Przejdź do głównej zawartości

Pędzić

Pędzić to piękny, nastrojowy tekst, pełen nostalgicznej zadumy nad przemijaniem i tym, że w życiu warto… Taaak. Jak łatwo można wszystko napompować, prawda? Albo obrzydzić. Bo Pędzić, to zwykły tekst, który zaczyna się od wyrostka robaczkowego i radośnie przeskakuje na tematy tak zwane poboczne.

Wyrostek robaczkowy to jeden z tych ciekawych elementów ludzkiego organizmu, który w nim jest, do niczego nie jest potrzebny, a może przysporzyć problemów. U niektórych osobników podobnie jest z mózgiem – niby w środku siedzi, ale do niczego nie jest wykorzystywany, a jak już jest, to same przez niego problemy. Wyrostek zazwyczaj siedzi cicho i większość ludzi nawet nie wie, że go ma. Podobnie było ze mną, bo i po co komu szczegółowa wiedza na ten temat? Aż się popsuł.

Nawet nie wiedziałem, że to wyrostek. Myślałem, że w brzuchu jeździ, bo była grecka sałatka popijana maślanką (zawsze tak popijam). Brzuch zrobił się jak balon i przez całą noc oka nie zmrużyłem. Nad ranem mi przeszło. Poczułem się dobrze i tylko lekko mnie kłuło w boku i poszedłem do lekarza tylko dlatego, że syn wyczytał na guglu, że jak wyrostek „szczeli”, to jest chwilowa ulga, ale potem groźnie. Wykąpałem się, wypiłem kawę i zamówiłem wizytę. Zrobiłem włosy na Grega Marsdena z Na wschód od Edenu i poszedłem na piechotę do szpitala, rozluźniony, w krótkich portkach i podkoszulku, z prawie zdechłym telefonem i czytaczem, bo przecież zaraz będę wracał, bo w szpitalu bywałem zawsze tylko jako gość i nie ma szans, żebym kiedykolwiek tam został. Już mnie jednak nie wypuścili. Trzy godziny później leżałem na sali operacyjnej. Okazało się, że mój wyrostek to była oferta last minute, bo już gałgan zaczął trochę przeciekać.

Ocknąłem się niedługo potem, podłączony do dwóch kroplówek i sączka, który wystawał mi z brzucha. Już to chyba mówiłem, ale powtórzę: nie ma wielu miejsc, które tak odzierają człowieka z godności, jak szpital. Wszystko tam jest zaprojektowane po to, żeby ci pomóc, ale płaci się za to ciągłym upokorzeniem. Chyba że ci zwisa, że patrzą, że cię golą, że zaglądają, że przepychają, że macają. Mnie wisiało. Nie przejmowałem się i nie martwiłem. Człapałem się wysikać, noga za nogą, niosąc woreczek od drena pod pachą. Leżałem, patrząc w okno, słuchając przemarszów, bo akurat był weekend, więc znowu chodzili jacyś demonstranci. W nocy świeciła mi na twarz żółta latarnia uliczna, bo żaluzja się nie opuszczała do końca.

Mój czas zwolnił.
Przestałem pędzić.
Patrzyłem, jak z worka kroplówki skapują wolno kropelki cieczy.
Spałem. Czytałem. Znowu leżałem.

Od tych wszystkich płynów, które we mnie wtłaczali mordę miałem jak pokemon, a dłonie jak nadmuchane gumowe rękawiczki. I wcale mi nie było dobrze, o nie. Ręka od wenflonu bolała jak cholera, włosy miałem tłuste i pewnie śmierdziałem, ale nie narzekałem. Nie było powodu narzekać. Przede wszystkim zaś: nie pędziłem.

I było mi z tym dobrze.

Patrzyłem na te krople i nawet słyszałem je, bo było tam bardzo cicho i cieszyłem się, że je widzę, bo w sumie mogłem ich już przecież nie widzieć. I rodzina przyszła w odwiedziny i też się cieszyłem, choć dzieci były wyraźnie przestraszone widokiem tego dziwnego stwora w szpitalnym łóżku. I myślałem o tym, że tak pędziłem, ze szkoły, do szkoły, zakupy, zadania, tyle rzeczy do załatwienia, i zawsze się człowiek tym wszystkim przejmował i martwił, a przecież nie było to potrzebne, bo mogłem się trochę spóźnić do szpitala i wtedy w ogóle bym już nigdy nigdzie nie pędził i co mi w takim razie z tego całego pędzenia?

Byłem w bańce. Cichej bańce własnych myśli. A potem postanowiłem obejrzeć mecz Barcelony z Levante, bo miałem tam duży telewizor, ale nie mogłem go włączyć, więc odpuściłem. Sięgnąłem za to po telefon, żeby sprawdzić wynik.

Bańka pękła. Otoczył mnie chaos. Świat od razu zaczął gnać.

Zobaczyłem to wszystko niczym hologramy wyświetlane w mojej pustej sali. Płonie magazyn. Tir wjechał pod lokomotywę. Ojciec zginął, ratując tonącego syna. W lesie znaleziono noworodka w reklamówce. I do tego wojna. Ta wszechobecna wojna, o której wszyscy mówią, a nikt jakoś nie mówi o pokoju.

Otworzyły się drzwi i do mojej sali weszło kilka osób. Myślałem, że jakiś obchód, ale nie, to byli obcy. Ładnie ubrani i pachnący, ale zamiast głów mieli cebry. Jeden powiedział, że wojna za kilka miesięcy. Jego koleżanka, po głosie poznałem, że jesteśmy absolutnie gotowi. Inny mi wyjaśnił, że bez względu na konsekwencje dla Polski i społeczeństwa. A ostatni, taki z największym cebrem stwierdził, że szybko wygramy. Gdzie oni tak bardzo pędzą, pomyślałem? Do czego? Jutro może ich nie być. Jutro nas wszystkich może już tu nie być. A potem zobaczyłem inny hologram.

Zobaczyłem siebie na ulicy, jak wyglądam zza żywopłotu. W ręce ściskam rurkę od drena i widać moją gołą dupę, bo te szpitalne piżamy nie domykają się z tyłu. I czekam, skulony, w szpitalnych papuciach, bo ulicą leci dron. A potem zrywam się i pędzę na drugą stronę ulicy, tup, tup, tak szybko, jak tylko mogę, czyli szuram niemrawo nogami po asfalcie, bo brzuch boli, a jeszcze cholerny wenflon zaplątał mi się w krzaki i wtedy słyszę kolejnego drona.

Wyłączyłem telefon i znowu opadła mnie cisza. Wszystko zwolniło. Podniosłem z podłogi swój woreczek z szajsem i powlokłem się do kibla. Wolno. Wolniutko.

Nie warto pędzić.



Komentarze