Wieczór. Fajny wieczór, spokojny. Żona przychodzi i mówi, że coś tam ma do oglądania. I że winka by się napiła kieliszek, białego, ale nie ma. No nie ma, tak się składa, że nie ma. To może bym poszedł, to bym sobie przy okazji jakieś piwko mógł nabyć. Nie trzeba było namawiać. Poszedłem. Piękny wieczór, cieplutki, lipcowy. Krótkie spodenki, kroksy, ręce w kieszeni. Wyszedłem za bramę. Cykady wrzeszczą, wiatr szumi, do sklepu mam jakieś dwieście metrów, czego tu nie lubić? Godzina dziesiąta, dzieci śpią, żyć można, czyż nie? Poszedłem, kupiłem. Sklep u nas czynny do północy. Pod sklepem pełno ludzi. Siedzą na ławkach, palą papierosy, niektórzy popijają napoje z puszek, czy butelek, które zaraz odnoszą do sklepu i wymieniają na pełne. Przekrój wiekowy i społeczny pełny. Przeszedłem ulicę. Na przystanku też sporo ludzi, zresztą wszędzie się tutaj ktoś o tej godzinie szwenda. Wracając, pomyślałem, że w Anglii bym o takiej godzinie po wino nie poszedł. Choćby nie wiem co. Prawdopodobnie nie...
Absurd to rzeczywistość. Absurd to codzienność. Absurd to życie. Nasze życie jest absurdalne. Nie dlatego, że nie ma sensu. Dlatego, że nie potrafimy tego sensu dostrzec. Gramy w gry wymyślone przez innych. Śnimy czyjeś sny, bo nie chcemy śnić własnego. Nie lubimy absurdu, ale nie walczymy z nim. Próbujemy go obłaskawić. A potem budzimy się, zdziwieni, że każdy dzień wygląda tak samo.