Przejdź do głównej zawartości

O Wenecji poważniej

Było już o Wenecji na wesoło, to teraz będzie o Wenecji na bardziej poważnie. Tylko trochę bardziej, żeby nie rozproszyć klimatu. Poza tym garść informacji zawsze się przyda.

Do Wenecji na pewno warto pojechać. Jeśli ktoś nie był, niech się wybierze. Nie bez przyczyny jest ona na liście UNESCO, na której (nie bez przyczyny) nie ma na przykład Belgradu, choć większość Serbów uważa, że powinno być odwrotnie.

Z Belgradu dotrzemy do Wenecji bezpośrednim połączeniem Air Serbia. Bardzo to wygodne. Przynajmniej w teorii, bo w praktyce leci tam taki trochę większy kukuruźnik. Odradzam miejsca w rzędzie piątym: wypadają one bezpośrednio przy śmigłach: spać ciężko, bo wyje całą drogę, poza tym przy starcie strasznie śmierdzi spalinami. W samolocie wszyscy cały czas używają telefonów, nawet przy starcie. Widocznie nie boją się, że zakłócają pracę urządzeń pokładowych. Prawdopodobnie dlatego, że ten samolot za wielu urządzeń nie posiada. Aha, jeszcze jedno. Do samolociku wiozą cię autobusem. Dość długo, bo jest zaparkowany na samym końcu lotniska, przy płocie. W Wenecji jest zresztą podobnie – parkują kukuruźnika przy płocie.

W Wenecji na lotnisku są bardzo ciekawe kible – przynajmniej te dla facetów. Kabiny są oddzielone mlecznobiałą szybą. Jak dobrze wejrzeć, szyba trochę prześwituje. Pomiędzy drzwiami i framugą są spore szpary, więc nikt nie musi szarpać za klamkę, żeby zobaczyć, czy zajęte. Ludzie zaglądają do środka przez te szpary, więc można zaliczyć swobodny kontakt wzrokowy siedząc na muszli. W kabinie obok mnie siedział jakiś facet. Nie wiem, co robił, ale mocno przyciskał dłonie do szkła, tak mocno, że aż całe były żółte i mogłem dokładnie przeanalizować jego linię życia.

Zamieszkaliśmy w małym, przytulnym hotelu w starym żydowskim getcie. Zaraz obok starej synagogi, więc było dość bezpiecznie, bo całymi dniami kręciły się tam stada policjantów. Gdzie indziej w Wenecji policjantów nie widziałem, widocznie wszyscy byli tam u nas. Wieczorami ludzie w małych czapeczkach wynosili stołki na plac, siadali w kółku i długo w noc śpiewali rzewne pieśni, wychwalając przedwieczne demony. Na szczęście nasze okna wychodziły na kanał, więc można było spać.

Co jeszcze? Tyle się mówi o tak zwanym menu turistico. Wydaje się, że wszyscy już o tym wiedzą i nikt nie powinien jeść w takich plastikowych miejscach, ale jednak nie. Cała trasa od Piazzale Roma do Świętego Marka jest naszpikowana jadłodajniami wyświetlającymi kolorowe menu i upstrzona sklepikami z pamiątkami. I wszędzie siedzą ludzie. Kupują pierwsze lepsze pamiątki. Jedzą serwowane specjały. Można odejść sto, dwieście metrów w bok i znaleźć super restaurację. W dodatku tanią, bo przy głównym trakcie płaci się za miejsce. A oni siedzą i jedzą. Nie wiem dlaczego. Przyszło mi do głowy, że tacy Amerykanie, którzy już wybrali się do Europy, robią pewnie objazd po głównych atrakcjach i jak są już we Włoszech, to na taką Wenecję mają pewnie jeden dzień, więc muszą pędzić. Siadają byle gdzie, a na jakości pewnie i tak im mało zależy, bo dla nich to wszystko specjały. W Wenecji, jak i wszędzie warto poszukać. Ten sam aperol może kosztować €3.50 i może kosztować €8. Żeby coś odnaleźć, warto mieć w telefonie datę. Naprawdę. Nielimitowany eSim to około €13 za pięć dni, opłaca się, tym bardziej że naprawdę łatwo tam zabłądzić.

Jeszcze o jedzeniu. „Kuchni wenecjańskiej” nie zaliczę do moich ulubionych. Lubię owoce morza, ale nie do tego stopnia. Spaghetti alla seppia ma bardzo specyficzny smak. Nie podeszło mi za bardzo, choć drugi raz w życiu próbowałem. Podobnie spider crab (nie wiem, jak się on nazywa po polsku). I jeszcze jedno – lokalny specyfik, czyli Bigoi in salsa. Taki grubszy makaron z anchois i cebulą. Niedawno pisałem o sosie alla Genovese. To coś jest podobne – przesadnie cebulowe i w dodatku mocno rybie. Spaghetti z owocami morza dobre, tylko małe krewetki w pancerzach ciężko obrać, a spaghetti vongole… Cóż. Lubię i potrafię zrobić niezłe, ale to, co dostałem w Wenecji, miało dość odległy smak i zdecydowanie pożałowali w nim małży. Nie czepiam się. Dla miłośników ryb i owoców morza to pewnie wspaniałe miejsce, ja się zaliczam do klasy średniej, ale coś tam też z umiarem skosztowałem. Pizza dobra. Nie wszędzie. Można trafić mocno przeładowaną, ale ciasto potrafią robić, inaczej niż w Belgradzie.

Jedziemy dalej. Dużo Amerykanów, trochę Francuzów i średnio Niemców. Trochę Polaków. Dominują oczywiście Azjaci, wszelkiej maści. Jest ich pełno. Noszą telefony na sznurkach, robią zdjęcia i wszystko ich zachwyca. Na Placu Świętego Marka jest ogromna atrakcja turystyczna i hak na przyjezdnych: Caffè Florian. Założona w 1720, ciągle operuje. Co trochę dziwi, ale przez to wszyscy tam lezą i Florian może pochwalić się imponującą listą sławnych gości. Ja bym tam nie zagościł, ale syn chciał. Przeładowane zdobieniami wnętrza w stylu wczesnego rokokoko to nie mój klimat. Na zewnątrz gra kapela i za samo jej słuchanie doliczają do rachunku 7 euro. Od łebka. A mają do czego doliczać, bo espresso zaczyna się od 7.50, a cappuccino od 12. Małe piwo to 17 euro. Za espresso, cappuccino i jedno tiramisu, które w dodatku nie smakowało jak tiramisu, zapłaciliśmy 56 euro. Dobrze chociaż, że toaleta była za darmo. Aha, przy toalecie pani steruje ruchem, klientela to w 80% Azjaci, a karafka z kranówą, podobnie jak szklanki, śmierdziała starą ścierą.

Poza kończyć. Wenecja jest fajna. Mimo że śmierdzi mułem (przynajmniej dla mnie), że w większość sklepów jest takie samo szkło z Murano, które podejrzanie przypomina szkło z Chin, że przy większości knajp naganiacze (a i sporo obsługi) to „nowi Włosi”, to w Wenecji jest miło, zaskakująco czysto i bezpiecznie (nie ma się tam typowo rzymskiego uczucia, że zaraz cię obrobią).

Zadziwia, że nie można ot tak sobie wejść do Bazyliki Świętego Marka. Nie ma kasy. Bilety tylko online. To dziwne, bo część turystów o tym nie wie i przychodząc „z buta”, może się zdziwić. Nawet skanując kod przy wejściu, można nie kupić, bo na ten dzień biletów może już nie być. A przecież ktoś może być w wieku podeszłym, nie do końca obeznany z telefonem (wymagana jest rejestracja konta), może nie mieć zintegrowanej karty i co wtedy? Nie zwiedzi?

No i jeszcze jedno. Ceny w sklepach. Passata Mutti kosztuje 1 euro za butelkę 750 ml. W Serbii pół litrowy kartonik kosztuje około 3 euro. Podobnie makaron Barilla. We Włoszech kosztuje euro, stoi na najniższej półce, w Serbii około 3 euro. Tak jest ze wszystkim: piwo, wino, sery, wędliny. Wychodzi na to, że Serbowie albo jedzą swoje, często dość podejrzanej jakości, albo mocno przepłacają za importowane. Dopiero co mieli wybory. Ciekawy, czy wreszcie ktoś im uświadomi, jak bardzo robią ich w konia.



Komentarze