Przejdź do głównej zawartości

Pizza czy pierogi?

Będzie to tekst o włoskim jedzeniu, inspirowany artykułem „»The Spectator«: Włoskie jedzenie jest obrzydliwe”. Ciekawe to arcydzieło pochodzi (znaczy, jest przedrukiem i własnym, dziwacznym tłumaczeniem tak zwanej redakcji) ze Spectatora, autorka zaś zwie się Zoe Strimpel.

Opowiada on o przygodach autorki we Włoszech, gdzie nagle dochodzi ona do wniosku, że nie lubi włoskiej kuchni – że jest ona przereklamowana, że „ta kuchnia zawsze była oparta głównie na lepkich, mdłych składnikach, mających złą konsystencję, złe smaki, złe składniki, że jest niezdrowa i zbyt droga” (to cytat, tak dla smaczku; nie wiem, czy jego pokraczność wypływa z oryginału, czy też jest wynikiem zwyczajowo nieporadnego tłumaczenia).

Początkowo trochę mnie ten tekst zdenerwował. Prawdopodobnie dlatego, że lubię włoską kuchnię. Wydał mi się stronniczy i durnowaty. Każdy może przecież coś takiego wyskrobać – w zależności od tego, co akurat lubisz, można znaleźć argumenty, żeby skrytykować absolutnie wszystko. Do tego to zabawne oświadczenie, jakże stanowcze – że najlepsze kuchnie to amerykańska, izraelska i grecka. Naprawdę? Amerykańska? A jest w ogóle coś takiego? Na czym, poza grillowaniem ma to polegać? Na sosie barbecue? Fast foodach? Ogromnych porcjach? I jeszcze izraelska? Na świecie jest 8.3 miliarda ludzi. Z tego tylko około 9 milionów Izraelczyków wie, co to jest (i że w ogóle istnieje) coś takiego jak „kuchnia izraelska”. Grecka, no jeszcze, nie powiem, fajna jest, zwłaszcza w Grecji, ale też dość monotonna – moussakę uwielbiam, ale jadłem strasznie kiepskie, a souvlaki to nabite na kijek i odymione kawałki mięsa…).

Żenada, pomyślałem sobie. Jedzie sobie dziewucha do Włoch i zamiast się cieszyć, marudzi. W dodatku przechwala się, że wszędzie była i wszystko widziała. Po czym, aby się odchamić, kupiła sobie i zjadła „fenkuł, jogurt i owoce”. Nie wiem, jak ten fenkuł jadła, gryzła go i jogurtem zapijała? No może, ponoć są ludzie, którzy jedzą cebulę jak jabłko. W dodatku mówi, że dzięki temu poczuła się bogatsza i chudsza… Moim zdaniem, niepotrzebnie się tak męczyła – żeby być bogatszą, nie trzeba jeździć na wycieczki, z których najwyraźniej niewiele się wynosi, a chudość… Cóż… Nazwisko + lista ulubionych kuchni + ten fenkuł trochę jednak sugerują. Droga pani, sam fenkuł niewiele tu pomoże…

Naprawdę, nawet takie głupoty trzeba umieć napisać. Cały świat kocha i docenia włoską kuchnię i nie bez powodu. Jest rozpoznawana jako jedna z topowych właśnie dzięki swej prostocie, gdzie w idealnym wydaniu idą najpierw składniki, a dopiero później ego. Jej sercem jest regionalna tożsamość, która dla Włochów jest niemalże religią i skupienie się na emocjonalnym, domowym i rodzinnym gotowaniu. Włosi ją kochają i nic w tym dziwnego, bo każdy przecież uważa, że jego jest najlepsze – zazwyczaj to, co pasuje do jego wspomnień, do jego klimatu/dzieciństwa/emocji i trafia w jego upodobania smakowe. Włosi głośno o tym wrzeszczą i co w tym złego, że sprawnie reklamują siebie i swój kraj? Że dbają o własne dziedzictwo? Może właśnie tego my, Polacy, powinniśmy się szybko od nich nauczyć? A co, Amerykanie nie krzyczą, że u nich wszystko najlepsze na świecie? A Angole? A Żabojady?

A potem zacząłem o tym więcej myśleć. Także o moich własnych doświadczeniach z włoską kuchnią. I doszedłem do wniosku, że nie wszystko w tamtym tekście było jednak takie złe. Może kiepsko napisane i poparte dość naiwną argumentacją, ale… Bo przecież byłem we Włoszech kilka razy i czasami, jak to się mówi, szału nie było. Dostałem rozwodnione risotto, twardą pizzę, której nie można było pokroić na kawałki, pizzę (pięknie wypieczoną), w której cały środek był wodnisty, a ciasto grubości kartki papieru. Dostawałem kiepskie tiramisu, burratę, podaną samotnie na pustym talerzu, tłuste all'Amatriciana z poczwórnym serem i carbonarę, która wyglądała jak spaghetti wymieszane z jajecznicą.

Cholera, wychodzi na to, że najlepsze makarony można zjeść poza Włochami, a już szczególnie dobre są te, które sam gotuję u siebie w domu – może właśnie dlatego nigdy w restauracji nie zamawiam makaronów. Dwie najlepsze pizze, jakie jadłem w życiu, powstały w Belgradzie i w Sopocie. Tak samo było z tiramisu, o czym pisałem wcześniej w Rzym: La Cucina Romana – po tym niedoścignionym z Sainsburego, najlepsze jest to, które robimy sami w domu.

Więc? Co to tak naprawdę jest, ta włoska kuchnia? Mam o tym kilka książek, wszystko tam w nich napisane, ale gdy kogoś zapytać, to powie, że włoska kuchnia to makaron i pizza. I ja to właśnie lubię. Często gotuję i często jemy. I w zasadzie nic poza tym. A jak idziemy do włoskiej knajpy, to i tak nikt nic innego nie zamawia, może czasami jakieś przystawki. I to jest chyba odpowiedź na te wszystkie pytania. Włoska kuchnia nie jest przereklamowana. Jest taka, jak ma być. A ja nie lubię włoskiej kuchni jako całej – lubię makarony z różnymi sosami i pizzę. W dodatku przygotowuję to wszystko tak, jak mi się podoba, jak mi smakuje i nie trzymam się przy tym kurczowo przepisów czy tradycji.

Bo tak naprawdę najlepsza w tym wszystkim jest różnorodność. Weźmy na przykład kuchnię polską. Którą osobiście uważam za najlepszą. Nie doceniamy jej – tej mnogości potraw, smaków i kombinacji. Nie jest super popularna na świecie, ale wielu ludzi, którzy przyjeżdżają do Polski, od razu się w niej zakochuje. Jej siłą jest przecież to samo, co w kuchni włoskiej: tradycja i prostota. Nasza kuchnia też wyrosła z biedy i z tego, co mieliśmy pod ręką. Jest smaczna, pożywna, różnorodna. Taka była przez wieki. A teraz, gdy otworzyliśmy się na świat, stała się jeszcze bogatsza. Bo włączyliśmy do niej wszystko, co tylko nam pasowało. Współcześni Polacy nie jedzą tylko bigosu, pierogów, gołąbków czy kaszy. Na co dzień jemy w naszych domach pizzę, makarony, curry, chilli, smażymy chińszczyznę. Zawijamy sushi. I grillujemy na potęgę. Czyż nie jest to piękne? Zachowaliśmy to, co swoje i włączyliśmy do tego to, co nam pasowało. Staliśmy się przez to bogatsi, czego i Włochom życzę, bo żreć codziennie te same makarony, to jednak jest trochę nudne. Mogliby się tego od nas nauczyć, tej elastyczności w podejściu. W zamian my możemy przejąć od nich przekonanie, że nacjonalizm nie jest niczym złym. Że można być dumnym z tego, co się ma i z tego, co można dać światu.
Że taki pieróg z kapustą i grzybami nie jest w niczym gorszy, niż pasta alla Norma, a oscypek ma wiele bardziej utytułowanych serów głęboko… pod sobą.




Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Wypoczyn

Wróciliśmy z wakacji. Jak wspominałem wcześniej, w tym roku gościł nas Sopot, czyli niekwestionowana perła Bałtyku. Fajne były wakacje. Trzy tygodnie zleciały bardzo szybko. Nawet nie trzy, bo przecież droga sporo zajmuje. Obliczyłem, że w obie strony siedziałem za kółkiem w sumie 48 godzin. Dużo, ale mimo wszystko było warto. Podróż samochodem z Belgradu do Sopotu, nawet z jednym noclegiem po drodze, to wyczyn. W dodatku z jakichś dziwnych powodów zajmuje o wiele dłużej, niż pokazuje Google Maps. W ogóle, według mnie, wakacje, jeśli jedzie się na nie z małymi dziećmi, to dla rodziców trochę koszmar. Zorganizuj wszystko, spakuj, upchaj w samochodzie, a potem jedź dwanaście godzin, gdy z tylnego siedzenia słyszysz tylko wrzaski, kłótnie i narzekanie, że tyle to trwa, bo małe nie patrzą na to, że jadą jako pasażerowie i tylko czekają, aż zatrzymasz się po drodze w McDonaldzie. Dalej jest tak samo. Wypakuj, ułóż w szafach i biegaj, dbaj, organizuj i płać za każdą fanaberię, zmieniaj im ga...

Zatopieni w bursztynie

Lodowisko, basen, kawiarnia. Buty, kurtki, plecaki leżą odłożone byle gdzie. Nikt niczego nie pilnuje — bo nie musi. Z drobnej rodzinnej anegdoty rodzi się opowieść o świecie, który niektórzy bezpowrotnie utracili. Zaczyna się ona niewinnie i prowadzi w bardzo niewygodne miejsce — tam, gdzie bezpieczeństwo przestaje być oczywiste. Pod koniec świątecznych ferii, a trzeba wiedzieć, że są one tutaj długie (przynajmniej dla nas, bo zaczynają się „naszym” Bożym Narodzeniem, potem jest Nowy Rok i około siódmego stycznia jest prawosławny Božić, więc nasze dzieci wracają do szkoły w połowie miesiąca), poszliśmy z dziećmi na lodowisko. Bardzo chciały, bo nigdy nie jeszcze nie jeździły na łyżwach. Ja bardzo nie chciałem. Nie jeździłem na łyżwach ze czterdzieści lat, a z wiekiem spada zapotrzebowanie na szaleństwa. Czyli: bałem się, że połamię sobie nogi. Pojechałem, bo wszyscy chcieli, ale miałem zamiar albo trzymać się z dala od tafli, albo ślizgać się na butach. Niestety, okazało się, że na b...

Czworocznica

Nawet nie zauważyłem, jak przeleciała mi koło nosa kolejna rocznica. Nie, nie mówię o Walentynkach, jako człowiek pochodzący z dość zamierzchłej epoki ciągle uważam, że to nie do końca moje święto (skończyło się na kupieniu pudełka czekoladek do podziału dla wszystkich, żeby nie było). Mówię o czwartej już rocznicy naszego przybycia do Serbii, rocznicy o tyle ciekawej, że gdy przybywaliśmy, nikt nie spodziewał się, że tak długo tu zostaniemy – mieliśmy przecież zmykać po trzech latach. Cztery lata. Kto by pomyślał. Cztery okrągłe rocznice to, jakby nie było, czterdzieści osiem miesięcznic. Albo dwieście osiem tygodnic. Można by też powiedzieć, że to dokładnie tysiąc czterysta sześćdziesiąt jeden dziennic (jeden rok był przestępny), ale lepiej głupich pomysłów nie podpowiadać tym, którzy są zwolennikami zbyt regularnego celebrowania, tym bardziej że nigdy nie robią tego za swoje. Dużo się wydarzyło, tak w sferze ogólnej, jak i indywidualnej. Ogólnej nie będę komentował, bo każdy inne me...

Euro 2020: mentalość petenta

Euro 2020, turniej, na który wszyscy czekali przez okrągły rok, dobiegł końca. Właściwie, to ciągle tam jeszcze grają, bo jest dopiero 5 lipca, ale Polacy definitywnie się z nim pożegnali. Remis z Hiszpanią i dwie porażki, w tym jedna zdecydowanie kompromitująca ze Słowacją ustawiły nas na ostatnim miejscu w grupie, z dokładnie jednym punktem. Szału nie ma. Przyznaję, że nieczęsto miałem ostatnio szansę oglądać wyczyny reprezentacji Polski. Jakoś tak się nie składało. Raz, że zajęty jestem. Dwa, że nie mam polskiej telewizji, a w angielskiej poza oficjalnymi turniejami rzadko pokazują grających Polaków. Osiągnięcia poszczególnych generacji naszych Orłów znam z internetu, wyniki same rzucają się w oczy, choć w ciągu ostatnich lat niespecjalnie interesowało mnie, kto jest kim w reprezentacji, kto by chciał, kogo nie chciano i tak dalej. Sporo przegapiłem Przegapiłem mecz ze Słowacją, bo pracowałem i prawdopodobnie dobrze, bo bym się pewnie zdenerwował. Mecz z Hiszpanią odbył się 19 czerw...

Świat wielowarstwowy

Oto mamy świat, w którym codziennie nas straszą. Media karmią lękiem, polityka podsyca psychozę, a my – zajęci przetrwaniem – tracimy zdolność logicznego myślenia. PIERWSZA WARSTWA Na początku proponuję popatrzeć na to. Wklejam link . Dobrze by też było skopiować sam tekst, bo rzeczy w internecie mają dużą łatwość znikania, ale jest za długi (zresztą to tylko fragment, bo reszta tekstu dostępna po opłaceniu subskrypcji). Wkleję tylko kilka fragmentów, jakby co, jakby coś znaczy poznikało… „Straszą nas każdego dnia.  [...]  Histeria to mało powiedziane, to jest psychoza wojenna.  [...]  Włącza pan telewizor i co? Czuje pan wojnę? I wojenną propagandę? – Jak tylko wcisnę guzik, swąd po pokoju się roznosi, zapach prochu, amunicji, trupa i czego tam jeszcze. Histeria to mało powiedziane, to jest psychoza wojenna. Dziwna mieszanka – owszem, dziennikarze autentycznie się nakręcają, powrócił jakiś rodzaj oszołomstwa, dawno przecież wyśmianego. To bardzo widoczne w ich reakc...