło pięćdziesiąt osób uzbrojonych w teleskopowe pałki, zupełnie jak w Mad Maxie. A w Trójmieście pięciu kiboli Arki Gdynia, dwudziestolatków, skatowało trzynastoletniego kibica Bałtyku.

Czy ktoś kiedyś widział, żeby profesorowie napadali na autostradzie na autokary wiozące na konferencję innych profesorów?



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Wypoczyn

Wróciliśmy z wakacji. Jak wspominałem wcześniej, w tym roku gościł nas Sopot, czyli niekwestionowana perła Bałtyku. Fajne były wakacje. Trzy tygodnie zleciały bardzo szybko. Nawet nie trzy, bo przecież droga sporo zajmuje. Obliczyłem, że w obie strony siedziałem za kółkiem w sumie 48 godzin. Dużo, ale mimo wszystko było warto. Podróż samochodem z Belgradu do Sopotu, nawet z jednym noclegiem po drodze, to wyczyn. W dodatku z jakichś dziwnych powodów zajmuje o wiele dłużej, niż pokazuje Google Maps. W ogóle, według mnie, wakacje, jeśli jedzie się na nie z małymi dziećmi, to dla rodziców trochę koszmar. Zorganizuj wszystko, spakuj, upchaj w samochodzie, a potem jedź dwanaście godzin, gdy z tylnego siedzenia słyszysz tylko wrzaski, kłótnie i narzekanie, że tyle to trwa, bo małe nie patrzą na to, że jadą jako pasażerowie i tylko czekają, aż zatrzymasz się po drodze w McDonaldzie. Dalej jest tak samo. Wypakuj, ułóż w szafach i biegaj, dbaj, organizuj i płać za każdą fanaberię, zmieniaj im ga...

Zatopieni w bursztynie

Lodowisko, basen, kawiarnia. Buty, kurtki, plecaki leżą odłożone byle gdzie. Nikt niczego nie pilnuje — bo nie musi. Z drobnej rodzinnej anegdoty rodzi się opowieść o świecie, który niektórzy bezpowrotnie utracili. Zaczyna się ona niewinnie i prowadzi w bardzo niewygodne miejsce — tam, gdzie bezpieczeństwo przestaje być oczywiste. Pod koniec świątecznych ferii, a trzeba wiedzieć, że są one tutaj długie (przynajmniej dla nas, bo zaczynają się „naszym” Bożym Narodzeniem, potem jest Nowy Rok i około siódmego stycznia jest prawosławny Božić, więc nasze dzieci wracają do szkoły w połowie miesiąca), poszliśmy z dziećmi na lodowisko. Bardzo chciały, bo nigdy nie jeszcze nie jeździły na łyżwach. Ja bardzo nie chciałem. Nie jeździłem na łyżwach ze czterdzieści lat, a z wiekiem spada zapotrzebowanie na szaleństwa. Czyli: bałem się, że połamię sobie nogi. Pojechałem, bo wszyscy chcieli, ale miałem zamiar albo trzymać się z dala od tafli, albo ślizgać się na butach. Niestety, okazało się, że na b...

Czworocznica

Nawet nie zauważyłem, jak przeleciała mi koło nosa kolejna rocznica. Nie, nie mówię o Walentynkach, jako człowiek pochodzący z dość zamierzchłej epoki ciągle uważam, że to nie do końca moje święto (skończyło się na kupieniu pudełka czekoladek do podziału dla wszystkich, żeby nie było). Mówię o czwartej już rocznicy naszego przybycia do Serbii, rocznicy o tyle ciekawej, że gdy przybywaliśmy, nikt nie spodziewał się, że tak długo tu zostaniemy – mieliśmy przecież zmykać po trzech latach. Cztery lata. Kto by pomyślał. Cztery okrągłe rocznice to, jakby nie było, czterdzieści osiem miesięcznic. Albo dwieście osiem tygodnic. Można by też powiedzieć, że to dokładnie tysiąc czterysta sześćdziesiąt jeden dziennic (jeden rok był przestępny), ale lepiej głupich pomysłów nie podpowiadać tym, którzy są zwolennikami zbyt regularnego celebrowania, tym bardziej że nigdy nie robią tego za swoje. Dużo się wydarzyło, tak w sferze ogólnej, jak i indywidualnej. Ogólnej nie będę komentował, bo każdy inne me...

Euro 2020: mentalość petenta

Euro 2020, turniej, na który wszyscy czekali przez okrągły rok, dobiegł końca. Właściwie, to ciągle tam jeszcze grają, bo jest dopiero 5 lipca, ale Polacy definitywnie się z nim pożegnali. Remis z Hiszpanią i dwie porażki, w tym jedna zdecydowanie kompromitująca ze Słowacją ustawiły nas na ostatnim miejscu w grupie, z dokładnie jednym punktem. Szału nie ma. Przyznaję, że nieczęsto miałem ostatnio szansę oglądać wyczyny reprezentacji Polski. Jakoś tak się nie składało. Raz, że zajęty jestem. Dwa, że nie mam polskiej telewizji, a w angielskiej poza oficjalnymi turniejami rzadko pokazują grających Polaków. Osiągnięcia poszczególnych generacji naszych Orłów znam z internetu, wyniki same rzucają się w oczy, choć w ciągu ostatnich lat niespecjalnie interesowało mnie, kto jest kim w reprezentacji, kto by chciał, kogo nie chciano i tak dalej. Sporo przegapiłem Przegapiłem mecz ze Słowacją, bo pracowałem i prawdopodobnie dobrze, bo bym się pewnie zdenerwował. Mecz z Hiszpanią odbył się 19 czerw...

Świat wielowarstwowy

Oto mamy świat, w którym codziennie nas straszą. Media karmią lękiem, polityka podsyca psychozę, a my – zajęci przetrwaniem – tracimy zdolność logicznego myślenia. PIERWSZA WARSTWA Na początku proponuję popatrzeć na to. Wklejam link . Dobrze by też było skopiować sam tekst, bo rzeczy w internecie mają dużą łatwość znikania, ale jest za długi (zresztą to tylko fragment, bo reszta tekstu dostępna po opłaceniu subskrypcji). Wkleję tylko kilka fragmentów, jakby co, jakby coś znaczy poznikało… „Straszą nas każdego dnia.  [...]  Histeria to mało powiedziane, to jest psychoza wojenna.  [...]  Włącza pan telewizor i co? Czuje pan wojnę? I wojenną propagandę? – Jak tylko wcisnę guzik, swąd po pokoju się roznosi, zapach prochu, amunicji, trupa i czego tam jeszcze. Histeria to mało powiedziane, to jest psychoza wojenna. Dziwna mieszanka – owszem, dziennikarze autentycznie się nakręcają, powrócił jakiś rodzaj oszołomstwa, dawno przecież wyśmianego. To bardzo widoczne w ich reakc...